Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Lekarz z wielkiego miasta
Zajrzyj do książki

Lekarz z wielkiego miasta

ImprintHarlequin
KategoriaMedical
Liczba stron160
ISBN978-83-291-2415-7
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329124157
Tytuł oryginalnyHot-Shot Doc Comes to Town
TłumaczAnna Sawisz
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-01-27
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Lekarz z wielkiego miasta" nowy romans Harlequin z cyklu HQN MEDICAL.

Doktor Taylor Stiles, lekarz z wielkomiejskiej kliniki, zostaje skazany na dwa tygodnie prac społecznych w prowincjonalnej przychodni. Jej właścicielka, Shelby Wayne, jest samotna tak jak on. Chętnie by zostali parą, ale dzieli ich zbyt wiele. Taylor uwielbia miejski szyk, luksus i sportowe samochody, Shelby ceni spokojne życie w niewielkim miasteczku. Żadne nie jest gotowe na kompromis, a jednak nie potrafią żyć bez siebie...

Fragment książki

Jaskrawoczerwone auto zatrzymało się dokładnie przy wejściu do lecznicy w Benton. Super, to może być tylko ten niesforny doktorek, który według wuja dziś miał zgłosić się do pracy. No to się zgłosił. Spóźnił się zaledwie sześć godzin.

Doktor Shelby Wayne rzucała od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia na zgrabne sportowe cudo. Według jej najlepszej wiedzy nikt w zachodniej części stanu Tennessee nie posiadał wozu takiego jak ten, który właśnie prawie zablokował wejście.

Tu jest kraina zakurzonych dostawczaków, a nie efekciarskich bryk.

Praca z „klientem” wuja Gene’a nie pociągała jej w najmniejszym stopniu. Ale cóż, przychodnia ma kłopoty, liczy się każda para rąk. Choćby i na dwa tygodnie. A potem? Jeśli dobrze rozegra tę partię, może zdoła przekonać tego nowego, że kwalifikacje będzie mógł lepiej wykorzystać w Benton niż w Nashville, gdzie aktualnie pracuje.

Spojrzała na listę pacjentów. Pani Stewart. Aha, to ta miła, choć przygłucha babuleńka. Trzeba będzie do niej podejść, bo w gwarze zatłoczonej poczekalni nie usłyszy swojego nazwiska. Jednak tym razem w pomieszczeniu panowała niezwykła cisza, a oczy wszystkich zwrócone były na okno.

Jej wzrok powędrował w tę samą stronę. Z niskiego samochodu zwinnym ruchem wysiadł świetnie ubrany mężczyzna. Ich spojrzenia się spotkały, Shelby wstrzymała oddech. Facet lekko skinął głową w jej kierunku, a potem omiótł wzrokiem otoczenie, jakby lustrował półki w skromnym supermarkecie.

Czyżby uznał, że nowe miejsce pracy jest poniżej jego aspiracji? Gdyby musiała określić go za pomocą dwóch słów, brzmiałoby to mniej więcej tak: „niebezpiecznie atrakcyjny”.

Po śmierci Jima Benton stało się dla Shelby najukochańszym miejscem na świecie. Rodzice wprawdzie namawiali ją na powrót do rodzinnego miasteczka, lecz zdecydowała, że jej miejsce jest tu, gdzie razem z mężem założyli dom.

Po śmierci Jima całe Benton wspierało ją w żałobie, czuła się bezpieczna. Tutejsi ludzie mają może jakieś swoje małe dziwactwa, ale wszyscy są wyposażeni w wielkie i gorące serca.

Cała poczekalnia gapiła się na lekarza, który skierował się do wejścia. Z trudem usiłował przecisnąć się przez zastawione jego własnym samochodem drzwi.

Shelby skrzywiła wargi, tłumiąc chichot. No to facet zrobił sobie wejście! Do wieczora cała mieścina będzie o nim mówiła. To jest właśnie fajne – i niefajne zarazem – w małych miastach. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Gdy spotka cię nieszczęście, śpieszą z pomocą. Ale gdy się ośmieszysz, nie omieszkają cię oplotkować.

Facet zaklął pod nosem. Cofnął się o trzy kroki, otworzył drzwi samochodu i z gracją wśliznął się za kierownicę. Z nogą na zewnątrz auta uruchomił silnik i wycofał samochód poza chodnik. Błyskawicznie zgasił silnik, wysiadł i zatrzasnął drzwi.

Długimi krokami podszedł do budynku. Jedyną oznaką jego zniecierpliwienia było nieco mocniejsze szarpnięcie drzwi wejściowych. Shelby uśmiechnęła się dyskretnie. Niech sobie nie myśli, że się z niego nabija.

– Pan to pewnie doktor Stiles. Czekam na pana od jakiegoś czasu. – Wyciągnęła do niego rękę. – Ja jestem Shelby Wayne.

– Myślałem, że Shelby to męskie imię – odparł, ściskając jej dłoń. – Taylor Stiles – przedstawił się.

Uścisk miał silny. Nic w stylu „zdechłej ryby”, której można by się spodziewać po wymuskanym doktorku z wielkiego miasta, właścicielu szpanerskiej fury.

– W takim razie przepraszam za rozczarowanie – powiedziała z nutką sarkazmu w głosie.

– Jak już sobie oboje, młodzi, pogadaliście – wtrąciła pani Stewart – to może któreś z was zajęłoby się moją rwą kulszową?

Taylor zamrugał powiekami. Jak na zawołanie poczekalnia wypełniła się zwykłym gwarem, zupełnie jak po skończonym przedstawieniu, gdy zapada kurtyna.

– O tak, pani Stewart. Zapraszam do gabinetu.

Shelby uwielbiała gadatliwą i bezpośrednią staruszkę. Podała listę pacjentów doktorowi Stilesowi z poleceniem, by następną osobę poprosił do pokoju numer dwa.

– Przyjdę tam, gdy skończę badać panią Stewart – dodała, wskazując koniec niewielkiego korytarza.

Doktor Stiles zawahał się. Widać nie jest przyzwyczajony, że mu się wydaje polecenia. Wziął jednak listę i gdy Shelby prowadziła panią Stewart do jedynki, usłyszała, jak ciepłym barytonem wywołuje nazwisko małego Grega Hankinsa.

– Trochę pozer, ale zabójczo przystojny – zauważyła pani Stewart, siadając naprzeciwko lekarki.

– Też tak myślę – mruknęła Shelby, przeglądając kartę siedemdziesięcioczteroletniej pacjentki.

– Widziałam, że pani też to zauważyła. Shelby, musi pani znów zacząć żyć. To Jim umarł, nie pani.

Te słowa przywołały bolesne wspomnienia. Nic nie mogła zrobić. Pikap Jima wpadł na drzewo i niemal się wokół niego owinął. Shelby była niedaleko, podjechała swoim samochodem, ale było już za późno. Wszędzie dostrzegła pełno krwi. Ten widok, zapach... Poczuła mdłości.

Trzy lata po tym wydarzeniu może czcić pamięć Jima tylko w jeden sposób. Musi mianowicie robić wszystko, by klinika przetrwała, by mieszkańcy ukochanego Benton mieli zapewnioną opiekę. A ona poczucie bezpieczeństwa wynikające z faktu, że jest im potrzebna.

– Dobrze, pani Stewart – uśmiechnęła się – ale pozwoli pani, że teraz ja się panią zajmę, a nie pani mną.

– Okej, młoda damo. Ale widzę, że ty nie masz zamiaru o siebie zadbać.

– Pozwoli mi się pani zbadać? Potem możemy podyskutować na mój temat – odparła Shelby, oddychając powoli, by nie stracić cierpliwości.

– Ty myślisz wyłącznie o przychodni. Może u boku tego doktora Kildare’a byłoby ci lżej? Pomyśl.

– Doktor Kildare?

– Taaa, to za moich czasów był taki przystojny doktorek z telewizji. Ten nowy mi go przypomniał. Też taki ładny i wysoki. Wystrzałowy.

– Pani Stewart, pani jest niesamowita! – roześmiała się Shelby. – Przecież pani go nie zna. Ja zresztą też. Przyjechał tu tylko na trochę, żeby mi pomóc w pracy.

– Ale to nie przeszkadza, żebyś się z nim trochę zabawiła. Pamiętaj, ty żyjesz. Nie zachowuj się, jakbyś już umarła.

– Zrobię to dla pani, spróbuję – odrzekła Shelby, poklepując kobietę po ramieniu.

No, tym razem schrzanił. Wyrok: prace społeczne na głębokiej prowincji. Adwokat uprzedzał go, że z decyzją sędziego się nie dyskutuje. Taylor jednak próbował i ma za swoje. Gdyby nie był tak porywczy, pracowałby w szpitalu w Nashville, na nowocześnie wyposażonym oddziale urazowym, a nie w takiej dziurze jak to Benton. Z podobnej mieściny uciekł lata temu i nie miał najmniejszego zamiaru wracać.

