Listy lady Lucy
Przedstawiamy "Listy lady Lucy" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.
Lady Lucy MacMorlan przysięgła nigdy nie wychodzić za mąż. Wykształcona i oczytana, chętnie pomaga pisywać miłosne listy bratu. Gdyby Lucy wiedziała, że jego wybranką jest narzeczona markiza Methvena, nigdy by się nie zgodziła. Kiedy markiz dowiaduje się o korespondencji, postanawia za wszelką cenę odnaleźć autora listów, by dać mu nauczkę. Czy lady Lucy zdoła ochronić brata i zapobiec skandalowi?
Fragment książki
Narzeczona się spóźniała. Markiz Robert Methven ukradkiem rozluźnił uciskający go ozdobny fular. Niewielki kościół był wypełniony po brzegi gośćmi zaproszonymi na ślub. W powietrzu unosił się zapach lilii i Robert pomyślał, że to kwiaty stosowne raczej na pogrzeb. Z docierających do niego odgłosów wywnioskował, że zebrani w nawie ludzie zaczynali się niecierpliwić. Co prawda spóźnianie się panien młodych na ślub było w modzie, ale zdaniem markiza Dulcibella przekroczyła wszelkie granice. Nie przypuszczał, żeby wydarzyło się coś nieprzewidzianego czy nadzwyczajnego lub by nagle zmarł jej krewny.
Dulcibella. Co za przedziwne imię, pomyślał Robert. Nie potrafił się do niego przyzwyczaić w ciągu dwumiesięcznego narzeczeństwa. Zanosiło się na to, że nie będzie miał w ogóle tej szansy. Odwrócił się od ołtarza. Dwustu przedstawicieli szkockiej szlachty wyprawiło się na północ do kościoła znajdującego się w granicach posiadłości lorda Brodrie. Chcieli zobaczyć, jak wydaje córkę za człowieka, który wyklęty przez własną rodzinę musiał kiedyś opuścić kraj, a teraz do niego powrócił, odziedziczył tytuł markiza i zabiegał o zachowanie w całości spuścizny rodzinnej.
– Myślę, że zostałeś wystawiony do wiatru, kuzynie – powiedział z uśmiechem Jack Rutherford, drużba pana młodego.
Robert zasępił się, ale nie z powodu upokorzenia na oczach licznej grupy utytułowanych gości. Nie chciał utracić Ducibelli, ponieważ odgrywała kluczową rolę w przejęciu dziedzictwa po poprzednim markizie, jego dziadku. Nagle uwagę Roberta zwróciła dama siedząca na końcu kościoła. Czyżby lady Lucy MacMorlan przybyła na jego ślub? Tak, to z pewnością ona, uznał.
Od dawna, a mieli wtedy po kilkanaście lat, miał słabość do Lucy i z wiekiem go nie opuściła. Gdy przed laty przypadkowo natknęli się na siebie na tarasie Forres Castle i on, wiedziony siłą przyciągania, pocałował ją, zaskoczyła go własna gwałtowna reakcja. Gdyby wówczas od niej nie uciekł, oboje popadliby w wielkie tarapaty. Później nie widział jej przez pewien czas, bo los rzucił go daleko od Szkocji. Po powrocie spotkał ją w jednym z salonów Edynburga, gdzie odbywało się wieczorne przyjęcie, i ku własnemu zdziwieniu odkrył, że Lucy nadal silnie na niego oddziałuje.
Zmienił się, lecz i ona nie była ta sama. Bezpośrednia, otwarta dziewczyna nabrała towarzyskiej ogłady i Robert zapragnął się dowiedzieć, co kryła pod maską światowej damy. Inne Pragnienia związane z lady Lucy i tak nie miały szansy na zaspokojenie.
I oto śliczna i ponętna siedziała w jednej z tylnych ławek kościoła pomiędzy starszymi siostrami a ojcem, księciem Forres oraz kuzynem Wilfredem, hrabią Cardrossem, którego Robert nie cierpiał. Lucy przyciągała wzrok intensywnie rudymi włosami i fiołkowymi oczami o rezolutnym spojrzeniu. Robert zapragnął sprawdzić, czy te niezwykle włosy rzeczywiście są takie jedwabiste w dotyku, na jakie wyglądają. Lady Lucy miała twarz w kształcie serca, porcelanową cerę i rozczulające piegi.
W towarzystwie uważano ją za chodzący ideał. Powtarzano, że jest doskonałą córką i damą, a kiedyś zostanie doskonałą żoną. Robert słyszał o jej zaręczynach z jakimś szlachcicem, który zmarł, nie doczekawszy ślubu. Od tamtej pory lady Lucy odrzucała wszystkie oferty małżeńskie i sądzono, że nikt nie potrafił dorównać jej zmarłemu narzeczonemu. Robertowi wydawało się to dziwne, ale o gustach się nie dyskutuje. Wielka szkoda, że nie mogę się jej oświadczyć, pomyślał, ale był związany warunkami, na jakich mógł wejść w posiadanie dziedzictwa. Dulcibella Brodrie była jedną z nielicznych kobiet, jeśli nie jedyną, która spełniała te kryteria. Uzmysłowił sobie, że nie spuszcza wzroku z lady Lucy. Nie czuł się dżentelmenem, miał jednak świadomość, że w dniu ślubu nie wypadało patrzeć na damę, która nie jest jego narzeczoną.
Drzwi kościoła rozwarły się z hałasem. Organista zaczął grać hymn Przybycie królowej Saby. Robert zauważył, że kapłan, który miał udzielać ślubu, odetchnął z ulgą. Zrobił się rumor, gdyż uczestnicy kongregacji wstali i odwrócili głowy, by popatrzeć na pannę młodą. Nagle muzyka ucichła. Środkiem nawy szedł lord Brodrie, ojciec Dulcibelli, wyraźnie zagniewany, poczerwieniały na twarzy, z rozwianymi siwymi włosami. Był sam, a w dłoni trzymał kilka kartek. Jedna z nich upadła Robertowi do stóp.
– Uciekła! – oznajmił ze złością.
– Gratuluję przenikliwości – mruknął Robert do Jacka.
Po ciszy, która zapadła po słowach lorda Brodrie, wybuchł tumult. Ludzie mówili jeden przez drugiego, gestykulując, podając sobie z ust do ust skandaliczną nowinę. Robert schylił się po leżącą u jego stóp kartkę. Nie był to, jak sobie początkowo wyobrażał, list z wyjaśnieniami czy przeprosinami. Był to fragment listu miłosnego.
Dłużej tego nie zniosę. Dniami i nocami cierpię niewysłowione katusze. Nie mogę mówić, nie mogę jeść. Myśl, że znajdziesz się w ramionach innego, w jego łożu, jest dla mnie nie do zniesienia. Jakże oddasz się Methvenowi, skoro jesteś moja… Potrzebuję cię jak powietrza! Uchodźmy, zanim będzie za późno…
Ciąg dalszy był utrzymany w tym samym duchu, ale Robert nie doczytał do końca. Afektowany i przesadnie sentymentalny styl listu sprawił, że go zemdliło. Najwyraźniej Dulcibelli spodobał się na tyle, że jego autorowi udało się namówić ją do ucieczki.
– Kto to pisał? – zapytał Jack, który próbował czytać Robertowi nad ramieniem.
– Podpisano: Lachlan.
– To musi być Lachlan MacMorlan – orzekł Jack. – Nieprzytomnie zakochał się w pannie Brodrie. Nie podejrzewałbym go o tyle inwencji twórczej.
– Wypruję z niego flaki! – oznajmił gwałtownie lord Brodrie. Wyglądał, jakby miał paść trafiony apopleksją. Wymachiwał pięścią, w której trzymał pozostałe kartki. – Zbałamucił mi córkę bzdurami! Przeklęty wierszokleta! Bezczelny tchórz! Jeśli jej chciał, to powinien stanąć o nią do walki jak mężczyzna!
– Widocznie ten sposób uznał za skuteczniejszy – zauważył Robert. – Nie miałem pojęcia, że panna Brodrie ma aż tak romantyczną naturę.
Okazuje się, że w ogóle niewiele wiedział o Dulcibelli. Teraz było za późno na taką refleksję, ale niedoszła żona w gruncie rzeczy mało go interesowała. Była mu potrzebna, bo bez niej nie mógł przejąć całości dziedzictwa, obwarowanego przez dziadka specjalnymi wymogami. Pilnie potrzebował żony i dziedzica i wyłącznie z tego powodu oświadczył się Dulcibelli, chociaż irytował go jej brak charakteru.
– Zwariowana dziewczyna spędzała czas z nosem w książkach – poskarżył się lord Brodrie. – Wzięła to po matce. Nie przywiązywałem do tego wagi.
– Nie wierzę, że MacMorlan sam to napisał – odezwał się nagle Jack. – Uczęszczałem z nim do szkoły. Nie był ani zanadto lotny, ani biegły w posługiwaniu się piórem.
