Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Krótka chwila zapomnienia (ebook)
Zajrzyj do książki

Krótka chwila zapomnienia (ebook)

ImprintHarlequin
Data premiery2021-05-27
KategoriaEbooki
Liczba stron160
ISBN978-83-276-7401-2
Formatepubmobi
Tytuł oryginalnyTemptation at His Door
TłumaczKatarzyna Ciążyńska
Język oryginałuangielski
EAN9788327674012
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

„’Uwielbiam, jak mi to robisz’. Tymi słowami podpaliła lont. Choć jakiś głos nakazywał mu delikatność, nie słuchał go, chciał ją naznaczyć, potwierdzić, że należy do niego. Próbował zwolnić. Nadaremnie. Brała, co chciała, coraz gwałtowniej i szybciej. Zdumiony namiętnością Joi pozwolił jej dyktować rytm...”.

Fragment książki

Joa Jones z przyjemnością schowała się przed śniegiem pod dachem portyku Murphy International w Bostonie. Chuchała w zmarznięte dłonie. Był koniec stycznia, a ona ubrała się, jakby o tym zapomniała.
Dwa dni temu wyjeżdżała z Auckland w pełni tamtejszego lata, żegnając się z pracą opiekunki do dzieci. Czuła się integralną częścią rodziny Wilsonów, którzy proponowali, by pojechała z nimi do Londynu. Joa wiedziała, że to grzecznościowa propozycja. Przeprowadzka z Wilsonami nie wchodziła w rachubę, ich dzieci były już dość duże i nie potrzebowały niani.
Bez trudu znalazłaby kolejną pracę w Nowej Zelandii, lecz przez ostatnie miesiące nie była w stanie ignorować poczucia, że przebywa w niewłaściwym miejscu i zajmuje się nie tym, czym powinna.
Posiedzi jakiś czas z przyrodnią siostrą Keely i z jej pomocą wymyśli, co dalej.
Rozejrzała się po ulicy. Kiedy przyleciała na Logan International, dostała od Keely wiadomość z prośbą, by pojechała prosto do Murphy International, domu aukcyjnego w centrum miasta. Miały się obie spotkać z dyrektorem tego domu i porozmawiać o aukcji kolekcji sztuki przyrodniej matki Joi, a równocześnie ciotecznej babki Keely. Była to jedna z najlepszych kolekcji na świecie. Po śmierci Isabel Mounton-Matthew nieco ponad rok temu Joa i Keely odziedziczyły ją razem z zabytkowym domem w bogatej dzielnicy Back Bay, pokaźnym pakietem akcji i licznymi rachunkami bankowymi.
Joa, dziecko wychowywane w rodzinach zastępczych i na ulicy, została bogatą dziedziczką. Nie mieściło jej się to w głowie.
Keely, adoptowana przez Isabel po śmierci jej rodziców, mogła się sama spotkać z Carrickiem Murphym, gdyż znała braci Murphych od dawna. Poza tym Joa tydzień po śmierci Iz zostawiła jej pisemne pełnomocnictwo do załatwienia sprawy. Ufała Keely absolutnie.
Podjechała taksówka. Chwilę później Keely wpadła w ramiona Joi i obsypała ją pocałunkami.
- Tak dobrze cię widzieć, Ju. FaceTime to nie to samo.
- Ja też się cieszę, że cię widzę, Keels – odparła Joa.
Keely przyjęła ją do swojego domu i traktowała jak siostrę, jak najlepszą przyjaciółkę. Od dnia, kiedy Joa opuściła ośrodek opiekuńczy i wprowadziła się do rezydencji Isabel, Keely dzieliła się z nią ubraniami, nauczyła ją malować się i udzieliła jej porad na temat pierwszej randki. To Keely pomogła jej wypełnić aplikację do college’u i wybrać sukienkę na bal maturalny.
A co najważniejsze, to Keely trzymała ją za rękę podczas pogrzebu Isabel.
Joa znów uściskała Keely, jedyną rodzinę, jaką miała. Keely cofnęła się i położyła dłonie na policzkach Joi.
- Zamarzłaś. Na Boga, wejdźmy do środka. I co ty masz na sobie?
Joa spojrzała na swój cienki płaszcz, dżinsy i przemoczone tenisówki.
- Nie ubrałam się dość ciepło.
Weszły do holu zdominowanego przez szerokie marmurowe schody i zapach pasty z woskiem pszczelim.
Joa, w dość znoszonych ubraniach i butach, czuła, że wkroczyła do innego świata. Niezależnie od niedawno otrzymanego spadku to nie był jej świat, to był świat Isabel i Keely. Miała świadomość, że została niewiarygodnie bogata, ale gdzieś w środku nadal była czternastoletnią dziewczynką, uciekinierką, przerażoną i cyniczną, wypatrującą kija, gdy oferowano jej marchewkę. Gdzieś w głębi duszy wciąż czekała, aż ktoś jej powie, że zapis Isabel to pomyłka, bo dziewczynka ze slumsów nie może odziedziczyć połowy jednej z największych fortun w kraju.
- Tak się cieszę, że przyjechałaś, kochanie. Jak długo zostaniesz?
- Jeszcze nie wiem. Moja mowa w Auckland skończyła się. Myślę, że powinnam zmienić zajęcie. Zostanę, dopóki nie wymyślę, co chcę robić. Dobrze?
- Cóż, nie wiem, czy mamy dla ciebie wolny pokój. To tylko stary dom z piętnastoma sypialniami, zbyt wieloma bibliotekami, salą balową, dwiema jadalniami, pokojami dla służby. Gdzie my cię wciśniemy? – żartowała Keely i ściągnęła brwi. – Gdzie twój bagaż?
- Linie lotnicze go zgubiły. Chyba jest w Kuala Lumpur. Powiedziano mi, że dotrze pojutrze.
- Albo nigdy.
- Całkiem możliwe – zgodziła się Joa.
Zadzwonił telefon. Keely sięgnęła do torebki. Kiedy przeciągnęła palcem po ekranie, Joa zobaczyła niewyraźny zarys przystojnej twarzy mężczyzny, który w uśmiechu błysnął bielą zębów.
- Hej, gdzie jesteś?
Kim jest ten mężczyzna o niskim zachwycającym głosie?
Zaciekawiona Joa przekrzywiła głowę, pilnując, by nie pokazać się w oku kamery. A niech to, ale ciacho.
Miał jasnozielone oczy z plamkami błękitu, złota i jadeitu. Twarz pokrywał lekki zarost. Batystowa koszula podkreślała szerokie ramiona, a rozpięty kołnierzyk odsłaniał zarost na piersi w tym samym kolorze co sięgające kołnierzyka włosy. Wyglądał jak upadły anioł, ktoś, kto mógł być przykładem klasycznej urody, ale nie był i to mu służyło.
Joa zgadywała, że jego ciało dorównuje urodą twarzy. Bóg nie mógł być tak okrutny, by połączyć taką twarz ze szpetnym ciałem.
Właśnie przyjechałam do Murphy – odparła Keely. – Jesteśmy spóźnione, ale uprzedziłam Carricka. – Pchnęła Joę na schody. – Dołączysz do nas? – spytała przystojniaka.
- Nie, mam za dużo na głowie.
Keely zatrzymała się w połowie schodów, a Joa stopień wyżej i obejrzała się przez ramię. Keely ściągnęła brwi. Mężczyzna na ekranie był kimś, na kim jej zależało.
- O co chodzi? – spytała Keely.
- Odprawiłem Annę.
Czując, że nie ruszą się z miejsca, dopóki Keely nie skończy rozmowy, Joa oparła ręce na balustradzie i spojrzała w dół do sali wystawowej. Pracownicy galerii w czerwonych koszulach ostrożnie zdejmowali ze ściany spory obraz.
W głosie Keely było przerażenie.
- O cholera, to szósta, odkąd Lizbeth przeszła na emeryturę.
- Powiedz mi coś, czego nie wiem – odezwał się poirytowany męski głos. – Wpadła w szał zakupów.
- Co kupiła? – Keely zrobiła minę.
- Bieliznę od projektanta. Najdroższe kosmetyki. Designerską kanapę. Najlepsze perfumy, buty, torebki, ciuchy.
- Niech zgadnę. Wszystkie od sławnych projektantów.
- Tak. Utrzymywałem ostatnio kilka butików w Bostonie.
- Nie spodziewałam się tego po niej. Masz wyjątkowego pecha, jeśli chodzi o nianie, Ro.
Słowo „nianie” wzbudziło zainteresowanie Joi. W końcu tym właśnie się zajmowała. Ta rozmowa zaczynała nabierać sensu.
Keely nazwała swojego rozmówcę Ro. Zapewne rozmawia z Ronanem Murphym. Często wspominała o nim w mejlach.
- Rodzice Thandi są na wakacjach – podjął Ronan – więc nie pomogą mi z chłopcami, a mam dziś koszmarny dzień.
- Mogę ich odebrać ze szkoły, spędzę z nimi popołudnie i dam im kolację – zaproponowała Keely. – W zeszłym tygodniu chyba im się u mnie podobało.
- Twoja siostra miała dziś przyjechać.
- Jest tu. – Keely zaczęła obracać telefon kamerą do Joi.
Zwariowała? Joa uznała, że wygląda jak zwierzę rozjechane na drodze. Pochyliła się.
- Jej to nie przeszkadza. Joa uwielbia dzieci.
Tak, kochała dzieci, ale pierwszego wieczoru po powrocie do Bostonu chciała pogadać z Keely, napić się wina. Keely zignorowała jej kręcenie głową.
- Zajmę się nimi, nie martw się.
- Ratujesz mi życie. Powiadomię szkołę – rzekł Ronan z wdzięcznością. – Muszę poszukać nowej niani.
W Bostonie było kilka dobrych agencji opiekunek do dzieci. Joa sprawdziła to jeszcze w Nowej Zelandii, nim zdecydowała, że mali Wilsonowie to ostatnie dzieci, jakimi się zajmowała.
Keely przekrzywiła głowę i spojrzała w oczy Joi.
- Zanim kogoś zatrudnisz, porozmawiaj ze mną. Mam pomysł.
Mowy nie ma, zaprotestowała bezgłośnie Joa.
- Jeśli proponujesz, że zaopiekujesz się chłopcami na pełny etat, moja odpowiedź brzmi tak.
Keely zaśmiała się.
- Kocham cię i twoje dzieci, ale nie tak bardzo i nie w ten sposób.
A więc Ronan i Keely nie są parą. Czemu ją to ucieszyło? Najwyraźniej była bardziej zmęczona, niż sądziła.
- Chyba mam dla ciebie rozwiązanie – ciągnęła Keely. – Pozwól, że z kimś porozmawiam i oddzwonię.
Joa była wyczerpana, Keely nie może wysłać jej do pracy pierwszego dnia po powrocie do domu.
Kiedy pożegnała się z Ronanem, Joa spojrzała na nią z oburzeniem. Nie zamierzała zostać nianią synów Murphy’ego, zresztą niczyich dzieci. Nigdy więcej.
- Nawet o tym nie myśl.
- Co? – Keely zrobiła niewinną minę.
Joa znała ją lepiej niż ktokolwiek inny, wiedziała, że pod anielską urodą kryje się diaboliczny umysł.
- Nie będę znów nianią, Keels.
Skończyła z tym, nie chciała więcej udawać, że należy do jakiejś rodziny, by po roku, czasem dwóch, zdać sobie sprawę, że to iluzja. Poza tym nie zatrudniała się już u samotnych ojców. Praca dla Liama, a potem dla Johana była dla niej bolesną nauczką. Zbyt łatwo utożsamiała się z rolą żony i matki ich dzieci.
Liam ożenił się z kobietą, którą poznał w biurze. Pokochała jego dzieci i z radością spełniała się jako mama. Tydzień przed ich ślubem dostała wypowiedzenie. A Johan, cóż… był gejem i szukał kolejnego męża.
Ruszyły na górę. Joa miała nadzieję, że Keely nie obmyśla, jak ją wmanewrować w swój chytry plan. Może odwróci jej uwagę, zmieniając temat.
- Wiem, że dom aukcyjny Murphy będzie licytował kolekcję Iz, ale nie rozumiem, po co się spotykamy. Mają spis dzieł, wystawią je na aukcji, później wypiszą czek fundacji. Myślałam, że to proste.
- Niezupełnie – odparła Keely, skręcając na szczycie schodów w prawo. – Najpierw muszą sprawdzić pochodzenie dzieł, żeby mieć pewność, że są oryginalne. Większość prac z kolekcji Isabel jest dobrze udokumentowana, ale Finn, najmłodszy z braci Murphych, znalazł w Mounton House trzy obrazy, które mogą być dziełami Homera.
- Masz na myśli Winslowa Homera?
- Uhm. Spotkamy się dziś z Carrickiem Murphym i Sadie Slade, która zajmuje się badaniem dzieł sztuki. Jest super inteligentna i bardzo ładna. W typie Carricka.
Joa przewróciła oczami.
- Rozmawiamy o obrazach, Keely.
- Racja, Sadie musi nam powiedzieć, czy wszystkie trzy obrazy są pędzla Homera. Po pierwsze dlatego, że za Homera można by dostać dużo kasy dla fundacji, a po drugie dlatego, że nie chcę się kajać.
- Z jakiego powodu?
- Ten zarozumiały Seymour dał mi dwudziestominutowy wykład, jak mam sobie radzić ze swoimi oczekiwaniami. Ten człowiek to prawdziwa zmora. Prawnik do kwadratu, który wdaje się w szczegóły i stawia kropkę nad i.
Seymour? Racja, prawnik zajmujący się majątkiem Isabel. Joa spotkała go na pogrzebie, a potem podczas odczytywania testamentu. Pogrążona w żalu nie zwracała na niego uwagi i mało go pamiętała.
- U prawnika to chyba zaleta? – zauważyła.
- Tak sądzę – przyznała Keely. – Ale cholernie mnie drażni.
- Co on ci zrobił?
- Ma dęte nazwisko, które do niego pasuje. Dwa metry wzrostu, niebieskie oczy, ciemnoblond włosy, bliznę na brodzie. Przyjaciele nazywają go Dare, co jest równie durne jak Seymour.
Skoro Seymour jest ich prawnikiem, jego ksywka i wygląd nie powinny mieć znaczenia. Keely najwyraźniej spędziła sporo czasu, przyglądając się osobie, która ją irytowała. Interesujące.
Teraz zatrzymała się przy drzwiach z napisem „Sala konferencyjna”. Dzięki Bogu. Joa modliła się w duchu, by ktoś za tymi drzwiami zaproponował jej kawę.
Skoro już tu przyjechała, weźmie udział w spotkaniu, a potem się oddali, niech Keely działa w tym elitarnym świecie drogich prawników i światowej sławy licytatorów. Dla niej najważniejsze było teraz wymyślenie swojego życia na nowo. A skoro taki miała plan, czemu ciągle widziała twarz Ronana?

Idąc korytarzem, Ronan Murphy usłyszał sygnał nadejścia wiadomości i sięgnął po telefon. Widząc nazwiska rodziców ze szkoły synów w West Roxbury, otworzył wiadomość i zobaczył przypomnienie o tańcach, które komitet zbierający fundusze urządzał pod koniec miesiąca.
Kojarzył niektórych autorów wiadomości. Poznał większość matek podczas szkolnego biegu. Popełnił błąd, angażując się w rozmowę. Parę zwyczajowych pozdrowień, wymiana uwag na temat pogody przerodziły się w sugestię wspólnych zabaw dzieci, a sekundę czy dwie później nachalną propozycję postawienia mu kawy, wina albo kolacji. Miał nawet parę ofert pościelowych przyjemności.
Na wszystkie odpowiadał: „dziękuje, doceniam, ale w tej chwili nie umawiam się na randki”. Kilka kobiet prosiło, by zadzwonił, gdyby zmienił zdanie. Nie zmienił.
Jego żona zmarła, lecz wciąż była jego żoną.
Potarł brodę, ignorując ukłucie w sercu. Nie mógł teraz myśleć o Thandi, miał dużo do zrobienia. Na pierwszym miejscu listy widniało znalezienie niani. Gdyby przejmował się opinią innych, byłby zażenowany, że nie potrafił utrzymać poprzedniej opiekunki. Jak przypomniała mu Keely, od odejścia Lizbeth na emeryturę osiemnaście miesięcy temu zatrudnił sześć opiekunek i żadna nie zagrzała miejsca na dłużej. Przede wszystkim dlatego, że więcej uwagi poświęcały jemu niż dzieciom.
Potrzebował niani, która nie zna jego nazwiska i nie pomyśli, że złapała bogatego wdowca. Cztery z sześciu opiekunek flirtowały z nim jak szalone, dwie otwarcie oznajmiły, że seks należy do oferowanych przez nie usług. Od śmierci Thandi minęły trzy lata, a on wciąż czuł się żonaty. Nie zdradzał jej i nie zamierzał zdradzać.
Eli, asystent Ronana od dwóch lat, zastukał do drzwi i wszedł do pokoju. Miał na sobie pomarańczowy garnitur i czarny krawat. Eli był nie tylko świetnym asystentem, lecz też miłośnikiem mody. Bardzo odważnym miłośnikiem mody. Ronan zamknął oczy i teatralnym gestem postukał w biurko.
- Pomocy, gdzie moje słoneczne okulary?
Eli przewrócił oczami, które podkreślał eyelinerem.
- Płomienny oranż jest modny.
- Gdzie? W więzieniu? – odparował Ronan.
Eli rzucił teczkę na biurko, a Ronan w ostatniej chwili położył na niej rękę, by nie spadła. Spojrzał na Eliego i z ulgą zobaczył rozbawienie w jego oczach. Często mu żartobliwie dokuczał z powodu strojów, ale nie chciał zranić jego uczuć. Na szczęście Eli przyjmował komentarze z humorem.
Ronan usiadł prosto i oparł stopy o róg biurka. Złączył dłonie na brzuchu i oparł głowę o zagłówek fotela.
- Muszę znaleźć nianię. Możesz podzwonić do agencji?
- Jasne, co się stało tym razem?
Ronan wyjaśnił, a Eli pokręcił głową.
- Zaraz się tym zajmę. – Wskazał głową teczkę. – To zaktualizowana lista kolekcji Isabel Mounton od Finna. Robi wrażenie.
Ronan już ją widział, ale to przemilczał. Eli opadł na krzesło naprzeciwko biurka i omówili długą listę rzeczy do zrobienia. Ronan nadzorował kampanie reklamowe Murphy International i liczne oddziały łączności z klientami, więc zajęć nigdy nie brakowało.
- Głowa cię boli? – spytał Eli, widząc, że Ronan masuje skronie czubkami palców.
- Taa, masz coś przeciwbólowego?
- Wczoraj dałem ci resztki mojego zapasu – odparł Eli. – Później go uzupełnię.
Ronan pomyślał, że w łazience dla kierownictwa firmy obok biurowej siłowni są pewnie jakieś leki przeciwbólowe. Tylko on, Finn i Carrick mieli tam dostęp.
Odsunął się z fotelem i wstał. Im szybciej pozbędzie się bólu, tym szybciej ruszy z pracą.
Minął salę konferencyjną pogrążony w myślach. Jak pogodzi obowiązki zawodowe z opieką nad synami? Mógł tymczasowo pracować w domu, ale nie było to rozwiązanie na dłużej. Potrzebował drugiej Lizbeth.
Kiedy nagle ktoś zawołał go po imieniu, cicho przeklął i odwrócił się. Włożył ręce do kieszeni spodni, przywołując na twarz uśmiech. Gdy zdał sobie sprawę, że woła go Keely, uśmiechnął się szczerze.
Keely należała do osób, które darzył sympatią. Nie wiedział, co by bez niej zrobił przez ostatnie lata. Była jak siostra i najlepsza przyjaciółka jednocześnie.
Pocałował ją w policzek.
- Hej, jeszcze raz dziękuję za pomoc. – Spotkanie z Carrickiem i Sadie najwyraźniej dobiegło końca. – Jak idzie potwierdzanie autentyczności?
Keely ściągnęła wargi.
- Wygląda na to, że tylko jeden z trzech obrazów może być autorstwa Homera, dwa pozostałe chyba nie.
- To nie jest niespodzianka, Finn wyraził te same obawy, kiedy zobaczył je w Mounton House.
Keely skinęła głową, sięgnęła do tyłu i pociągnęła za rękaw skórzanej kurtki swojej towarzyszki.
- Musicie się wreszcie poznać. To idiotyczne, że do tej pory nie zostaliście sobie przedstawieni. Ro, a to Joa.
Słyszał o niej, ale ich ścieżki nigdy się nie przecięły. Kiedy byli młodsi, Joa nie udzielała się towarzysko tak chętnie jak Keely. Po maturze wyjechała do college’u do innego stanu, a gdy zrobiła dyplom, ruszyła w świat.
Keely mówiła, że przodkowie Joi pochodzili z Bengalu, więc wyobrażał sobie kobietę z ciemnymi włosami i ciemnymi oczami. Keely wspomniała o jej urodzie, jednak nie spodziewał się, że na jej widok zaniemówi...

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.

Dbamy o Twoją prywatność


Sklep korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zamknij
pixel