Posadził sporego jak na swój wiek dwulatka na metalowym stole. Boże, gdzie jeszcze można znaleźć takie zabytkowe urządzenia? – pomyślał.

Chłopiec uderzał piętami w bok stołu. Mebel pobrzękiwał głucho, ale jakoś wytrzymał.

Chuda mizerna kobieta delikatnie postawiła pod ścianą papierową torbę. Taylorowi przypomniała się jego własna matka, spracowana i wiecznie smutna.

– Co dolega Gregowi? – zapytał, przytrzymując kręcącego się niespokojnie malca.

W jednej sekundzie zobaczył w nim siebie jako dziecko. Też był wiecznie umorusany i nosił ubrania z kościelnych zbiórek dla ubogich. To wspomnienie go zmroziło. Starał się nie wracać myślami do trudnego dzieciństwa. I niech tak zostanie.

– Coś mu chyba utknęło w nosie. Poczekamy na doktor Wayne, niech mu to wyjmie.

Aha, więc kobiecina mu nie ufa, a on przecież pracuje w renomowanym szpitalu. Własnymi siłami udało mu się wydostać z dziury na końcu świata, takiej jak ta. I teraz, właśnie tu, kwestionuje się jego kwalifikacje?

– Może jednak pozwoli pani, że go obejrzę? – Uśmiechnął się do kobiety, ukrywając zniecierpliwienie.

Wzrokiem szukał otoskopowego wziernika, który w każdym szanującym się gabinecie wisi na ścianie w widocznym miejscu.

– Chwileczkę, muszę czymś poświecić – mruknął.

– W szufladzie jest latarka – mruknęła kobieta.

Taylor wysunął szufladę, w której faktycznie znalazł latarkę i plastikowe rękawiczki. Zajrzał chłopcu do nosa.

– Tak, w lewej dziurce. To chyba ziarnko fasoli. Mogę je wyjąć? Doktor Wayne jest zajęta.

– Oczywiście, mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. – W głosie matki brakowało entuzjazmu.

– Chwileczkę...

– Duże szczypce są w słoju na półce – rzekła kobieta beznamiętnym tonem.

– Czy Gregowi często zdarza się coś takiego? – spytał Taylor, wyciągając potrzebny instrument ze staroświeckiego naczynia.

– Trzeci raz w ciągu ostatnich dwóch tygodni.

– Naprawdę? – Taylor nachylił się nad chłopcem. – Spokojnie, Greg, połóż się. Wyjmiemy tę okropną fasolę. – Mówił wystarczająco stanowczo, by chłopiec go posłuchał, a jednocześnie na tyle łagodnie, by go nie przestraszyć.

Ziarenko zostało wyjęte i wrzucone do kosza na śmieci, gdzie wylądowały również rękawiczki.

– Okej, zuchu, mamy to za sobą. – Taylor postawił malca na podłodze.

W tej samej sekundzie chłopiec zaczął płakać i zawodzić. Jego drobna matka przytuliła go do siebie.

– Co się stało kochanie? Zabolało cię?

Super, teraz chłopak będzie się mnie bał.

– Cukierek – szlochał mały. – Chcę cukierka.

– Czy Greg dostawał od doktor Wayne cukierka za każdym razem, kiedy mu wyjmowała coś z nosa? – zapytał Taylor, starając się przekrzyczeć płacz dziecka.

Kobieta skinęła głową.

– Greg, posłuchaj – powiedział. – Jeśli wytrzymasz i przez tydzień nie włożysz sobie nic do nosa, mama cię tu przyprowadzi i dostaniesz cukierka. Zrozumiałeś?

Chłopiec pokiwał głową i włożył palec do buzi.

– Dobra. W takim razie widzimy się za tydzień.

Wychodząc z gabinetu, kobieta podniosła z podłogi papierową torebkę i ostrożnie podała ją Taylorowi.

– To dla pana doktora.

Gdy wyszli, Taylor zajrzał do torebki. Było w niej sześć dorodnych jajek. A więc to tak. Jego matka też nie miała pieniędzy dla lekarzy leczących jego i braci. Z tym że ona wypłacała „honorarium”, sprzątając im mieszkania. Boże, sędzia mógł go zesłać w tysiąc różnych miejsc. Dlaczego trafił akurat tutaj?

– Gdzie jest mój pacjent? – zapytała doktor Wayne, zaglądając do gabinetu.

– Poszedł.

– Jak to poszedł? Dokąd?

– Nie wiem. Zbadałem go, to wyszedł.

– Nie o to prosiłam – powiedziała Shelby, dumnie się prostując.

Nawet fajnie było popatrzeć. Ona ma takie błyszczące szare oczy...

– Jestem lekarzem i przyjąłem pacjenta. Koniec.

Zaniemówiła. Na policzki wypełzł jej rumieniec. Odezwała się po chwili nadspodziewanie spokojnie:

– Proszę do mojego biura.

Ruszyła korytarzem. Dopiero po chwili zorientowała się, że Taylor za nią nie idzie. Odwróciła się i spojrzała na niego. A on po prostu nie lubił, gdy się go traktuje jak niegrzecznego uczniaka, który ma iść na dywanik do dyrektora. Przypomniał sobie jednak, że sędzia postawił go przed wyborem: praca w terenie albo odsiadka.

– Już idę, doktor Wayne – powiedział donośnie, acz bez zapału.

– Doktorze Stiles, tu się nie przychodzi do pracy sześć godzin po czasie i nie robi tego, co się komu żywnie podoba. Musi się pan zapoznać z tutejszym regulaminem – oznajmiła Shelby, zamknąwszy drzwi pokoju.

Kasztanowe włosy do ramion kołyszą się w takt jej słów. Jaki to typ kobiety? Określiłby ją jako ładną kumpelę z koedukacyjnego liceum. Prosty praktyczny strój – ciemne spodnie i biały T-shirt – z pewnością nie dodaje ani urody, ani kobiecości.

– Ja kieruję tą przychodnią. Nie może być tak, że pojawia się pan z sobie tylko wiadomych przyczyn na dwa tygodnie i zaczyna rządzić po swojemu. Całe lata pracowałam na zaufanie pacjentów i nie pozwolę tego zniszczyć. Proszę się trzymać moich poleceń.

Za kogo ta kobieta się uważa? Jakim prawem przemawia do niego takim tonem? Taylor ostrożnie odłożył torbę z jajkami na biurko, oparł dłonie o blat i odchylił się do tyłu.

– Pani doktor... – Postarał się, by w jego głosie zabrzmiało lekkie lekceważenie, tak jakby nie do końca był pewny adekwatności użytego tytułu.

Z satysfakcją zauważył, że osiągnął cel: Shelby była poruszona.

– Nie pozwolę się zdegradować do roli pielęgniarki. Jestem starszym lekarzem w największym szpitalu w Nashville. Mogę panią zapewnić, że w tej małej przestarzałej lecznicy uporam się z większością problemów bez pani nadzoru. Jestem tu – ciągnął – bo potrzebuje pani pomocy. Proszę mi wierzyć, uchodzę za dobrego specjalistę. Z przyczyn ode mnie niezależnych pani pacjenci są teraz również moimi pacjentami. A skoro tak, proponuję, żebyśmy razem wrócili do tej poczekalni pełnej ludzi, o których rzekomo tak się pani troszczy.

Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Jeszcze raz poczuł satysfakcję. A to jej dogadał! Jeśli najbliższe dwa tygodnie będą przypominać ostatnie kilka minut, to jedno jest pewne – jego pobyt w Benton nie będzie nudny.

Ten irytujący lekarz wyczytał nazwisko następnego pacjenta, zanim zdołała dojść do siebie. Nigdy dotąd nie zdarzyło się jej zapomnieć o pacjentach. To była jej duma, jej priorytet. Dopiero dziś ten samolub namieszał jej w głowie. Boże, jak ona przeżyje najbliższe tygodnie, mając go przy sobie?

O czym on w ogóle mówił? Poradnia zdrowia w Benton to jej ukochane dziecko. Jej i Jima. Ich wspólne marzenie. Musiała jednak przyznać, że tym razem to ten przysłany przez wuja zarozumialec przypomniał jej o pacjentach.

Do końca dnia jej kontakt z doktorem Stilesem ograniczył się do dwukrotnego minięcia się z nim w wąskim korytarzu. Teraz żałowała, że właściciel budynku nie zgodził się na przebudowę, którą planowali jeszcze za życia Jima. Poszerzyłoby się ten korytarz i nie trzeba by prawie się ocierać o niesympatyczne osoby. Poprzednio budynek pełnił funkcję biura firmy ubezpieczeniowej o niezbyt dużej liczbie klientów.

Przy pierwszej mijance była spięta, poczuła w ciele rodzaj mrowienia. Uznała to za opóźnioną reakcję na to, jak bardzo ją zezłościł. Przy następnej podszedł bliżej i niewzruszenie spojrzał jej w twarz.

– A tak przy okazji, gdzie jest pielęgniarka?

– Nie ma tu pielęgniarki. Pomaga nam uczennica, wolontariuszka, ale dziś jest chora.

– Naprawdę? – Przez moment Shelby wydawało się, że w jego oczach pojawiło się uznanie. To właściwie bez znaczenia, ale byłoby miło, gdyby okazał, że jest pod wrażeniem jej dokonań.

Gdy się oddalił, poczuła się, jakby wyszła z sauny. Mokra i gorąca, od stóp do głów.

Na szczęście był to ich ostatni kontakt tego dnia.

Dobra, dosyć już tych rozmyślań, napomniała się, gdy na kolanach ścierała plamę soku z linoleum. Oczywiście wolałaby zamiast workowatych spodni nosić w pracy zgrabne sukienki, ale cóż... Do sprzątania jasna sukienka raczej się nie nadaje.

Patrzyła na błyszczący samochód stojący przed drzwiami. Kosztował pewnie tyle, że za te pieniądze mogłaby utrzymać przychodnię przez dłuższy czas. Co nie przeszkadza, że chętnie wsiadłaby do tej bryki i pozwoliła, by wiatr w pędzie rozwiewał jej włosy. Zapomniałaby choć na chwilę o troskach.

Westchnęła ciężko, sięgając po płyn do mycia okien. Cały problem w tym, że wszystko jest na jej głowie. O troskach nie da się zapomnieć. To na niej spoczywa odpowiedzialność za przychodnię.

Usunęła się, by przepuścić ostatnią pacjentkę.

– Jak się pani czuje, pani Ferguson? – zapytała bladą kobietę o figurze przypominającej baryłkę.

– Czułabym się o wiele lepiej, gdyby to pani mnie przyjęła – odburknęła zagadnięta.

– Jak to? Czy doktor Stiles nie zajął się panią wystarczająco starannie?

Jeśli to prawda, facet już nie żyje.

– Nie lubię, jak mnie bada ktoś nieznajomy – gderała kobieta.

Co za ulga. Shelby zauważyła, że zbliża się do nich Taylor. Zgodnie z opinią pani Stewart był bardzo przystojny. Shelby była jednak bardziej zainteresowana jego kwalifikacjami, a te są bez zarzutu. Wykonał kawał dobrej roboty, odciążył ją.

Pacjenci początkowo traktowali go nieufnie, ale gdy usłyszeli, jak długo musieliby czekać na wizytę u niej, w większości pozwalali mu się zbadać. Choć Shelby w głębi ducha miała satysfakcję, że jednak woleliby leczyć się tylko u niej.

– Doktor Stiles będzie mi pomagał tylko do końca miesiąca.

– To świetnie – odrzekła pani Ferguson. – A potem wszystko znów wróci do normy.

– Czy szanowne panie rozmawiają o mnie? – Doktor Stiles zatrzymał się i obdarzył panią Ferguson promiennym uśmiechem.

Czy ten facet sądzi, że cały świat kręci się wokół niego?

– Nie – burknęła Shelby.

Wypadło to szorstko. Od razu poczuła wyrzuty sumienia. Nie powinna go naśladować...

– Pani Ferguson, może panią odprowadzę? – W jego oczach pojawiły się wesołe ogniki.

– Hmm, no może... Byłoby nieźle... – bąkała zdumiona kobieta, chwytając torbę palcami przypominającymi serdelki i podążając w stronę drzwi.

Mycie okna daje przywilej bezkarnej obserwacji tego, co się za tym oknem dzieje. Shelby patrzyła, jak Taylor pomaga pacjentce umościć się w samochodzie. Gdy wracał do przychodni, lekki wiatr zwichrzył jego brązowe włosy. Pewnie są miękkie i jedwabiste w dotyku...

Odganiając ruchem głowy swoje myśli, z całych sił natarła na szczególnie uporczywą plamę. Fakt, doktor Stiles okazał się dziś pomocny, ale chyba nie zniosłaby jego stałej obecności. Potwornie ją irytował. Na szczęście nie pozostanie tutaj długo. Musi z nim pomówić, ustalić zasady. To jest przychodnia jej i Jima. Teraz ona tu rządzi.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel