Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Mister Hockey
Zajrzyj do książki

Mister Hockey

Liczba stron208
ISBN978-83-8342-500-9
Wysokość215
Szerokość145
EAN9788383425009
Tytuł oryginalnyMister Hockey
TłumaczDawid Świonder
Język oryginałuangielski
Data premiery2024-03-27
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Pikantna historia ognistego romansu między hokeistą o niewyparzonej gębie a zakompleksioną bibliotekarką.
Jed West jest kapitanem mistrzowskiej drużyny NHL, a zarazem najseksowniejszym zawodnikiem na lodzie. Tak przynajmniej widzi go Breezy Angel, bibliotekarka, która od lat z wypiekami na twarzy śledzi jego karierę. Nie spodziewa się przy tym, że kiedykolwiek spotka swój obiekt westchnień oraz najśmielszych fantazji erotycznych.
Los płata jej jednak figla, gdy Jed niespodziewanie zjawia się w bibliotece jako gość specjalny warsztatów czytelniczych. Wystarczyła chwila, by oboje zapłonęli pożądaniem tak gorącym, że mogłoby stopić lodowisko.
Choć jej uczucia są szczere, Breezy wstydzi się przyznać, jak bardzo Jed ją fascynuje. Postanawia nie zdradzać się z tym przed nim, ale okazuje się, że nie tylko ona ma tajemnice.
Czy gwiazda hokeja i mól książkowy zdobędą się na odwagę i wyznają sobie prawdę, zanim będzie za późno?

 

Fragment tekstu

Rozdział 1

Wystarczyło, że Jed West rzucił okiem na menu u Zachary’ego – najpopularniejszej restauracji śniadaniowej w Denver – a żołądek ścisnął mu się boleśnie niczym w imadle. Pozycje na karcie dań tańczyły mu przed oczami jak zjawy. Tosty francuskie z masłem orzechowym, smażony stek z kurczaka z jajkiem po benedyktyńsku, naleśniki z batatów – wszystkie zlewały się w jedną nieczytelną plamę. Kurwa mać. Tylko nie teraz. Nawet cen nie był w stanie rozczytać.
Mruganie nie miało sensu. Dobrze znał mechanizm, bo za każdym razem było tak samo. Z napiętą szczęką uniósł szklankę soku pomarańczowego do ust i wypił spory łyk. Chwile podwójnego widzenia pojawiły się po siódmym meczu. Po minucie, dwóch wszystko wracało do normy, jak gdyby nigdy nic. W międzyczasie musiał jedynie stosować się do fundamentalnej zasady trenera: po prostu zaciśnij zęby, kochasiu.
Zresztą, po co mu w ogóle to cholerne menu? Odsunął je na bok. Przecież i tak zamówił już Pogromcę Głodu, czyli kanapkę z chorizo, jajkami, jalapeño i cheddarem. Prawdziwe śniadanie mistrzów. No i do tego kruszony lód. Szkoda tylko, że chłód lodu nie przyniósł mu żadnej ulgi, bo ta… sytuacja, z braku lepszego określenia, zaczynała go denerwować. A nie powinna.
Czy raczej – to on nie mógł sobie na to pozwolić.
Niespodziewane podwójne widzenie to nie błahostka, trudno więc zignorować coś takiego. Jeśli jednak zaraz nie przestanie machać rzęsami jak Scarlett O’Hara, której osa wleciała pod spódniczkę, to siedząca przed nim najbardziej bezwzględna dziennikarka sportowa „The Post” weźmie go za jakiegoś oblecha. I dopiero da mu popalić.
Na szczęście akurat w tym momencie Neve Angel skupiona była na czymś innym. Pochylona nad swoim cyfrowym dyktafonem, z ciemną grzywką przysłaniającą bystre oczy, wyciągała mikrofon z torby. Poruszała przy tym niemo ustami do wydobywającej się z głośników piosenki Buddy’ego Holly’ego. Kiedy wzrok Jeda ponownie się wyostrzył, zauważył przypinkę na klapie torby: „Jedliśmy Jaja na Festiwalu Jąder w Rock Creek”.
