Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Kochany wróg (ebook)
Zajrzyj do książki

Kochany wróg (ebook)

ImprintHarlequin
Data premiery2022-12-08
KategoriaEbooki
Liczba stron224
ISBN978-83-276-9145-3
Formatepubmobi
TłumaczWanda Jaworska
EAN9788327691453
Tytuł oryginalnyThe Rancher
Język oryginałuangielski
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Maddie od lat kocha Corta, ale choć mieszkają po sąsiedzku, więcej ich dzieli, niż łączy. On jest najbogatszym ranczerem w okolicy, ona ledwie wiąże koniec z końcem. Ich wzajemne stosunki to pasmo złośliwych utarczek słownych, w których Cort osiągnął prawdziwe mistrzostwo. Irytuje go, że tak często myśli o dziewczynie, która według niego nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Naprawdę jej nie lubi czy broni się przed niechcianym uczuciem?

 

Fragment książki

 

Maddie Lane stała na podwórzu, wpatrując się z zatroskaniem w kręcące się po nim kury. Były wśród nich czerwone, białe i cętkowane. Jednak brakowało dużego koguta karmazyna, który wabił się Pumpkin.
Domyślała się, gdzie może być. Znowu czekają ją kłopoty, to pewne. Odgarnęła z twarzy jasne falowane włosy i skrzywiła się z niezadowoleniem. Dużymi szarymi oczami wędrowała po podwórzu w nadziei, że się pomyliła, że Pumpkin wybrał się tylko na poszukiwanie robaków, a nie kowbojów.
- Pumpkin? – zawołała.
W drzwiach pojawiła się jej cioteczna babka, Sadie: nieduża, przysadzista starsza pani z siwymi włosami.
- Widziałam, jak szedł w stronę obejścia Brannta - powiedziała, wychodząc na ganek. – Przykro mi.
- Muszę za nim pójść – jęknęła Maddie. – Cort mnie zabije!
- Myślę, że nie posunie się tak daleko – odrzekła spokojnie Sadie. – Mógł zresztą zastrzelić Pumpkina, ale tego nie zrobił…
- Tylko dlatego, że chybił – prychnęła Maddie, opierając ręce na smukłych biodrach.
Średniego wzrostu, o chłopięcej figurze, miała dużo bezpretensjonalnego wdzięku. I potrafiła ciężko pracować. Ojciec nauczył ją hodowli i sprzedaży bydła, planowania budżetu i gospodarowania. Jej niewielkie ranczo niczym szczególnym się nie wyróżniało, ale przynosiło niewielki dochód. Wszystko układało się pomyślnie, dopóki nie postanowiła rozszerzyć działalności o produkcję ekologicznych jaj i nie kupiła Pumpkina, kiedy poprzedni kogut został zagryziony przez kojota.
- Och, jest łagodny jak owieczka – zapewniał ją poprzedni właściciel. – Kogut czystej krwi, dobry reproduktor, będzie pani zadowolona.
Rzeczywiście, pomyślała, kiedy wpuściła go między kury, a on od razu zaatakował jej nadzorcę, starego Bena Harrisona, akurat wybierającego jaja.
- Lepiej się go pozbądź – ostrzegł Ben, kiedy opatrywała mu rękę.
- Uspokoi się, po prostu jest zdenerwowany nowym miejscem – zapewniła go Maddie.
Roześmiała się teraz na wspomnienie tamtej rozmowy. Ben miał rację. Powinna była odesłać Pumpkina poprzedniemu właścicielowi, ale przyzwyczaiła się do tego pierzastego agresora. Cort Brannt niestety nie.
Cort Matthew Brannt był uosobieniem idealnego mężczyzny z kobiecych marzeń. Wysoki, muskularny, obyty, w dodatku grał na gitarze jak profesjonalista. Miał lekko falowane kruczoczarne włosy, duże ciemnobrązowe oczy i zmysłowe usta, które Maddie w wyobraźni często całowała.
Problem w tym, że Cort był zakochany w swojej drugiej sąsiadce, Odalie Everett, córce wpływowego ranczera Cole’a Everetta. Miała dwóch braci, Johna i Tannera. John wciąż mieszkał z rodzicami, a Tanner przeniósł się do Europy. Rzadko o nim wspominano.
Cort chciał się z nią ożenić, ale Odalie nie myślała o małżeństwie. Kochała operę. A że po matce odziedziczyła piękny czysty głos, chciała zostać zawodową sopranistką. Wyjechała więc do Włoch, żeby pobierać lekcje u znanego śpiewaka. Cort był zrozpaczony, a na domiar złego kogut Maddie wciąż pojawiał się na jego podwórzu i atakował go bez ostrzeżenia.
- Nie rozumiem, dlaczego uwziął się na Corta – powiedziała głośno Maddie. – Przecież mamy tutaj tylu kowbojów.
- Ostatnio Cort rzucił w niego grabiami, kiedy przyszedł do nas obejrzeć jednego z twoich byczków – przypomniała jej Sadie.
- Ja wciąż czymś w niego rzucam – zauważyła Maddie.
- Tak, ale Cort gonił go po całym podwórzu, chwycił go za łapę i zaniósł go na wybieg dla kur, żeby go im zademonstrować. Zranił jego dumę – mówiła dalej Sadie. – Więc on teraz wyrównuje z nim rachunki.
- Tak myślisz?
- Koguty są nieprzewidywalne. Ten – dodała kąśliwie – powinien skończyć w rosole.
- Ciociu Sadie!
- Po prostu mówię, jak jest – prychnęła Sadie. – Mój brat – a twój dziadek – zabiłby go, gdy pierwszy raz cię zaatakował.
- Domyślam się – uśmiechnęła się Maddie. – Nie lubię zabijania. Nawet kogutów.
- Cort by go zabił, gdyby potrafił celnie strzelać – powiedziała Sadie z lekką pogardą. – Załaduj dla mnie tę strzelbę, to ja to zrobię.
- Ciociu Sadie!
- Głupol – skrzywiła się Sadie. – Chciałam pogłaskać kurę, a on gonił mnie aż do samego domu. To żałosne, kiedy kogut terroryzuje całe ranczo. Zapytaj Bena, co on myśli o tym kogucie. No dalej. Jeśli mu pozwolisz, przejedzie po nim furgonetką!
- Cóż, może Cort raz na zawsze się z nim rozprawi, a ja kupię nam innego miłego kogutka.
- Nie sądzę – powiedziała Sadie. – A co do rozprawienia się z nim… - Wskazała ruchem głowy na szosę.
Maddie podążyła za jej wzrokiem. Na szosie zawróciła jak szalona czarna furgonetka i zaczęła pędzić w stronę domu. Najwyraźniej kierował nią jakiś szaleniec.
Po paru sekundach zatrzymała się przed frontowym gankiem, płosząc kury.
- Wspaniale – mruknęła Maddie. – Tak je wystraszył, że teraz nie będą się niosły przez dwa dni.
- Lepiej martw się o siebie – ostrzegła ciocia Sadie. – Witaj, Cort! – zwróciła się do kierowcy furgonetki. – Miło cię widzieć – dodała i niemal biegiem zawróciła do domu.
Maddie została sam na sam z wysokim wściekłym kowbojem w dżinsach, butach kowbojskich, kraciastej koszuli i czarnym stetsonie nasuniętym na jedno oko. Wiedziała, co się święci.
- Przepraszam! – powiedziała, podnosząc w obronnym geście obie ręce. – Obiecuję, że coś z nim zrobię.
- Andy wylądował w krowim gównie, ale to nic w porównaniu z tym, co przydarzyło się innym, kiedy go goniliśmy. Wpadłem na głowę do koryta z płynem odkażającym!
Nie mogę się roześmiać, nie mogę się roześmiać, powtarzała sobie w duchu Maddie, wyobrażając sobie wysokiego przystojnego Corta leżącego z twarzą w cuchnącym roztworze, w którym zanurzali bydło, żeby zapobiec chorobom.
- Przepraszam, naprawdę bardzo mi przykro! – Maddie wytarła wilgotne oczy, próbując ze wszystkich sił zachować powagę. – Nie hamuj się, krzycz na mnie, krzycz. Naprawdę. No, dalej.
- Twój głupi kogut wyląduje w brzuchach moich pracowników, jeśli go jeszcze raz wypuścisz! – zagrzmiał.
- Och, można sobie pomarzyć, nieprawdaż? – spytała tęsknie. – To znaczy myślę, że mogłabym wynająć jakąś chwilowo wolną jednostkę wojskową, żeby spędziła tu następny tydzień, próbując go chwycić. - Rzuciła Cortowi rozbawione spojrzenie. – Jeśli ty i twoi ludzie nie możecie go złapać, to niby jak ja mam to zrobić?
- Złapałem go w dniu, kiedy go kupiłaś – przypomniał jej.
- Tak, ale to było trzy miesiące temu – zauważyła. – I wtedy był tu nowy. Teraz nauczył się już techniki uników. – Maddie zmarszczyła brwi. – Zastanawiam się, czy kiedykolwiek komuś przyszło do głowy, żeby użyć kogutów jako zwierząt bojowych w armii. Muszę to zasugerować jakiemuś dowódcy.
- Ja bym sugerował, żebyś go w jakiś sposób zatrzymała w swoim obejściu, zanim oddam sprawę do sądu.
- Niesamowite, pozwałbyś mnie z powodu koguta? – wykrzyknęła Maddie. – Wow, już widzę nagłówki w gazetach. Bogaty ranczer pozywa głodującą drobną ranczerkę do sądu za atak koguta. Czy twój ojciec ucieszyłby się, czytając takie nagłówki? - spytała z niewinnym uśmiechem.
- Jeszcze jeden atak koguta i zaryzykuję, to nie żarty. – Twarz Corta przybrała zacięty wyraz.
- Och, uchowaj Boże. Poproszę weterynarza, żeby mu przepisał jakieś lek uspokajający – powiedziała Maddie z udaną powagą. – Myślałeś kiedyś o tym, żeby poprosić swego lekarza o coś takiego? Wydajesz się bardzo zestresowany.
- Jestem zestresowany, bo twój cholerny kogut wciąż mnie atakuje, i to na moim cholernym ranczu!
- Cóż, rozumiem, że to stresująca sytuacja – powiedziała Maddie ze współczuciem. – Słyszałam, że Odalie Everett wyjechała do Włoch – nadmieniła mimochodem, wiedząc, że zirytuje go tym pytaniem.
- Od kiedy to interesujesz się Odalie? – spytał Cort, piorunując ją spojrzeniem.
- Po prostu słyszałam ostatnie plotki – odparła, spoglądając na niego spod rzęs. – Może powinieneś studiować śpiew…
- Ty żmijo – warknął Cort. – Jak gdybyś ty potrafiła zaśpiewać choć jedną niefałszywą nutę!
- Gdybym chciała, tobym potrafiła!
- Jasne. I od razu stałabyś się piękna?
Maddie pobladła.
- Jesteś za chuda, za płaska, za pospolita i za mało zdolna, żeby kiedykolwiek mi się podobać, na wypadek gdyby ci to chodziło po głowie - dodał z nieskrywanym niesmakiem.
Maddie wyprostowała się na całą wysokość, ale i tak sięgnęła mu tylko do brody, i spojrzała na niego z godnością.
- Dziękuję. Zastanawiałam się, dlaczego mężczyźni się za mną nie uganiają. Miło jest poznać przyczynę.
Cort nagle poczuł się dość niezręcznie.
- Nie to miałem na myśli – rzekł, przestępując z nogi na nogę.
Maddie odwróciła się, żeby odejść. Nie zamierzała się przy nim rozpłakać.
- Posłuchaj, Madeline – zaczął.
Odwróciła się na pięcie, rzucając mu oburzone spojrzenie. Zacisnęła dłonie.
- Myślisz, że dla kobiet jesteś darem od Boga, co? – spytała wyzywająco. – Pozwól mi coś sobie powiedzieć. Od lat wykorzystujesz swoją urodę, żeby dostawać to, czego chcesz, ale Odalie nie dostałeś, prawda?
- Odalie to nie twoja cholerna sprawa – odparł Cort ze skamieniałą nagle twarzą.
- Wygląda na to, że twoja też nie – odgryzła się. – Bo w przeciwnym razie nigdy by cię nie zostawiła.
Cort odwrócił się i odszedł do furgonetki.
- I nie waż się więcej wpadać na moje podwórze i płoszyć moje kury! – dodała.
Cort zatrzasnął drzwi, włączył silnik i odjechał z piskiem kół w stronę szosy.
- Przez trzy dni nie będą znosić jaj – mruknęła do siebie Maddie, wchodząc na stopnie ganku.
Jej duma została nieodwracalnie zraniona. Żywiła do Corta utajone uczucia, od kiedy skończyła szesnaście lat. On nigdy jej nie zauważał, nawet się z nią nie drażnił, jak to nieraz robili inni mężczyźni. Po prostu ją ignorował, kiedy akurat nie atakował go jej kogut. Teraz wiedziała dlaczego. Teraz wiedziała już, co naprawdę o niej myśli.
Ciocia Sadie czekała na nią na ganku.
- Nie przejmuj się tym, co powiedział. – Zmarszczyła czoło. – Przemądrzalec!
Maddie nie zdołała powstrzymać łez.
- Nie wierz w jego słowa. – Ciocia Sadie objęła ją i przytuliła. – Był wściekły i starał się ciebie zranić za to, co wspomniałaś jego cudowną Odalie. Ona jest za dobra dla jakiegoś kowboja. Przynajmniej ona tak uważa.
- Jest piękna, bogata i utalentowana – powiedziała Maddie. – Ale Cort także. Naprawdę pasowaliby do siebie. A cóż by to było za wspaniałe połączenie dużego rancza Everettów z ranczem Brannta.
- Tyle że Odalie nie kocha Corta i prawdopodobnie nigdy nie będzie go kochać – zauważyła ciocia Sadie.
- Niewykluczone, że jej uczucia się zmienią po powrocie do domu – mruknęła Maddie. – On zawsze był koło niej, posyłał je kwiaty, dzwonił. Był romantyczny. Może dojść do wniosku, że jest dobrą partią.
- Albo kogoś kochasz, albo nie – stwierdziła Sadie. – I nic tego nie zmieni.
- Tak uważasz?
- Upiekę ci ciasto, od razu poczujesz się lepiej.
- Dziękuję, to miło z twojej strony. – Maddie otarła łzy. – Cóż, przynajmniej straciłam złudzenia. Teraz mogę zająć się ranczem i przestać wzdychać do mężczyzny, który uważa, że jest dla mnie za dobry.
- Żaden mężczyzna nie jest dla ciebie za dobry, kochanie – powiedziała ciocia Sadie. – Jesteś prawdziwym skarbem i nie pozwól, żeby ktokolwiek wmawiał ci coś innego.

Kiedy późnym popołudniem Maddie wyszła zagonić kury do kurnika zastała Pumpkina tam, gdzie powinien się znajdować – na podwórzu za domem.
- Chcesz, żebym wylądowała w sądzie, utrapieńcu – wymamrotała, na wszelki wypadek niosąc gałąź i metalową pokrywkę.
Kogut pochylił głowę i natarł na nią, ale odskoczył od pokrywki.
- Właź – rozkazała.
Kogut wbiegł do kurnika, więc zamknęła drzwi i oparła się o nie z westchnieniem ulgi.
- Trzeba się go pozbyć, panno Maddie – powiedział Ben, przechodząc obok niej. – Będzie pyszny z kluskami.
- Nie zamierzam jeść Pumpkina! – obruszyła się Maddie.
- W porządku. – Ben wzruszył ramionami. – Wobec tego ja go zjem.
- Ani nie zamierzam cię nim karmić, Ben – dodała.
Weszła do domu, umyła ręce i nałożyła na nie krem z antybiotykiem w miejscach, w których zadrapała się pokrywą od kubła. Popatrzyła na swoje dłonie. Nie były ładne.
Maddie spojrzała w lustro szafki aptecznej i się skrzywiła. Naprawdę jestem pospolita, pomyślała. Oczywiście, nigdy nie stosowała makijażu ani nie używała perfum, gdyż od świtu do zmierzchu pracowała na ranczu. Miała miłą powierzchowność, ale Cort pragnął kobiety pięknej, wykształconej i utalentowanej.
- Myślę, że skończysz jako stara panna z kogutem, który terroryzuje okolicę – powiedziała do swego odbicia w lustrze i się roześmiała.
Przyszło jej do głowy, żeby sfotografować Pumpkina i umieścić zdjęcie na dużym plakacie z odpowiednią informacją. Poszukiwany: żywy albo martwy. Nie mogła się opanować, wyobraziwszy sobie, jak zachęceni nagrodą mężczyźni będą penetrować okolicę w poszukiwaniu małego koguta.

Cort Brannt wszedł do swego domu na ranczu czerwony ze złości.
Jego matka, piękna Shelby Brannt, zmierzyła go spojrzeniem od stóp do głów.
- No, no – wymamrotała. – Ponury jak chmura gradowa.
Cort się zatrzymał, rzucił na sofę kapelusz i usiadł obok matki. - Żebyś wiedziała – bąknął.
- Znowu ten kogut, co?
- Skąd wiesz? – zdziwił się.
- Twój ojciec przyszedł, trzęsąc się ze śmiechu. – Matka usiłowała zachować powagę, ale jej się nie udało. – Powiedział, że połowa kowbojów była gotowa naładować strzelby i wyruszyć na polowanie na koguta, kiedy stąd wyjechałeś. Zastanawiał się, czy może będziemy potrzebowali dla ciebie adwokata…
- Nie zastrzeliłem jej. – Cort wzruszył ramionami i westchnął głęboko, wpatrując się w dywan. – Ale powiedziałem jej parę paskudnych rzeczy.
Shelby odłożyła magazyn z modą europejską, który właśnie przeglądała. W młodości, zanim poślubiła Kinga Brannta, była światowej sławy modelką.
- Chcesz o tym porozmawiać, Matt? – zagadnęła delikatnie.
- Cort – poprawił ją z uśmiechem.
- Cort – westchnęła. – Posłuchaj, twój tata i ja nazywaliśmy cię Matt, kiedy byłeś chłopcem, więc trudno…
- Tak, a Morie nazywaliście Daną, prawda?
- To był taki nasz rodzinny żart – roześmiała się Shelby. – Kiedyś ci to wyjaśnię. No dalej, mów.
Matka zawsze potrafiła zdjąć mu ciężar z serca. Choć Cort bardzo go kochał ojca, a nim nigdy nie umiał tak swobodnie rozmawiać o swoich sprawach osobistych. Tymczasem z matką nadawali na tych samych falach. Potrafiła niemal czytać w jego myślach.
- Coś mnie opętało – wyznał. – A ona żartowała sobie z tego koguta, a potem zaczęła kpić z Odalie i cóż, odbiło mi.
Shelby wiedziała, że Odalie jest czułym punktem jej syna.
- Przykro mi, że nie ułożyło ci się z Odalie, Cort – powiedziała. – Ale zawsze jest nadzieja. Nigdy o tym nie zapominaj.
- Posyłałem jej róże. Śpiewałem serenady. Dzwoniłem, żeby porozmawiać, wysłuchać jej problemów. – Podniósł głowę. – Nic się nie liczyło. Ten włoski nauczyciel śpiewu zaprosił ją i wsiadła do pierwszego samolotu lecącego do Rzymu.
- Wiesz, że chce śpiewać, zawsze wiedziałeś. Jej matka też ma anielski głos.
- Tak, ale Heather nigdy nie pragnęła sławy, pragnęła Cole’a Everetta – odparł Cort.
- Cole był typem trudnego mężczyzny – zauważyła Shelby. – Podobnie jak twój ojciec. Mieliśmy bardzo wyboistą drogę do ołtarza. – Potrząsnęła głową. – Heather i Cole również. Ale przecież przyjaźniłeś się przez pewien czas z bratem Odalie, Johnem. – Co się stało?
- To przez jego siostrę – odparł Cort. – Miała dość mnie i naszych gier wideo z Johnem i dawała temu głośno wyraz. Więc John przestał mnie zapraszać. Ja go tutaj zapraszałem, ale zaczął jeździć na rodeo i potem rzadko go widywałem. Mimo wszystko wciąż jesteśmy przyjaciółmi.
- Jest porządnym chłopakiem – zauważyła Shelby.
- Tak.
- Ty też, synu. – Shelby wstała, zmierzwiła mu włosy i uśmiechnęła się.
- Dziękuję.
- Postaraj się tak wszystkiego nie roztrząsać – poradziła. – Pozwól, żeby życie toczyło się swoim torem. Jesteś taki emocjonalny jak twój ojciec. – Patrzyła z czułością w jego twarz. – Pewnego dnia Odalie może stwierdzić, że jesteś słońcem na jej niebie, i wrócić do domu. Ale musisz pozwolić jej spróbować rozwinąć skrzydła. Podróżowała, ale tylko z rodzicami. Teraz po raz pierwszy posmakowała wolności. Pozwól jej się nią nacieszyć.
- Nawet jeśli skomplikuje sobie życie przez tego Włocha?
- Nawet. To jej życie. Nie lubisz, jak ludzie ci mówią, co masz robić, nawet jeśli to dla twojego dobra, prawda?
- Jeśli zamierzasz mi przypomnieć, jak powiedziałaś, żebym nie wchodził na dach stodoły, a ja nie posłuchałem…
- Twoje pierwsze złamanie – przypomniała Shelby. – I nawet nie powiedziałam „a nie mówiłam”?

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.

Dbamy o Twoją prywatność


Sklep korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zamknij
pixel