– Istotnie, autor listu nie jest pozbawiony talentu – przyznał Robert.
– Panowie… – wtrącił się kapłan – co z nabożeństwem? Mamy kontynuować?
– W tej sytuacji nie – odrzekł Robert. – Gdyby panna Brodrie wyjawiła mi swoje uczucia, odstąpiłbym jej i lordowi Lachlanowi ten termin.
Lord Brodrie i kapłan spojrzeli po sobie niepewnie. Robert uznał, że prawdopodobnie zastanawiali się, czy rzeczywiście jest aż tak zimny i obojętny. Nie zależało mu na Dulcibelli, daleko ważniejsza była perspektywa utraty spadku. Zauważył, że hrabia Cardross, zajmujący wraz z krewnymi jedną z tylnych ławek, nawet nie próbował kryć triumfu. Musiała mu być na rękę klęska planów Roberta, gdyż otwierała przed nim okazję do wysunięcia roszczeń do części ziemi Methvenów.
Robert mimowolnie zacisnął pięści. Nie da Cardrossowi sposobności do przejęcia Golden Isle, czyli Złotej Wyspy, ani północnych krańców rodowych posiadłości. Stanowiły najstarszą część jego patrymonium i w ich obronie nie zawaha się użyć siły, o ile zajdzie taka potrzeba. Spojrzał w kierunku Lucy MacMorlan i napotkał jej wzrok, ponieważ właśnie patrzyła wprost na niego. Nie była zdziwiona, zgorszona ani rozbawiona. Roberta zaintrygowała jej niewyraźna mina. Wiedział, że była zżyta z bratem, który mógł powiedzieć jej o planowanej ucieczce. Zatrzymał na niej wzrok przez dłuższą chwilę, na co zareagowała lekkim rumieńcem, po czym umknęła spojrzeniem i zaczęła szykować się do wyjścia.
Goście wylewali się z ławek, tłoczyli w nawie, wymieniali uwagi, przerzucali się wiadomościami.
– I co teraz? – zapytał Brodrie. – Nie zamierzasz ich ścigać, milordzie?
– Drogi panie, córka zadała sobie wiele trudu, żeby nie zostać moją żoną – odrzekł zgryźliwie Robert. – Okazałbym się nieokrzesanym prostakiem, gdybym za nią gonił i przemocą ciągnął do ołtarza. Jack – zwrócił się do drużby – powiedz wszystkim, że są mile widziani na przyjęciu ślubnym. Szkoda byłoby zmarnować tyle jedzenia.
Robert zapłacił za uroczystość, jako że lordowi Brodrie zawsze brakowało gotówki.
– Będzie pan celebrował ucieczkę mojej córki z innym mężczyzną? – spytał zdumiony.
– Daliśmy dość pożywki plotkarzom. Nie będę odgrywał załamanego nieszczęściem, a weselne przyjęcie jest przygotowane i opłacone. Miejmy nadzieję, że pańska córka zdążyła sama wydać się za mąż. Niechże się pan cieszy. – Skłonił się lordowi Brodrie. – Pan wybaczy, zaraz wrócę, muszę tylko coś załatwić.
– Na Boga, to łajdak bez serca! – dobiegł Roberta głos Brodriego.
Nie dosłyszał odpowiedzi Jacka, ale bez względu na to, co powiedział niedoszły drużba, nie mógł zgodzić się z tak niepochlebną oceną.
„Lachlan uciekł z Dulcibellą Brodrie”, szeptano wokół i wiadomość szybko obiegła kościelne ławki. „Dzisiaj rano uciekli do Gretna Green”. Głupi ten mój brat, pomyślała Lucy. Potrzebował dwóch miesięcy i prawie dwudziestu listów miłosnych, żeby namówić Dulcibellę do porzucenia Roberta Methvena. Zdecydowali się na ucieczkę dokładnie w dnu ślubu, zostawiając niedoszłego pana młodego oko w oko z zaproszonymi na uroczystość gośćmi.
Ogarnęło ją silne poczucie winy, czego zupełnie się nie spodziewała. Aż do tej chwili była z siebie raczej zadowolona. Przedłużający się opór Dulcibelli, która nie od razu była skłonna ulec namowom Lachlana, skutkował dużym zarobkiem autorki miłosnych epistoł. Lucy było stać na zakup ciepłych kocyków, lekarstw i ubrań dla dzieci. Naturalnie, w tej sytuacji ktoś musiał być stratny i tym kimś został porzucony narzeczony. Lucy wydawało się, że swoim postępkiem zawiodła Roberta Methven, jakby była mu winna lojalność. Może dlatego, że przez te wszystkie lata dotrzymał słowa i nie pisnął słowem o pamiętnej nocy, gdy spotkali się na tarasie Forres Castle. Zrobiło się jej głupio. On dotrzymał danego słowa, a ona odpłaciła mu niewdzięcznością.
– Papo. – Dotknęła ramienia ojca, przechylając się do Mairi i Christiny. – Obawiam się, że ludzie potraktują nas jak lisa w kurniku – szepnęła. – Lachlan uciekł z panną młodą.
Książę Forres poprawił okulary na nosie. Był zaambarasowany, co było jego stanem naturalnym. Jako człowiek nauki i samotnik, niezmiennie sprawiał wrażenie, że chodzi z głową w chmurach i nie bardzo wie, co się wokół dzieje.
– Doprawdy? Właśnie zastanawiałem się, gdzież on jest.
– Wszystko niestety wskazuje na to, że prawdopodobnie już w połowie drogi do Gretna Green – powiedziała Mairi. – Typowy Lachlan. Bez skrupułów sięga po to, co należy do kogoś innego.
Lucy zerknęła w kierunku ołtarza. Ponad głowami gości weselnych widziała Roberta Methvena. Rozmawiał z drużbą i lordem Brodrie, który w ręku trzymał kartki. Przestraszyła się, bo były podejrzanie podobnie do listów Lachlana do Dulcibelli. Nagle Robert, mając w dłoni jedną kartkę, spojrzał wprost na nią. Odniosła wrażenie, że w jego ciemnoniebieskich oczach kryje się groźba. On się domyślił, uznała w duchu i zadrżała. Robert Methven nie powinien wiedzieć, że przyłożyła rękę do tego, co się stało, ale najwyraźniej nie doceniła jego przenikliwości.
Spuścił wzrok na trzymaną w ręku kartkę, po czym ponownie wbił spojrzenie w Lucy. Powiedział coś do drużby i ruszył w jej stronę. Spanikowana, postanowiła uciec.
– Papo, przepraszam, muszę wyjść na powietrze. Spotkamy się przy powozie.
– Dobrze, kochanie. Zachodzę w głowę, co powiem Methvenowi. Lachlan zachował się skandalicznie.
– Przepraszam. – Lucy spróbowała jak najszybciej wydostać się z ławki.
Kątem oka widziała, jak Robert Methven zbliża się nawą w ich stronę. Wyobraziła sobie, że rzuci rękawicę na kościelną podłogę i wyzwie jej ojca na pojedynek z powodu dyshonoru, jakiego doznał on i jego rodzina. Ta myśl wcale nie wydawała się jej niedorzeczna, zwłaszcza że Wilfred nie krył zadowolenia z upokorzenia Methvena.
– Nikt bardziej nie zasłużył na to, co się wydarzyło – orzekł Cardross. – Muszę postawić Lachlanowi whisky, gdy go spotkam.
– Zamilcz, Wilfredzie – rzuciła poirytowana Lucy. – Czy musisz cieszyć się z cudzej niedoli?
– Naturalnie, tym bardziej że niedola spotkała Methvena. Jeśli nie spełni warunków wymaganych do objęcia dziedzictwa, część jego majątku przypadnie mnie.
Lucy popatrzyła na kuzyna z odrazą. Wiedziała o starym sporze prawnym między Wilfredem a Robertem Methvenem, ciągle dalekim od rozstrzygnięcia sądowego. Od kilku miesięcy, a dokładniej od powrotu z Londynu kuzyn czynił aluzje na ten temat. Jeśli miał rację i dziedziczenie Methvena jest uzależnione od ożenku, pomyślała Lucy, to Robert będzie jeszcze bardziej wściekły, niż przewidywała.
Przecisnęła się obok kuzyna do zatłoczonej nawy i dyskretnie się obejrzała. Robert Methven był oblężony, goście tłoczyli się wokół niego prawdopodobnie po to, żeby dokładniej poznać powody odwołania ślubu. Odpowiadał uprzejmie, zachowując spokój, ale patrzył na Lucy. Pochwycił wzrokiem jej trwożne spojrzenie i w jego oczach błysnęła wesołość. Najwyraźniej zorientował się, że ona próbuje przed nim uciec.
Dopchała się do drzwi kościoła i wtedy zrozumiała, że popełniła taktyczny błąd. Powinna zostać w środku. Wśród ludzi Robert Methven nie mógłby jej zadawać kłopotliwych pytań, choć nie było to pewne. Nie był człowiekiem, który odstąpiłby od zamiarów z obawy, że zgorszy zgromadzonych w kościele. Nie miała jednak wyjścia i musiała iść naprzód. Ruszyła nierówną ścieżką w stronę furtki widocznej w murze otaczającym dziedziniec kościelny. Droga za murem była zastawiona powozami. Maleńka wioska Brodrie nie widziała niczego podobnego od czasu, gdy trzydzieści lat temu żenił się jej dziedzic.
– Lady Lucy.
Słysząc kroki za plecami, chciała rzucić się biegiem, ale byłoby to niegodne damy i raczej niemożliwe do wykonania w jedwabnych pantofelkach. Zresztą Robert Methven i tak okazałby się szybszy. Zatrzymała się i odwróciła.
– Lordzie Methven… – Czuła się nieprzygotowana do otwartej konfrontacji. Nastąpił zbyt szybko. – Jest mi przykro… niewymownie przykro z powodu pańskiej…
– Straty? – podpowiedział. – Czy może jest pani przykro, że ma brata szubrawca, który ucieka z narzeczoną innego mężczyzny?
W głosie markiza zabrzmiały ostre tony. Lucy przyszło do głowy, że dżentelmeni nie mówią ze szkockim akcentem. Być może długi pobyt poza krajem starł z Methvena patynę cywilizacji. Stał jej na drodze i nie zamierzał się usunąć. Potężna postura i emanująca od niego prymitywna męska siła mogły wprawić w onieśmielenie, a nawet przestraszyć. Lucy zdawała sobie jednak sprawę, że tym razem nie może sobie pozwolić na słabość.
– Lordzie Methven – spróbowała ponownie ze współczującym uśmiechem, który, w jej mniemaniu, doskonale pokrywał zmieszanie – wiem, że Lachlan zachował się nagannie i...
– Zachował się jak łachudra – przerwał jej markiz.
Cóż, to prawda, przyznała w duchu Lucy, chociaż to zbyt drastyczne określenie w ustach dżentelmena rozmawiającego z damą. Poczuła, że się czerwieni. Zazwyczaj poczucie godności chroniło ją przed oblewaniem się rumieńcem w towarzystwie panów. Niecodzienne okoliczności i bezceremonialność Roberta Methvena sprawiły, że była zbita z tropu. Szybko jednak doszła do wniosku, że nie miał pojęcia o jej roli w sprawie ucieczki narzeczonej.
– Wygląda pani, jakby gnębiło panią poczucie winy – zauważył. – Z jakiego powodu?
Lucy poczuła, że traci grunt pod nogami.
– Po prostu tak wyglądam, bez konkretnej przyczyny.
W odpowiedzi uśmiechnął się kpiąco. Lucy nie zwykła tracić opanowania i nie była wobec nikogo nieuprzejma, ale Robert Methven potrafił wyprowadzić ją z równowagi.
– Podoba mi się pani wygląd – wyjawił ku jej zaskoczeniu.
Uniósł rękę i palcem musnął jej policzek. Odniosła wrażenie, że gorset jest zasznurowany za ciasno i utrudnia jej oddychanie.
– Przypuszczałem, że gnębi panią poczucie winy, bo znała pani dobrze ich plany – dodał tonem wyjaśnienia. – Przyszło mi na myśl, że nawet pomogła pani zakochanej parze.
– Ja… – Urwała, uświadamiając sobie, że nie wie, co powiedzieć. Wmawiała sobie, że nie odegrała żadnej roli w ucieczce, w każdym razie nie bezpośredniej.
– Nie miałam z tym nic wspólnego – oznajmiła.
Methven przypatrywał się jej w milczeniu. Ten bezruch był przerażający, przywodził na myśl polującego drapieżnika podchodzącego ofiarę.
– Wiedziałam, że Lachlan kochał się w pannie Brodrie – ciągnęła, odnosząc wrażenie, że pogrąża się mimo czynionych wysiłków, aby dowieść niewinności. – To wszystko. Nie wiedziałam o planach ucieczki ani o listach miłosnych… – Zamilkła, boleśnie świadoma, że się wygadała.
– Nie wspominałem o listach miłosnych – zauważył łagodnie Robert Methven, ale w jego oczach pojawił się groźny błysk.
Zapadło nieprzyjemne milczenie. Lucy stała jak porażona przenikliwym spojrzeniem markiza.