Chryste, to autentyk.
Złączywszy mocno kolana, zmusił się do szerokiego uśmiechu. Takiego, który bez problemu załatwiłby mu kolejkę marketingowców liczących, że zareklamuje ich witaminową wodę kokosową czy krem do golenia. Odwinął nóż i widelec z serwetki, po czym zaczął drzeć ją na paski.
Wmawiał sobie, że problemy ze wzrokiem to wynik przemęczenia – nieuchronnego po tak wyczerpującym sezonie NHL i równie ciężkich play-offach. Na pewno wszystko się w końcu ułoży.
– O co chodzi z tą serwetkową górą? – Neve oparła łokcie na blacie ze starego drewna, dając znać, że zaczyna wywiad. Jej brwi uniosły się tuż pod równo przystrzyżoną grzywką. – Denerwujesz się, księżniczko?
– Taaa, jestem przerażony – odparł lakonicznie i bez zawahania. Maskowanie swoich prawdziwych uczuć pewnością siebie już dawno weszło mu w nawyk. Ot, takie zboczenie zawodowe kapitana drużyny hokejowej. Ktoś taki nigdy nie może okazać strachu przed przeciwnikiem. – Chociaż szakal zwykle więcej szczeka, niż gryzie.
– Szakal? Przejąłeś terminologię od Gunnara? – Przewróciła oczami. – Nie obrzydzaj mi posiłku.
Główny trener Hellions Tor Gunnar znany był z określania dziennikarzy mianem „szakali”. Krótko mówiąc: miał z nimi na pieńku. A w szczególności z tą drobną kobietą siedzącą naprzeciwko. Zaczęło się kilka lat temu od artykułu, w którym Neve opisała jego rozwód. W ramach zemsty trener ignorował ją podczas konferencji prasowych. Aby więc nie pozostawać mu dłużną, opublikowała kilka krytycznych tekstów. I tak ich wzajemna wrogość urosła wręcz do legendarnych rozmiarów.
– Kto się czubi, ten się lubi – drażnił się z nią Jed. – Moim zdaniem panuje między wami jakieś srogie napięcie seksualne. Przemyśl to. Poza tym, gdyby trener wreszcie cię zaliczył, być może zacząłby się uśmiechać częściej niż raz na rok. Cała drużyna byłaby ci winna przysługę.
– Hmm. – Spojrzała w zamyśleniu na swoją szklankę. – Ciekawe, ile tych kostek lodu dałoby się zmieścić w twoim nosie… Zgaduję, że dziesięć. Po pięć na każdą z dziurek.
Zaśmiał się, kładąc rękę na oparciu skórzanego siedzenia. Sprzątająca stolik obok kelnerka zauważyła jego leniwe spojrzenie i rozkojarzona chlapnęła sobie odrobiną keczupu na białą bluzkę. Prychnęła poirytowana, ale Jed udał, że nie słyszy.
Zamiast tego skupił wzrok na oprawionym plakacie z napisem: „Ziewanie to ciche wołanie o kawę”. Choć minęło tyle lat, nadal czuł się dziwnie, będąc „tym” gościem – gościem, któremu kobiety posyłają wymowne spojrzenia, fanki rzucają niewybredne uwagi, a dziewczyny w barze wciskają serwetki z numerami telefonów. I co kilka miesięcy dostaje pocztą staniki.
Kiedy w zeszłym roku trafił na listę najseksowniejszych sportowców „Cosmopolitan”, chłopaki z drużyny nie dawały mu żyć. Wszyscy gwizdali i wołali „Paaan Hokej”, naśmiewając się z ksywki, którą nadano mu w artykule. „Dawaj, stary, zrób pozę! Jak Zoolander”.
Nie, żeby atencja ze strony kobiet mu przeszkadzała. Chodziło jednak o to, że był w gruncie rzeczy zwyczajnym facetem. Uwielbiał swoją pracę i był w niej cholernie dobry. Niemniej mowa tu o wbijaniu krążka do bramki, a nie ratowaniu dzieci z płonących budynków czy walce za kraj w jakichś odległych miejscach. Tymczasem bycie traktowanym jak bohater może konkretnie namieszać facetowi w głowie. Sprawić, że poczuje się niezniszczalny. A Jed widział już, do czego takie myślenie może doprowadzić sportowca.
Powoli rozmasował lewą skroń. Do niczego dobrego.
– Coś mi mówi, że twój grymas nie wziął się znikąd. – Neve zatknęła plasterek cytryny na krawędzi szklanki. – Może zaczniemy naszą rozmowę od tego?
– Po prostu mam taką twarz. – Choć mierzyła go podejrzliwym spojrzeniem, Jed nie dawał za wygraną. Policzył do dziesięciu. Cztery… pięć… sześć…
– Nie wierzę. Normalnie szczerzysz się jak małpa do banana – zripostowała.
– Nie przepadam za bananami. – Wzruszył ramionami. – Wolę jagody.
– Dobra, jak sobie chcesz. – Neve czuła, że marnuje czas. – Zgrywaj tajemniczego.
– Mówię serio. – Przeczesał dłonią włosy. Ot taki subtelny gest, by pochwalić się pierścieniem mistrzowskim. – Wszystko w moim świecie idzie dobrze. Wręcz świetnie.
Jasne, jasne… Nie wspomniał jednak o tym, że cały ranek spędził w sali projekcyjnej Hellions, przeglądając nagrania z końcówki siódmego meczu. Wykonał podanie i wjechał do tercji drużyny z Detroit. Remis, wszyscy nabuzowani adrenaliną. Być może to dlatego obrońca Red Wings nie zauważył Jeda i trafił go kijem w prawy oczodół.
Wstał jednak o własnych siłach, odgoniwszy personel medyczny. Co za surrealistyczne uczucie – jak gdyby widział na ekranie kogoś zupełnie innego. W ogóle nie pamiętał tamtego momentu. Najwyraźniej nawet oszołomiony podświadomie nie zamierzał dać się posadzić na ławkę.
Czyżby właśnie to uderzenie tak go urządziło?
– Dobra. Dość tych wygłupów. Teraz już naprawdę zaczynamy. – Neve nacisnęła czerwony przycisk nagrywania. Obniżyła też ton o jakieś pół oktawy i przybrała nieco bardziej formalną pozę. Przypominała typowego dziennikarza z National Public Radio. – Witajcie w kolejnym odcinku „Sportowego nieba”. Z tej strony Neve Angel, ulubiony aniołek miasta Denver. – wymruczała. – Dziś towarzyszy mi Jed West, kapitan Denver Hellions – popularnych Diabłów. Dziękuję za spotkanie, Westy.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział przeciągle. Uniósł pustą szklankę w geście toastu, spychając niepokojące myśli w głąb umysłu.
– Odkąd odszedłeś z Sharksów, dwukrotnie poprowadziłeś Hellions do mistrzostwa. Pomogłeś im przerwać najdłuższą passę porażek w historii ligi…
Przerwał jej wrzaskliwy refren piosenki All I Do is Win dobiegający z wnętrza jej bluzki.
– Cholera. Zaczekaj. – Zatrzymała nagrywanie i wyłowiła komórkę z głębi dekoltu.
– Fajny schowek na telefon – zauważył beznamiętnie Jed.
– Cicho – odparła zawzięcie. – Stanik to szwajcarski scyzoryk nowoczesnej dziewczyny. Na czym stanęliśmy? – Ponownie włączyła dyktafon i splotła palce obu dłoni. – Ach, tak. Magiczna gra Westy’ego. Na czym polega twój sekret?
– Trudno powiedzieć. Chyba nie ma w tym nic szczególnego. – Wziął jeden z urwanych wcześniej serwetkowych pasków i zgniótł go w idealną kulkę. – Jak by to opisać… Przy pełni księżyca zaciągam na lodowisko koźlę. Ale musi być młodziutkie, bo starsze są zbyt niesforne. Tam czeka już krąg nagich osób, które śpiewają inkantacje i wybijają rytm na bębnach. Cały rytuał kończy się…
Znów rozległo się All I Do is Win.
Neve wyjęła telefon i spojrzała krzywo na ekran.
– Moja siostra. Breezy nigdy nie dzwoni w trakcie pracy. Muszę odebrać. – Wyłączyła dyktafon i przyłożyła komórkę do ucha. – No, co tam? – Zmarszczyła czoło. – Okej, czekaj. Nie tak szybko. Oddychaj. Nie. To jest histeryczny śmiech graniczący z płaczem. Spróbujmy razem, z przepony: wdech, wydech… No, już lepiej. – Kiwnęła ponuro głową. – Aha. Yhm. Nie gadaj! No i co, że pogoda? Znalazł sobie wygodną wymówkę. Widzisz? Mówiłam: to dupek. Ja? Hmm. – Postukała palcami w blat, posyłając Jedowi zatroskane spojrzenie. – Masz jakieś plany na popołudnie?
– Nie wiem – odparł obojętnie. Nie podobał mu się błysk w jej oczach. – Najpierw udzielam ci wywiadu, a potem idę na siłownię. – Albo poszukam w necie jakiegoś dyskretnego neurologa. – A co?
– Tor Gunnar miał być główną atrakcją warsztatów czytelniczych dla dzieci w bibliotece Rosedale Branch. – Wymówiła nazwisko trenera Diabłów niczym postać z Harry’ego Pottera wspominająca o Voldemorcie. Natychmiast wzięła łyk mrożonej herbaty, chcąc chyba zmyć niesmak, i ciągnęła dalej: – Był na jakimś charytatywnym turnieju golfowym w Scottsdale i odwołali mu lot z powodu deszczu. Ten sam front burzowy, który właśnie nas zalewa, spowodował tam podtopienia. W efekcie mojej siostrze, która prowadzi dział dziecięcy biblioteki, wykruszył się gość specjalny i została sama ze zgrają wygłodniałych, młodych fanów hokeja…
– Twoja siostra ma na imię Breezy?
– Briana – wyjaśniła Neve z uśmieszkiem. – Nie byłam w stanie wymówić tego poprawnie za dzieciaka i tak już zostało. Mniejsza z tym. Poprosiła, żebym to ja zajęła jego miejsce, ale skoro mam tu ciebie…
Doskonale zrozumiał aluzję.
– Potrzebujesz ochotnika?
– Nie do wiary! Cóż za wspaniała, wielkoduszna oferta! – zagruchała pieszczotliwie, ale zaraz wróciła do swego normalnego energicznego tonu. – Tylko wiedz jedno. Na tym świecie kocham dwie rzeczy: moją pracę i rodzinę. Wierz mi, Breezy dosłownie dokonuje cudów w tej bibliotece. Jeśli zawiedziesz te dzieciaki, będzie zdruzgotana. A poza tym… – Ponownie zabębniła palcami w blat z triumfalnym uśmieszkiem.
– No co? – Skrzyżował ręce na piersi, jak gdyby gest ten miał przesłonić zazdrość, którą czuł, słysząc o ludziach wiodących normalne, szczęśliwe życie rodzinne.
– Nic. – Otarła usta dłonią, ścierając również ów tajemniczy uśmieszek. – To jak będzie? Ruszysz na pomoc damie w opałach? Możesz oczywiście odmówić. Tylko nie zdziw się potem, jeśli następny podcast poświęcę kapitanom drużyn hokejowych łamiących serca młodych kibiców i lokalnych społeczności.
Uniósł ręce w geście udawanej irytacji.
– Przecież i tak bym się zgodził. Możesz darować sobie te groźby rodem z Rodziny Soprano. – Pomimo jej wyszczekania polubił Neve. Sam nie miał siostry, ale gdyby mógł sobie jedną zażyczyć, to wybrałby właśnie kogoś takiego jak ona.
– No to fajnie wiedzieć, że nie udajesz miłego gościa. – Tym razem uśmiechnęła się całkowicie szczerze. – Zdziwiłbyś się, jak wielu sportowców celebrytów to zwykłe mendy. – Znów przysunęła telefon do ucha. – Jesteś? Kryzys zażegnany. Kawaleria już nadciąga.
– Pańskie zamówienie za chwilę będzie gotowe – oznajmiła kelnerka, nachylając się do Jeda. Miała małą grudkę tuszu przyklejoną do rzęs. – Czy życzy pan sobie czegoś jeszcze? Może więcej soku? Albo mój numer?
– Ejże! Dość tego. – Neve schowała telefon w bluzce. – Weźmiemy tę kanapkę i rogalika na wynos. – Zaczęła pospiesznie zbierać swoje rzeczy, podczas gdy kelnerka oddaliła się. – Pojedziesz za mną?
– Znam drogę. – Mieszkał akurat niedaleko biblioteki Rosedale. – Najpierw aleją Speera i wysiadamy na Dziesiątej, tak? – Wstał, zabierając swoją kurtkę membranową. – Jak to ma wyglądać?
– Wystarczy, że powiesz parę słów od siebie – odparła spokojnie Neve. Następnie wstała i obydwoje skierowali się w stronę wyjścia. Po drodze odebrała od kelnerki torby z jedzeniem, zapłaciła i podała Jedowi kanapkę. – Wiesz, jak to jest na takich spotkaniach z dzieciakami. Zachęć je do nauki i czytania. „Tylko matoły nie chodzą do szkoły”, „Kto czyta – nie błądzi” i tym podobne hasełka. A właśnie! – Uniosła palec. – Breezy wspomniała, że musisz opowiedzieć im o swojej ulubionej książce z obrazkami. Umiesz czytać, prawda? – Puściła do niego oko.
– A pamiętasz, że grałem w drużynie Uniwersytetu Stanforda? – Otworzył i przytrzymał jej drzwi. – W dodatku mam magistra z finansów. – Z trudem zdławił irytację. Stereotypy to samospełniające się przepowiednie, dlatego Jed wiele lat pracował w pocie czoła, by nie stać się kolejnym sportowcem przygłupem. Co prawda czytanie nie było jego ulubionym zajęciem, ale za to dobrze mu szło z liczbami.
– Finanse, co? – Neve nie zauważyła jego napięcia. – Banki nigdy nie miały u mnie wysokich notowań. – Parsknęła, rozbawiona własnym sucharem. – Ale już tak serio: dzięki za pomoc. To naprawdę miłe z twojej strony. Breezy będzie bardzo wdzięczna. – Na jej twarzy znowu odmalował się ten uśmieszek. – Rany, ale ulewa. Tu bardziej przydałaby się łódź niż samochód.
– A powiedz mi – podjął, zakładając kaptur – ta twoja siostra jest równie zabawna jak ty? – Niech Bóg ma w swojej opiece Denver, jeśli w mieście grasuje jeszcze jedna tak pyskata chihuahua.
– Breezy? Gdzie tam. – Neve otworzyła parasolkę zamaszystym ruchem. – Ale to moja najlepsza przyjaciółka. Zawiedź ją, a rozwalę cię, zanim zdążysz wypowiedzieć nazwisko „Bobby Orr”.
Rozdział 2

– Jeszcze raz. Od początku. – Breezy Angel wciągnęła brzuch, próbując chwycić suwak swojego kostiumu. Obawiała się, że jeśli napnie mięśnie jeszcze odrobinę, to zmiażdży sobie żebra. Zupełnie bezpodstawnie – ostatni porządny trening zaliczyła lata temu, więc sił miała co najwyżej tyle, by zgnieść muchę. Z tego wysiłku pot zrosił jej kark, a przed oczami zamigotały gwiazdki. – Uff. No dalej, dalej – sapała z zawziętą miną.
Wyciągnęła się i prawie… prawie… prawie… jej palce musnęły suwak.
Udało się.
Chwyciła końcówkę zamka i pociągnęła. Ale drań nawet nie drgnął. Zmarszczyła brwi i podjęła kolejną próbę.
Z identycznym rezultatem.
Przez ostatnie piętnaście lat kostium Super Czytelniczki miewał zdecydowanie lepsze dni. A jeszcze zeszłego lata mieściła się w nim bez problemu.
– Uch. – Odkąd zerwała z Rorym, waga łazienkowa nie obchodziła się z nią łagodnie. Nic dziwnego, że kiedy wprowadziła się do swojego własnego domu, za karę wtrąciła to ustrojstwo do garażu. Faktów jednak nie oszukasz. Szukając pocieszenia w słodyczach, licz się z tym, że przybędzie ci parę kilo tu i ówdzie.
Zzziiip! Wreszcie suwak dał za wygraną.
– Brawo, kochaniutki! – Jej głos poniósł się echem z kabiny w damskiej toalecie. Chwyciła się za spłaszczone piersi, czując wykręcające się ku górze sutki i prawie przyciśnięty do kręgosłupa pępek. Odniosła jednak sukces i tylko to się liczyło.
Teraz trzeba było przetrwać kolejną godzinę – bez śmiechu, siadania i oddychania.
Właściwie to nigdy nie była zbyt szczupła czy gibka. Zawsze miała tendencję do lekkich krągłości, a zapiekankę serową uważała za atrakcyjniejszą niż dżinsy w rozmiarze sześć. Jej soczysty tyłeczek był wyłącznie jej sprawą. Dlatego też z awersją reagowała na wszelkie gadki o tym, jak to „prawdziwa” kobieta a) powinna mieć krągłości, b) nie powinna mieć krągłości lub c) powinna być umięśniona.
Nie. Jedyna rzecz, która czyni cię prawdziwą kobietą, to twoje bijące serce.
Bum. Koniec. Kropka.
A mimo to jednocześnie chciała czuć się dobrze we własnej skórze… a teraz zdecydowanie tak nie było. Od bardzo dawna nie zaznała tego uczucia.
Z brzegu umywalki podniosła kubek z wizerunkiem Jeda Westa – który dostała na swoje ostatnie, dwudzieste dziewiąte, urodziny od siostry – i wzięła duży łyk gorzkiej, mocno palonej kawy. Następnie zaś utkwiła wzrok w zdjęciu widniejącym na jego boku.
Ech…
Westy był marchewką dla jej groszku. Serem dla jej makaronu. Ginem dla jej toniku. I… peklowaną wołowiną dla jej kapusty.
Jego tęczówki stanowiły mieszankę zieleni i brązu, niczym połączenie barw strzęplicy i orzesznika. Ile to już godzin spędziła, próbując znaleźć najbardziej poetycki opis jego idealnych piwnych oczu?
Odpowiedź: dużo.
Bynajmniej nie żałowała ani minuty. Bo ta twarz była dosłownie darem dla ludzkości. Wbrew temu, co mówili w wiadomościach, świat z pewnością nie schodził na psy, skoro stworzył tak doskonale zarysowaną męską szczękę. A te piegi… Rany. Niczym wisienka na torcie. Nic tylko zazdrościć.
Obejrzała się jeszcze w lustrze. Nic nadzwyczajnego, ale może być. Plusem na pewno okazała się udana fryzura: ul i nisko spięty kucyk z boku. Niech żyją lata sześćdziesiąte. Nachyliła się nieco, po czym starła trochę szminki z dolnej wargi. Makijaż w stylu kocich oczu, który zwykle nosiła, też był niczego sobie. Idealnie nałożony eyeliner dosłownie dodawał jej skrzydeł. Kiedy jednak usłyszała gwar dobiegający z sali bibliotecznej, poczuła się jak Ikar szybujący niebezpiecznie blisko słońca.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel