Grzeszny obiekt pożądania / Świąteczna burza
Tytuł dostępny przedpremierowo od dnia 01.12.2022 r. w Booktime.pl
„Poruszali się razem w leniwym tańcu, który mógłby się nie kończyć. Wciąż nie był w stanie uwierzyć, że stał się obiektem pożądania takiej słodkiej pięknej kobiety. Za każdym razem, gdy brała go w posiadanie, doznawał uczucia zbliżonego do ekstazy. Zamknął oczy, wymazał wszystkie myśli i podążył za nią...”.
Fragment książki
Andrew Sterling nie pamiętał już, jak przyjemny potrafi być listopad w San Diego. Kiedy schodził po trapie swojej prywatnej cessny, łagodny wietrzyk muskał jego włosy, a kalifornijskie słońce grzało twarz. Gdyby miał zgadywać, było ze dwadzieścia stopni Celsjusza. Co za różnica w porównaniu z Seattle, gdzie obecnie rezydował.
W okolicach Dnia Dziękczynienia przychodziła pora na deszczowe zimne dni. Lodowaty chłód przenikał człowieka do szpiku kości i aż do Bożego Narodzenia nie można było liczyć na odmianę. San Diego o tej porze roku z pewnością jest dużo bardziej przyjazne.
Szkoda, że w jego pamięci kojarzyło się z nieszczęśliwymi wydarzeniami: zrujnowanymi marzeniami, utratą wiary w lojalność najbliższych, zawiedzioną miłością i kłótnią, która już na zawsze podzieliła go z bratem. Nie zostanie tu dłużej, niezależnie od ładnej pogody.
Pokłóceni na zawsze. Trudno zaakceptować bezlitosny wyrok losu. Johnathon nie żyje od trzech miesięcy i nie ma szansy na pogodzenie się. Jego życie przerwał idiotyczny wypadek na polu golfowym – znalazł się na linii strzału innego gracza i piłeczka trafiła go prosto w skroń. Miał czterdzieści jeden lat – stanowczo na wcześnie na śmierć. Nie było okazji do pożegnania się, wybaczenia sobie win, chociaż nie byłaby to łatwa rozmowa.
Johnathon i Andrew nie mieli kontaktu od ponad roku – obaj zawinili i mieli sporo powodów do przeprosin. Co gorsza, Andrew do ostatnich chwil usiłował zaszkodzić firmie brata – Sterling Enterprises.
Miał uzasadnione powody do szukania zemsty, jednak straciły one znaczenie. Johnathon nie żyje, a on musi powstrzymać działania, które zdążył uruchomić wcześniej. Rozbroić bombę, którą skonstruował. Sytuacja nie była łatwa, bo jego wspólnik wciąż pragnął podpalić lont – były już wspólnik, znany mu tylko z imienia: Victor.
Swego czasu Johnathon oszukał go przy okazji wielomilionowego projektu biznesowego, a nie był to człowiek, który umiał wybaczyć i zapomnieć. Żal i wyrzuty sumienia powstrzymały Andrew, ale Victor nie kierował się rodzinną lojalnością ani nawet zwykłą przyzwoitością, która by go powtrzymała. Był zawzięty i bezlitosny. Skoro nie udało mu się zemścić na Johnathonie, chciał przynajmniej zniszczyć dzieło jego życia.
Właśnie dlatego Andrew zmuszony był do powrotu do miasta, którego nie znosił.
Szedł teraz po nawierzchni lotniska Gray Municipal do czekającego na niego samochodu. Nikt by nie zgadł, że wybierze akurat to miejsce – oddalone od San Diego, niemal na granicy z Meksykiem. Było ze dwanaście lepiej usytuowanych lotnisk, bliżej miasta, z udogodnieniami i hangarami, w których mógł bezpiecznie zostawić samolot. Zamierzał pojawić się w San Diego z zaskoczenia. Dzięki temu powstrzyma Victora.
Droga do pięciogwiazdkowego Grand Hotelu położonego w centrum miasta zajęła mu pół godziny, ale za to został przyjęty z dyskrecją należną dygnitarzom i głowom państwa: wjechał do apartamentu prywatną windą wprost z garażu. Andrew nie był politykiem, ale miał pieniądze, za które można kupić wiele przywilejów.
Wraz z ochroniarzem wszedł do luksusowego przestronnego salonu z łukowatymi oknami i eleganckim wyposażeniem. Pietro przeszukał pomieszczenia na dolnym poziomie, po czym wszedł piętro wyżej do sypialni i łazienki. Andrew niecierpliwie przechadzał się po salonie. Nie lubił tracić czasu. Chciał jak najszybciej zabrać się do pracy i rozszyfrować zamiary Victora.
‒ Wszystko w porządku – zameldował Pietro. – Mam sprawdzić, co słychać u pani Sterling?
‒ Bądź dyskretny. Jeszcze nie wie, co się dzieje.
Miranda, wdowa po jego bracie, grała kluczową rolę w jego decyzji, aby wycofać się z wrogich działań względem Sterling Enterprises. I wciąż była tego nieświadoma.
Dwa tygodnie po śmierci Johnathona Andrew złożył jej wizytę, która przebiegła zupełnie inaczej, niż się spodziewał. Miała prawo złościć się na niego, ba, mogła pokazać mu drzwi. Nie pojawił się na pogrzebie, oszołomiony burzą sprzecznych emocji po tragicznym wypadku na polu golfowym.
Tymczasem Miranda powitała go serdecznie i zaprosiła do domu, który wyglądał jak rozkładówka z żurnala architektonicznego. Powiedziała, że nieobecność szwagra sprawiła jej wielką przykrość.
Andrew starał się usprawiedliwić, ale nie było to takie proste. Ku jego zaskoczeniu Miranda zachowała się inaczej niż większość ludzi, z którymi miał do czynienia: po prostu mu przebaczyła.
Następnie zaczęła opowiadać o swoim życiu z Johnathonem i mającym się narodzić dziecku, o którym brat dowiedział się na łożu śmierci. Andrew wziął poprawkę na różowe okulary, przez które zakochana kobieta patrzyła na męża. Johnathon potrafił tak przedstawiać rzeczywistość, że z każdej afery wychodził bez winy.
Krytyczne uwagi przemilczał, słuchał za to z uwagą, jak Miranda przedstawiała plany na samotne wychowywanie dziecka, które nie pozna taty. Ten fragment rozmowy żywo utkwił mu w głowie. Na pożegnanie młoda wdowa objęła szwagra, pocałowała go w policzek i nazwała najbliższą rodziną. Położyła rękę na nieznacznie zaokrąglonym brzuchu i powiedziała, jak bardzo się cieszy, że dziecko będzie miało stryja.
Nawet teraz, dwa miesiące później, jej głos dźwięczał mu w pamięci. Często słyszał, że rodzina jest najważniejsza, ale nigdy wcześniej nie miał okazji tego doświadczyć. Nie w ten sposób.
Natychmiast po powrocie do Seattle skontaktował się z Victorem i dał mu znać, że odwołuje plan szkodzenia Sterling Enterprises. Po śmierci brata zemsta stała się bezprzedmiotowa. Wcześniej zamierzał storpedować przetarg na renowację Seaport, ważnej dla San Diego przestrzeni publicznej z pięknym widokiem na zatokę.
Wybrał ten projekt z bardzo osobistych powodów, bo był przekonany, że brat również ma ukryte motywy. Właśnie tu doszło do wydarzenia, które stanowiło kulminację wieloletniej rywalizacji między nimi – narzeczona Andrew porzuciła go w dniu ślubu, zostawiła go przed ołtarzem w pawilonie weselnym Seaport Promenade.
‒ Daj mi znać, jeśli coś twoim zdaniem odbiega od normy.
‒ Oczywiście, proszę pana – odparł Pietro.
‒ Kontynuujcie obserwację siedziby Victora w San Diego, miejsc, gdzie się zwykle kręci, a także lotnisk. Gdybyście gdzieś go dostrzegli, meldujcie bez zwłoki.
‒ Dowie się pan pierwszy, panie Sterling.
Andrew zamknął drzwi za ochroniarzem i wybrał numer do Sandy. Kobieta była jego szpiegiem w Sterling Enterprises. Przerwała krecią robotę, gdy jej kazał, ale wtedy Victor ją przekupił i natychmiast wróciła do pracy. Andrew nigdy wcześniej nie uważał jej za osobę sprzedajną, ale widać każdy ma swoją cenę.
Niestety, odpowiedziała mu automatyczna sekretarka.
‒ Sandy, tu Andrew. Ponownie. To się robi nudne. Unikasz kontaktu, Victor też. Skończcie z tymi gierkami. Jestem gotów zapłacić wam za odstąpienie od planu, ale niczego nie ustalimy, jeśli któreś z was do mnie nie oddzwoni.
Nie zamierzał stawiać ultimatum, jednak teraz sytuacja tego wymagała.
– Chcę mieć pewność, że żadne z was nie knuje niczego przeciw Mirandzie. Jeśli spadnie jej włos z głowy, będziecie mieć ze mną do czynienia. Tu chodzi wyłącznie o biznes i nic więcej.
Przerwał połączenie i jeszcze przez chwilę gapił się na ekran. Serce biło mu niespokojnie. Czy popełnił błąd? Zdradził, że Miranda wiele dla niego znaczy?
Wszystko będzie dobrze, uspokajał się. Pietro i jego zespół pilnują Mirandy i jej domu. Jest bezpieczna, a on wyeliminuje zagrożenie. Potem postara się zbudować bliższą relację z bratową i jej dzieckiem.
Może dzięki temu uda mu się pogodzić ze śmiercią Johnathona, brata, którego jednocześnie kochał i nienawidził. Zamknie za sobą drzwi do nieszczęśliwej przeszłości, która w tej chwili na nowo go atakowała, zaciekle i jadowicie. Ale nigdy się jej nie podda.
Miranda Sterling spędziła cały długi dzień w swojej firmie MS Designs, zajmując się projektami wnętrz. Wreszcie wracała do domu i myślała tylko o przyjemnościach, które sprawi sobie na koniec dnia: odgrzeje solidną porcję ravioli nadziewanego krabem, z ulubionej restauracji, i przygotuje pachnącą kąpiel w pianie. Ciąża ma swoje zalety – zamierzała się rozpieszczać bez wyrzutów sumienia.
Właśnie parkowała, gdy zadzwoniła komórka. Zerknęła na ekran. Tara Sterling, przyjaciółka i partnerka biznesowa, a jednocześnie pierwsza żona jej nieżyjącego męża. Wraz z drugą żoną Johnathona, Astrid, miały we trzy większościowy pakiet akcji w Sterling Enterprises. Johnathon w testamencie podzielił udziały między kobiety swego życia jako świadectwo, że wszystkie szczerze kochał. Zawsze lubił takie dramatyczne gesty.
‒ Cześć, Taro. Czy możemy zdzwonić się za chwilę? Dopiero dojechałam do domu. Nie zdążyłam nic zjeść, umieram z głodu.
‒ Jedziemy do ciebie z Astrid, chcemy porozmawiać o Andrew.
Wszyscy wokół uważali, że brat Johnathona knuje coś na szkodę firmy, ale Miranda nie dawała wiary tym pogłoskom. Istotnie, relacje między braćmi nacechowane były rywalizacją i nieufnością, ale Andrew z pewnością nie był takim rogatym diabłem, jak próbowali przedstawiać go niektórzy.
‒ Znowu? Przecież już rozmawiałyśmy na ten temat. Twoje hipotezy mnie nie przekonują. Naprawdę uważasz, że maczał palce w błędach, które popełniliśmy przy przetargu na Seaport?
‒ Tak. Jesteśmy już prawie na miejscu. Pogadamy u ciebie.
Mirandzie nie podobało się, że Tara i Astrid wpadają bez zaproszenia, jakby założyły z góry, że nie ma życia prywatnego poza pracą. Z drugiej strony szczerze się zaprzyjaźniły, więc nie potrafiła się na nie złościć.
‒ Lubisz ravioli krabowe?
‒ Przepadam za nim.
Weszła do domu i rozejrzała się. Ponad siedemset czterdzieści metrów kwadratowych powierzchni wydawało się przesadą teraz, gdy została sama, ale nie potrafiła rozstać się z tym miejscem.
Sama zaprojektowała i urządziła każdy pokój, a widok na ocean był niewiarygodnie piękny. Dom przynosił jej pociechę w dni, kiedy była w depresji, i radość, kiedy z odwagą myślała o czekających ją dobrych wydarzeniach: o Dniu Dziękczynienia, Bożym Narodzeniu i narodzinach córeczki. Włożyła do piekarnika trzy porcje ravioli. Jak dobrze, że miała zapas. Tara i Astrid przyjechały kilka minut później.
‒ Wejdźcie – zaprosiła je do środka.
Jasnowłosa Tara szła pierwsza energicznym krokiem, a za nią smukła jak trzcinka Astrid, naturalnie piękna była modelka. Przy nich Miranda ze swoim wzrostem metr siedemdziesiąt zdawała się malutka, zwłaszcza że zrzuciła szpilki, a one obie paradowały na obcasach.
‒ Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – Astrid przytuliła ją serdecznie.
Zawsze żywo się interesowała maleństwem, które miało przyjść na świat. Bardzo chciała mieć dzieci, ale w małżeństwie z Johnathonem to nie wyszło mimo starań. Teraz zaręczyła się z bratem Mirandy, Clayem. Ciekawe, czy zdecydują się na in vitro, czy Astrid przeleje wszystkie niespełnione macierzyńskie uczucia na córeczkę Claya, Delię.
‒ Jestem nieustannie głodna – przyznała się Miranda i wprowadziła przyjaciółki do przestronnej kuchni, skąd dochodziły boskie zapachy. – Za kwadrans danie będzie gotowe. Macie ochotę na kieliszek wina? – Wyciągnęła chablis z lodówki.
‒ Chętnie. – Astrid usiadła na barowym stołku.
‒ Ja też, ale nie odkładajmy głównego tematu. Andrew jest w mieście. Ktoś z moich znajomych widział go w Grand Hotelu. Nie czekajmy bezczynnie, aż się dowiemy, jaki jest cel tej wizyty. – I Tara wyliczyła całą listę grzechów, które szwagier popełnił w przeszłości, łącznie z błędnymi informacjami, które ich firma otrzymała w sprawie specyfikacji przetargowych. – Powinnyśmy przejąć inicjatywę.
Miranda napełniła winem dwa kieliszki, walcząc z narastającą irytacją. Spędziła trochę czasu w towarzystwie Andrew, gdy przyjechał do San Diego kilka tygodni po śmierci Johnathona. Może nie był wzorem cnót, ale dorabia mu się niesprawiedliwą gębę podstępnego intryganta.
‒ Nie widzę tu swojej roli. Nawet nie pracuję w Sterlingu.
‒ I dlatego jesteś idealna do tej roli. Nie będzie cię podejrzewał – oświadczyła Tara.
‒ Znasz go najlepiej z nas wszystkich – dodała Astrid. – Ja właściwie wcale.
Żadna z żon nie miała okazji poznać Andrew. Nie był częścią życia ich męża. Skontaktował się z Mirandą dopiero po pogrzebie, a w rozmowie wywarł na niej pozytywne wrażenie. Uważała się za dobrego sędzię charakterów, złościło ją przypisywanie mu podłych intencji.
‒ Zadzwoń do niego, spróbuj się umówić. I dowiedz się, co właściwie kombinuje – zachęcała Tara.
‒ Obiecał się ze mną skontaktować, kiedy wróci do San Diego – odparła wolno Miranda. – Skoro tego nie zrobił, może nie chce się spotkać. – Nie była pewna, dlaczego ta myśl sprawiła jej przykrość.
‒ Może jest pochłonięty brudnymi gierkami. Rada miejska w tym tygodniu rozstrzygnie przetarg na Seaport. Ostatni moment, żeby nam zaszkodzić.
‒ Wariatki. – Miranda z politowaniem pokręciła głową. – Zupełnie go nie znasz.
‒ Nie widzisz dowodów, bo zamykasz oczy – odparła Astrid. – Ja też miałam wątpliwości, ale wszystkie poszlaki wskazują na Andrew. Wiem, trudno w to uwierzyć, bo jest najbliższym krewnym człowieka, którego wszystkie kochałyśmy.
Miranda westchnęła ciężko. Pokrewieństwo powinno dać mu kredyt zaufania. Czy jest głupio naiwna?
Johnathon opowiadał jej różne historie o bracie, o jego mściwych i okrutnych postępkach, jednak nie miała klapek na oczach. Johnathon potrafił działać równie bezwzględnie i nigdy nie nadstawiał drugiego policzka.
Postanowiła wyjaśnić sprawę raz a dobrze. Jeśli Andrew jest niewinny, będzie go bronić z pełnym przekonaniem. Chce przecież, aby jej córka spotkała całą bliską rodzinę. Miranda i Clay nie znali ojca. To bolesne doświadczenie dla dziecka. Może jej córeczka będzie miała przynajmniej kochającego stryja.
‒ Zgoda. Zadzwonię do niego.
‒ Naprawdę? ‒ Tara wyraźnie spodziewała się z jej strony większego oporu.
‒ Tak. Nie chcę spędzać kolejnych godzin na deliberowaniu nad czymś, co jest naszym wymysłem. – Wzięła telefon i wyszukała w kontaktach numer Andrew.
Odebrał po jednym dzwonku.
‒ Miranda?
Poczuła dreszczyk na dźwięk jego głosu. Hormony ciążowe dają o sobie znać. Odwróciła się plecami do przyjaciółek i przeszła na drugą stronę kuchni.
‒ Hej, Andrew. Jak się miewasz?
‒ Dobrze. A ty? Zaskoczyłaś mnie. – Miał ciepły i przyjemny glos. Zupełnie jak kąpiel, za którą się stęskniła.
Przymknęła oczy i ucisnęła nasadę nosa. Za chwilę zabrzmi jak stalkerka.
‒ Podobno jesteś w mieście.
Po drugiej stronie zapanowała cisza i Andrew odezwał się zupełnie innym tonem.
‒ Kto ci powiedział?
‒ Widziała cię jedna z moich przyjaciółek. Jest dość wścibska, więc zadzwoniła sprawdzić, czy jesteśmy umówieni. – Wzdrygnęła się. Nie lubiła kłamstw.
‒ Przyjechałem w interesach. Miałem zamiar się do ciebie odezwać.
‒ Jak długo będziesz w San Diego? – Zerknęła na Tarę i Astrid. Nie odrywały od niej wzroku.
‒ Niezbyt długo.
‒ Miałbyś ochotę zjeść ze mną kolację? – To było niewinne pytanie. W końcu każdy musi kiedyś jeść.
‒ Z przyjemnością.
‒ Ostatnio projektowałam zmianę wystroju restauracji na Harbor Island. Stamtąd jest piękny widok na zatokę. Nie miałam jeszcze okazji ocenić efektów mojej pracy.
‒ Dobry pomysł – powiedział, ale coś w jego głosie sprawiło, że wyczuła pewien przymus.
Czy dziewczyny miały rację? Zbyt pochlebnie go oceniła? Cóż, pora się przekonać.
‒ Jutro wieczorem? O siódmej?
Zaparkowała auto przy Harbor Prime, żołądek ściskał jej się ze zdenerwowania. Miała odegrać rolę kobiety-szpiega bez żadnego wsparcia. Tara i Astrid oczekiwały odpowiedzi na drażliwe pytania, a ona chciała zachować dobry kontakt ze szwagrem. Ich cele wzajemnie się wykluczały.
Jak ma wziąć Andrew w krzyżowy ogień pytań, a jednocześnie nie spalić mostów między nimi? Wiedziała tylko, że postara się wywiązać z jednego i drugiego zadania.
Widok restauracji sprawił jej przyjemność – renowacja się udała. Nie miała zwyczaju chwalić się dobrym gustem, ale tym razem była z siebie dumna. Drewniane belki sufitowe w hebanowym odcieniu podkreślały wyspiarską architekturę budynku. Kanapy i obicia ścianek działowych miały roślinne wzory w kolorach kawowego brązu i soczystej zieleni. Najładniejszy we wnętrzu był jednak widok na zatokę z migotliwą panoramą rozrzuconego na brzegu miasta.
‒ Pani Sterling, jak miło, że nas pani odwiedziła. – Restauratorka wyszła jej naprzeciw z wyciągniętą dłonią.
‒ A ja cieszę się, że mam okazję zobaczyć lokal wieczorem. – Rozejrzała się, ale nie dostrzegła Andrew.
‒ Mamy dla pani stolik z wyjątkowo pięknym widokiem.
‒ Zdaje się, że mój gość jeszcze nie dotarł.
‒ Pan Sterling przyszedł dziesięć minut temu. Pozwoliłam sobie zaprosić go do stolika. Proszę za mną.
W jadalni rozbrzmiewała muzyka i wesoły gwar rozmów. Gdy okrążyły środkowy rząd stolików, dostrzegła profil Andrew i poczuła przyspieszone bicie serca. Skąd to się bierze? Hormony? A może podobieństwo do męża, którego przedwcześnie straciła.
Andrew odwrócił się i uśmiechnął lekko na jej widok. Wstał i wyciągnął ramiona. Przytuliła się bez wahania.
‒ Dobrze cię zobaczyć, Mirando. – Jego uścisk był serdeczny i ciepły.
Dawno nie czuła się tak bezpiecznie...
Tytuł dostępny przedpremierowo od dnia 01.12.2022 r. w Booktime.pl
Honey od zawsze pragnęła przejąć rodzinną winnicę. Gdy ojciec ją sprzedał, zła na cały świat ruszyła w drogę. Zaskoczona burzą śnieżną utknęła na poboczu i pewnie by zamarzła, gdyby tą samą drogą nie jechał akurat Jericho. Ten, który kupił jej winnicę. Z którym bez przerwy się kłóciła i którego skrycie pożądała. Oboje znajdują schronienie w domku w lesie. Tylko jedna sypialnia jest ogrzewana. I jest tam tylko jedno łóżko...
Fragment książki
Rozglądając się po pięknym pomieszczeniu przeznaczonym do degustacji wina, które było klejnotem w koronie drogiej jej sercu winnicy Cowboy Wines, Honey Cooper pomyślała, że gdyby miała pod ręką pudełko zapałek, a do tego odrobinę odwagi, puściłaby to wszystko z dymem. Co prawda trudno by jej zarzucić brak odwagi, chodziło raczej o niechęć do ewentualnej kary. Może to nie najlepszy powód, by rezygnować z podpalenia rodzinnej winnicy. Byłej rodzinnej winnicy.
Kupił ją Jericho Smith, najbardziej irytujący, nieznośny i najseksowniejszy facet, jakiego znała.
Doprowadzał ją do szału. Przejął jej dziedzictwo. Jej bracia nie byli zainteresowani prowadzeniem Cowboy Wines, zaś ojciec postanowił przejść na emeryturę. Jericho złożył ofertę kupna, a ojciec ją przyjął. Owszem, na jej rachunku bankowym pojawiły się pieniądze, które zdaniem ojca jej też się należały. Tyle że to bez znaczenia.
Może jednak powinna poszukać zapałek.
Spojrzała na telefon – za nieuczciwie jej zdaniem zyskane pieniądze kupiła sobie smartfon – i zobaczyła nową wiadomość. Napisał do niej Donovan.
Prowadził hodowlę koni na obrzeżach Portland. Poznała go przez aplikację randkową. Tak, założyła konto na portalu randkowym. Naprawdę miała dość tego, co wiązało się z Gold Valley. Miała dość kowbojów. Dość wszystkich, którzy znali jej braci i ojca.
Miała dość Jericha.
Była nietykalna. Równie dobrze mogliby ją zamknąć w szklanej klatce. Mężczyźni bali się, że jeśli podejdą do niej bliżej niż na trzydzieści metrów, dostaną pięścią w twarz. Jackson i Creed nie słynęli ze spokojnego usposobienia, a jeśli chodzi o Jericha… Był starszym bratem, którego absolutnie nie potrzebowała.
Była zła, że tak na nią działał, i to od chwili, gdy poznała różnicę między chłopcami i dziewczynkami. Rzecz jasna, kiedy mężczyzna zna cię tyle czasu, wciąż postrzega cię jako smarkulę z mysim ogonkiem i nigdy nie zobaczy w tobie kobiety. Poza tym wiedziała, że jeśli chodzi o związki, dla Jericha liczy się dobra zabawa, a nie trwałość.
Gdyby tylko nie był taki przystojny!
Pod tym względem Donovan wcale mu nie ustępował. Oczywiście jeśli wierzyć zdjęciom, które otrzymała. Nie, to nie były takie zdjęcia, nie przysłał jej swoich aktów. Nie wiedziała, czy powinna czuć się tym urażona, czy przeciwnie. Z telewizji, wiedziała, że mężczyzna, który chce spotykać się z kobietą, wysyła jej zdjęcia swojego ciała. Ale i tak zamierzała wynieść się z Gold Valley, jak najdalej od winnicy – nie podpalając jej jednak – i od Jericha. Raz na zawsze. W związku z tym miała zamiar uciec do Portland, znaleźć pracę na innym ranczu, a może nawet stracić dziewictwo z Donovanem.
Tak, zdecydowanie straci dziewictwo z Donovanem.
W Boże Narodzenie.
Wymaże Jericha z pamięci i przestanie myśleć o tym, że jest seksowny i że kupując winnicę, kompletnie ją załamał. Odkąd sięgała pamięcią, winnica była jej marzeniem. Przez lata ciężko pracowała na ziemi, która już do nich nie należała.
Czarę goryczy przelewał fakt, że nie przestała uważać Jericha za atrakcyjnego mężczyznę, mimo że była na niego wściekła. Mimo tego, że każdej nocy spał podobno z inną kobietą. Nie obchodziło jej to. Bo przecież nie umówi się z nim na randkę. Choć chętnie by to zrobiła. Kto by nie chciał? Był wysoki, atletyczny. Uosobienie grzechu w kowbojskich butach i kapeluszu. W obcisłym T-shircie. Choć miała serdecznie dosyć kowbojów, to był jej typ.
Gdy straciła matkę, miała trzynaście lat. Czuła wtedy, jakby ziemia zapadła się pod jej nogami, a ona kurczowo chwyciła się brzegu przepaści, by nie spaść na dno. Został jej ojciec i bracia, a dla niej najważniejszą rzeczą stało się dopasowanie do tego męskiego świata.
Wiedziała, że ojciec nie umie sobie poradzić z jej bólem i żałobą, więc ze wszystkich sił starała się zachować obojętność. Odsunęła na bok marzenia, eksperymentowanie z makijażem czy ciuchami. Została kowbojką.
Niestety po jakimś czasie uznała, że ta droga prowadzi donikąd i zapragnęła czegoś innego. Chciała się przekonać, co jeszcze może w życiu robić i kim być.
Donovan był bardziej wyrafinowany. Prowadził ośrodek jeździecki, nie ranczo. U niego nie byłaby pomocnikiem, zostałaby treserem koni. Kimś ważnym. Zyskałaby wolność. Przestałaby być dziewicą.
Skoro ojciec uznał, że winnica jej się nie należy, to znaczy, że nie jest tu do niczego potrzebna.
Poczuła ucisk w sercu. Nie zamierzała zrywać więzi z rodziną. Kiedy zmarła matka, była jeszcze dzieckiem, a ojciec nie szczędził jej czasu i uwagi. Kochał ją, po prostu nie potrafił zajmować się dziewczynką. I nie przyszło mu do głowy, że może chcieć dostać kawałek ziemi. Zwłaszcza że prawie całe życie ciężko na niej pracowała.
Bracia… Cóż, mówiąc szczerze, byli prawdziwym utrapieniem, choć oni też ją kochali. Niezależnie od tego wszystkiego musi wyjechać.
Bardzo potrzebowała dystansu.
Sięgnęła znów po telefon i przeczytała wiadomość.
Kiedy zamierzasz przyjechać?
Myślałam o tygodniu świątecznym.
Właściwie chciała wyjechać natychmiast. Zniknąć, zerwać z tym. Jak najszybciej.
Nigdy nie wyczekiwała na Boże Narodzenie z bliskimi. Nie zamierzała też dyskutować z nimi na temat wyjazdu. Chciała tylko wyjechać. Robić to, na ma ochotę.
Nie musiała pytać o pozwolenie, więc tego nie zrobiła. Nie podzieliła się z nimi swoimi planami, nie zdradziła też, jaka jest wściekła i dlaczego.
Ojciec i tak nie stawi czoła jej emocjom. Poza tym rzadko go widywała. Nie miała pojęcia, co się z nim dzieje, ale nigdy nie było go w domu. Bracia byli już żonaci, i to z siostrami Maxfield, co znaczy, że będą zajęci w swoich winnicach. A może, co gorsza, będą oczekiwali jej pomocy.
Skłamałaby mówiąc, że nie darzy szwagierek sympatią. Cricket była jej rówieśnicą, więc powinny się zaprzyjaźnić. Tyle że Honey miała pewien kłopot, gdy myślała, że ma się zbliżyć z dziewczyną, która sypia z jej bratem.
Bardzo dobrze. Przygotuję dla ciebie pokój.
Miała nadzieję, że to będzie wspólny pokój.
Musi wymazać z pamięci to miejsce, swój ból i głupie bezsensowne zainteresowanie mężczyzną, który skradł jej przyszłość i zajmował za dużo miejsca w głowie.
Miała nadzieję, że Donovan przygotuje pokój dla nich dwojga. Wielką nadzieję. Była na to gotowa. Pragnęła zmiany, czegoś nowego. Szansy na bycie kimś innym.
Jericho był zmęczony. Do wyjazdu do rodziny Daltonów na Boże Narodzenie został mu tylko dzień. Najchętniej by tam nie jechał. Do diabła, chętnie trzymałby się od nich z daleka, ale przed dwoma miesiącami skontaktował się z nim Wes Caldwell, jego przyrodni brat, mówiąc mu o jego związkach z rodziną Daltonów.
Hank najwyraźniej spodziewał się, że Jericho będzie zbyt wściekły, by z nim rozmawiać. Zwłaszcza że jak się okazało, jego nieślubne dzieci z różnych związków żyły z przeświadczeniem, że wie o ich istnieniu, lecz się ich wyrzekł, choć to nie była prawda.
Wes z własnej woli spotkał się z nim w Gold Valley Saloon, wyjaśnił sytuację i opowiedział, jak on sam znalazł się w Gold Valley i został członkiem klanu Daltonów.
Tyle że Jericho już wcześniej był świadomy swojego związku z Daltonami. Miał tę świadomość od momentu, gdy był dość duży, by się zorientować, że każdy ma ojca – tyle że jego ojciec miał go gdzieś.
Okazało się, że się mylił. Hank Dalton nie miał pojęcia o jego istnieniu. Cieszący się złą sławą emerytowany kowboj i zawodnik rodeo był ojcem sporej liczby dzieci, o których nie wiedział. W swoich szalonych młodych latach, gdy zdradzał żonę i nie rozumiał chyba, do czego służy prezerwatywa, spłodził gromadkę, która była teraz po trzydziestce. Część z nich urodziła mu żona Tammy, część inne kobiety.
Wyglądało na to, że Jericho jest ostatni z grona poszukiwanych, a to dlatego, że Hank nie znał jego imienia, a znów nazwisko miał dość pospolite. Hank nie cieszył się dobrą opinią w Gold Valley. Matka Jericha nie robiła tajemnicy z faktu, że to jego ojciec. Zmarła, gdy Jericho miał szesnaście lat i wtedy rodzina Cooperów wzięła go do siebie. Wychowali go i zadbali o to, by niczego mu nie brakowało.
Rak zbyt wcześnie zabrał jego troskliwą matkę. Jericho dzielił ten ból z Cooperami. Nie mówili o tym – uczucia nie zajmowały poczesnego miejsce na liście rzeczy, z którymi trzeba się mierzyć – a jednak wszyscy po prostu o tym wiedzieli. I to wystarczyło.
O ile Jericho się orientował, Hank porzucił jego matkę, więc niczego od niego nie chciał. Tymczasem historia okazała się bardziej skomplikowana. To żona Hanka Tammy kontaktowała się z byłymi kochankami męża, które urodziły mu dzieci. Hank nie był tego świadomy.
I oto Jericho wybierał się do Daltonów na święta, nie mając pojęcia, co go tam czeka. Choć szczerze mówiąc, z zaciekawieniem myślał, że zobaczy tych wszystkich, którzy tworzyli jego rodzinę. Na szczęście Honey miała zostać w domu i dopilnować winnicy.
Poza tym Jackson i Creed mogliby choć raz ruszyć tyłki i pomóc siostrze. Byli dla niego jak bracia. Zaś Honey…
Znał ją, odkąd była pełnym energii, choć drażliwym dzieciakiem. Teraz była pełną energii, lecz drażliwą kobietą, która rozpalała w nim krew i kazała mu zadawać sobie pytanie, czy w piekle naprawdę jest tak gorąco, czy może jednak warto zaryzykować.
Bóg jeden wie, że gdyby jej tknął, Jackson i Creed daliby mu popalić. Gdyby należał do mężczyzn, którzy mają do zaoferowania coś więcej, być może byłoby inaczej.
Jericho uważał miłość za poświęcenie, zatem trzymał ręce przy sobie i nie rozpinał rozporka. W każdym razie przy Honey. Poza niechcianym podnieceniem, jakie w nim budziła, była dobrym pracownikiem i mógł jej spokojnie powierzyć winnicę na jakiś czas. Prawdę mówiąc, przysiągłby, że odkąd ją kupił, Honey pracowała dwa razy więcej.
Doskonale sobie bez niego poradzi, zwłaszcza że choć gościli już w winnicy dwie prywatne imprezy, nie był to jeszcze czas degustacji wina. Zapewne nie bez znaczenia podczas podejmowania decyzji o spotkaniu z Daltonami był też fakt, że Jericho osiągnął w życiu sukces.
Do diabła, całkiem daleko zaszedł bez pomocy Hanka.
Dorobił się wszystkiego ciężką pracą własnych rąk. Pierwsze ranczo kupił po latach pracy na nim. Potem dokupił drugie. Rozwijał działalność. Osiągał zyski. Wreszcie stać go było na kupno winnicy.
Teraz miał już kilka firm związanych z rolnictwem i prowadzeniem farmy.
Nie potrzebował litości Daltonów ani ich pieniędzy. Był taki czas, kiedy wsparcie finansowe bardzo przydałoby się jego matce. Otrzymali od Hanka jednorazową wypłatę za ugodę, ale choroba matki doprowadziła ich do bankructwa.
Był dzieckiem i został z niczym. Tak, przez pewien czas czuł z tego powodu gorycz. Aż doszedł do wniosku, że najlepszą zemstą będzie jego sukces w każdej dziedzinie życia, więc robił wszystko, żeby go osiągnąć.
Harował ile sił i nieźle się bawił. Rodzina, małżeństwo… te bzdury nie były mu pisane.
Wszedł do pomieszczenia, gdzie degustowano wina, i ujrzał Honey z telefonem w ręce. Miała na sobie niebieskie dżinsy opinające ciasno zgrabne pośladki. Nie, Honey nie jest jego siostrą. Niedawno skończyła dwadzieścia dwa lata, więc była za młoda i prędzej ugryzłaby go w nadgarstek, niż pocałowała. Była jak dzika norka.
I niech go szlag, jeśli mu się to nie podobało.
Dokładnie wiedział, kiedy to się stało i starał się o tym nie myśleć. To było w listopadzie minionego roku, kiedy Creed oznajmił, że poślubia jego rywalkę, ponieważ zaszła z nim w ciążę. Honey wpadła w furię.
- Nikt się nie decyduje na ślub tylko dlatego, że kogoś pożąda. To durne.
- Dobra, żenię się z powodu ciąży.
- Nadal nie rozumiem, jak mogłeś być tak głupi.
- Honey, modlę się, żebyś miała głowę na karku, kiedy znajdziesz się w podobnej sytuacji, kiedy będziesz kogoś pożądała.
- Nigdy nie ogłupieję z powodu faceta.
Powiedziała to z absolutnym przekonaniem. I wtedy coś w nim pękło. Jericho zrozumiał, że Honey jest już kobietą.
Zastanowił się, jaki mężczyzna mógłby sprawić, by jednak zachowała się głupio. Natychmiastowa instynktowna odpowiedź brzmiała: on.
Teraz chciał wybiec z pomieszczenia, jakby spodnie zajęły mu się ogniem. A jednak został, jakby nic się nie zdarzyło, zdusił ogień, po którym został tylko znośny żar.
- Dobry wieczór.
Podniosła głowę i spojrzała na niego chłodno.
- O, Jericho.
- Ćwiczyłaś tę minę przed lustrem?
- Jaką minę? – Chłód wyparował, ściągnęła brwi.
- No i proszę, znów przypominasz siebie. Chciałbym, żebyś wszystko tu nadzorowała, kiedy wyjadę na święta.
- Słucham?
- Słyszałaś.
Zamrugała i szeroko otworzyła oczy w kolorze whisky.
- Zdaje ci się, że jesteś moim… Zdaje ci się, że jesteś moim szefem, Jericho?
- Honey. – Zdał sobie sprawę, że kusi los. I jej temperament. – Jestem teraz właścicielem winnicy, a ty dla mnie pracujesz. – To on będzie podpisywał czeki. Może to jeszcze do niej nie dotarło.
- Ja… odchodzę – rzuciła.
- Co takiego?
- Odchodzę. W zasadzie wyjeżdżam.
- Wyjeżdżasz?
- Jericho, zawsze powtarzasz to, co mówi kobieta? Jeśli tak, trudno mi uwierzyć, że masz takie powodzenie.
- Kobiet nie przyciągają moje zdolności do konwersacji.
Jej policzki poczerwieniały.
- Nie obchodzi mnie, czemu kobiety szukają twojego… towarzystwa. Ja wyjeżdżam. Dostałam pracę.
- Do… – zdał sobie sprawę, że chciał znów powtórzyć jej słowa. – Gdzie?
- Niedaleko Portland.
- Co będziesz robić? Pracować w jednym w tych durnych barów kawowych, gdzie nie ma żadnego wyboru i więcej tam agresji niż kawy?
- Nie będę pracować w mieście, tylko na ranczu. W ośrodku jeździeckim. Będę treserem koni.
- Jedziesz tam w ciemno?
- Tak.
- Jak się nazywa to miejsce, do diabła?
- Nie twój interes.
- Twój ojciec wie?
- Ojciec jest zbyt zajęty. Wydaje się, że entuzjastycznie powitał wżenienie się moich braci w ród Maxfieldów.
- Co to niby ma znaczyć?
Znał odpowiedź. Przed wieloma laty Cash Cooper przeżył młodzieńczy romans z Lucindą Maxfield. Rozdzielił ich czas i nieporozumienia.
Jericho podejrzewał, że uczucie się odrodziło, gdy żona Casha zmarła, zaś Lucinda rozeszła się z mężem.
Zdawało się, że Honey właśnie to miała na myśli.
- Wygląda na to, że mężczyźni z mojej rodziny nie są w stanie oprzeć się kobietom z rodziny Maxfieldów. – Potrząsnęła głową. – Nie chcę spędzać świąt w Maxfield Vineyards. Nie chcę być częścią ich świata. Nie chcę, żebyś był właścicielem Cowboy Wines. Chcę, żeby wszystko było tak jak dawniej. Ale tak się nie stanie. To znaczy, że ja się stąd zmywam. Mam pracę i naprawdę lubię… Donovana.
- Kim jest Donovan? – spytał, mrużąc oczy.
Jackson i Creed już tu nie mieszkali, więc czuł się odpowiedzialny za to, by Honey nie popełniła jakiegoś głupstwa.
Wydawała się otwarta, szczera aż do bólu. Mówiła wszystko, co pomyślała. Fakt, że jednak miała jakieś sekrety, uruchomił alarm w jego głowie.
- Jest właścicielem ośrodka, gdzie się wybieram – odparła. – Rozmawiam z nim przez aplikację.
Jericho poczuł ucisk w żołądku.
- Wyjaśnij mi to.
- Skoro musisz wiedzieć, poznaliśmy się na portalu randkowym.
- Poznałaś gościa, dla którego zamierzasz pracować, na portalu randkowym?
- Tak.
- To naruszenie zasad związanych z zatrudnianiem pracowników.
- Myślę, że to może być naruszenie zasad.
- Tym bardziej nie powinnaś tam jechać. To mi wcale nie wygląda na uczciwe i bezpieczne.
- Nie jestem dzieckiem, Jericho. Zresztą jadę tam z zamiarem naruszenia wszelkich zasad.
- Nie, do diabła. – Wpadł w złość. Być może Honey nigdy nie będzie jego, mimo to nie pozwoli jej uciec gdzieś na północ i żyć na kocią łapę z właścicielem ośrodka jeździeckiego. Na samą myśl o czymś takim dostawał furii. – Nie. Nigdzie nie pojedziesz. Zostaniesz tutaj.
- Może to będzie dla ciebie szokująca wiadomość, Jericho, ale nie masz nade mną władzy. Nie masz prawa mówić mi, co mam robić. Nie masz nic do powiedzenia na ten temat. Zrobię, co zechcę. Bo to nie twoja sprawa.
- Jesteś moją sprawą, Honey, nawet jeśli ci się to nie podoba...