Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Nienapisane
Nienapisane
Nienapisane
Nienapisane
Zajrzyj do książki

Nienapisane

Liczba stron416
ISBN978-83-2912-036-4
Wysokość215
Szerokość145
EAN9788329120364
Język oryginałupolski
Data premiery2026-02-11
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Joannę ogarnia twórcza niemoc. Zresztą nie po raz pierwszy trudno jej dokończyć pisanie kolejnej powieści. Za maską dowcipnej i pełnej ironii osoby kryje się wystraszona kobieta, która stara się pokonywać swoje lęki i fobie. Niedawno przeprowadziła się do nowego domu i powoli zaczyna się otwierać na otoczenie. Pragnie zmiany.

Janka po kilkumiesięcznej nieobecności wraca do domu. Wierzy, że wszystko złe, co miało się wydarzyć w jej życiu, ma już za sobą. Nie traci pogody ducha, a jedyne, czego się teraz obawia, to spełnienie obietnicy danej zmarłej przyjaciółce.

Joanna i Janka. Dzieli je wiek, sposób bycia, charakter, a nawet upodobania kolorystyczne. Ich losy się krzyżują, gdy zostają sąsiadkami. Co wyniknie ze spotkania Kobiety w Czerni z Kobietą w Różu? Czy znajdą nić porozumienia? A może zyskają coś więcej?

#ukrytehistorie #tajemnicezprzeszłości #relacjemiędzyludzkie #odkrywaniesiebie #starydom #los #niespodzianka #tajemnica #historia #harpercollinspolska

Fragment tekstu

Prolog

HANNA, DWA LATA WCZEŚNIEJ

Patrzy na kilka kolorowych pudełek stojących na stole. Ostatnio naszło ją na wspomnienia. Długo przeglądała wszystkie listy i wiadomości od Janki, oglądała zdjęcia w albumach. Tyle się tego uzbierało przez te wszystkie lata… Hanna zerka na stół, gdzie leżą cztery nowe listy. Spędziła sporo czasu w ciągu ostatnich kilku dni, by je stworzyć, starała się znaleźć właściwe słowa. Opisać to, co wcześniej pozostawało nienapisane. To nie było łatwe, ale czuła, że musi i chce to zrobić. Listy nie zostaną wrzucone do ich skrzynki. Ma inny plan. Poczekają na wysłanie. Jeszcze nie teraz. Za pewien czas. Istnieje też jakaś szansa, że jednak nie będzie musiała ich wysyłać, choć nie jest zbyt wielka.

Pisze jeszcze jedną wiadomość do Janki. Muszą się dziś spotkać. Przez ostatnich kilka dni jej unikała, bo nie chciała nic mówić, wolała milczeć. Musiała sama się z tym jakoś najpierw uporać. Wymieniły tylko kilka wiadomości, tak jak zawsze, kiedy miała gorszy czas i słowa przychodziły jej z trudem. Janka przywykła do tego przez te wszystkie lata.

Wychodzi na zewnątrz. Jest pełnia wiosny, wszystko rozkwitło i pozieleniało. Taki piękny czas… Zbyt piękny na złe wiadomości, dlatego podejmuje decyzję, że nie powie jej o tym dzisiaj. Chce mieć ten jeden spokojny dzień. Jeden dzień nie zrobi różnicy. Jeszcze tylko jeden dzień. Spędzą go razem, jak zawsze.

Hanna idzie ogrodową ścieżką, otacza ją bujna zieleń. Można się w niej ukryć, schować, utonąć. Przez lata wszystko tutaj sadziła, wybierała rośliny, patrzyła, jak się rozrastają. Wiele drzew i krzewów posadzili dziadkowie, potem ona z rodzicami. Oni odeszli, ale to, co zasadzili, pozostało. Przystaje przed jednym z drzew. Tę jabłonkę posadziły z Janką i Lilką, kiedy Lilka miała trzy lata. Jabłka okazały się wyjątkowo smaczne, a Lilka zawsze mówiła, że to jej ukochane drzewo. Janka i Hanna też miały swoje drzewo. Jej ojciec pomógł im je posadzić, kiedy miały po osiem lat. Podchodzi do starego kasztanowca rosnącego obok płotu. Bardzo rozrósł się przez te wszystkie lata. Hanna dotyka z czułością pnia. Stoi tak przez dłuższą chwilę i ma wrażenie, że czuje bijącą od niego siłę.

Po drodze zagląda jeszcze do ogrodowej szopy, zerka na stary stół i przesuwa ręką po chropowatym blacie. Jakiś czas temu zaczęła go czyścić, ale teraz nie wie już, czy zdąży go odnowić. Jej wzrok pada na starą mapę, na której zaznaczyła kiedyś kilka miejscowości. Myśli o tamtym liście, który znalazła dawno temu w rzeczach ojca, a także o tym, dokąd je wtedy ten list zaprowadził. Okazało się, że to miało znaczenie dla nich obu, bo sporo zmieniło w ich życiu. I w jej, i w Janki. Chyba obie się tego nie spodziewały. Chciała tam pojechać raz jeszcze, wrócić po dawnych śladach w te same miejsca. Wszystko dokładnie obmyśliła, stworzyła plan podróży, której być może już nie odbędą.

Podchodzi do płotu i odgarnia zielone gęste pnącza. Wyjmuje z kieszeni kluczyk, ten sam, który po raz pierwszy trzymała w dłoni jako siedmiolatka. Czasami nie może uwierzyć, że od tego czasu minęło prawie siedemdziesiąt lat. Otwiera skrzynkę i wrzuca do niej list. Na ich kasztanowcu siedzi gawron. Hanna przygląda mu się przez chwilę, jak czyści czarne pióra. W końcu gawron kracze kilka razy i podrywa się do lotu.

Rozdział 1

JOANNA

Patrzę na migający kursor w edytorze tekstu. Odmierza czas jak tykająca bomba. Biel wirtualnej kartki jest czysta niczym śnieg i równie przejmująca chłodem. Wzdycham i odwracam twarz do okna, żeby oderwać na chwilę wzrok od ekranu i irytującego migotania kursora, od tej obezwładniającej pustki i bieli.

Widzę w dole, po drugiej stronie płotu, postać ubraną w jaskraworóżowy dres. To ta starsza sąsiadka. Wcześniej jej dom miesiącami stał pusty, ale teraz wróciła. Unikam jej, zamieniłyśmy może parę słów od tych kilku tygodni. Kobieta podchodzi do skrzynki. Tej dziwnej czerwonej skrzynki, którą ktoś zaczepił na płocie oddzielającym nasze podwórka.

Odkryłam ją niedługo po przeprowadzce, jakieś dziesięć miesięcy temu. Czerwień przebijała spod pnączy, którymi porośnięty jest płot. Odgarnęłam je i zobaczyłam, co tam jest. I zdziwiłam się. Skrzynka pocztowa w takim miejscu? Po co ktoś ją tutaj umieścił? Skrzynka jest duża, stara, nieco pordzewiała, z białym napisem POCZTA. Wygląda trochę jak nadawcza skrzynka pocztowa z PRL-u.

Patrzę, jak podchodzi do niej Kobieta w Różu – tak nazywam sąsiadkę, bo nie znam nawet jej imienia, a nigdy nie widziałam jej w ubraniu w kolorze innym niż jakiś odcień różu. Chyba coś tam wrzuca. Mrużę oczy i wydaje mi się, że dostrzegam kopertę. A może to jednak tylko złudzenie? Po co miałaby coś wrzucać do tej starej skrzynki?

Teraz widzę, jak Kobieta w Różu podchodzi do furtki. Podbiega do niej mały, czarny kudłaty piesek, trochę w typie hawańczyka. Piesek już drepcze w miejscu podekscytowany spacerem, kiedy kobieta przypina mu smycz. Wiem, że zaraz znikną na ścieżce prowadzącej nad jezioro i do lasu. Wrócą za jakąś godzinę. Potem przez kolejną godzinę kobieta będzie pracować w ogrodzie. Światła w jej domu zgasną jakiś kwadrans po dwudziestej drugiej.

Wstanie około szóstej i uniesie rolety w oknie kuchni. Zje śniadanie i wyjdzie z psem. Na zakupy chodzi w środy i w piątki w południe. Dwa razy w tygodniu odwiedza ją starszy mężczyzna, może to jakiś krewny? Zawsze wtedy opuszczają rolety w oknach, co jest dla mnie pewną zagadką. Sporo o niej wiem, mimo że nie znam nawet jej imienia. Nie, nie jestem wariatką (choć uczciwie mówiąc, co do tego czasem mam pewne wątpliwości) ani stalkerką. Jestem pisarką (czyli jednak trochę wariatką) i jak większość pisarzy całkiem niezłą obserwatorką. Poza tym ostatnio kiepsko sypiam. I mam zastój twórczy, więc dość często wyglądam przez okno.

Wracam wzrokiem do ekranu. W głowie mam pustkę. Wydaje mi się, że nigdy nie skończę tej książki, chociaż zostało mi tylko kilka rozdziałów. Ale ten dwunasty okazał się krytyczny. Utknęłam i nie mogę ruszyć z miejsca, tym bardziej że do kryzysu twórczego doszło coś jeszcze: ściskam skronie, które pulsują bólem. To pokłosie przedwczorajszej imprezy urodzinowej. Zachciało mi się świętować… Ale to były ostatnie urodziny z trójką z przodu, więc uznałam, że okazja jest niezła. Sięgam po tabletkę przeciwbólową i popijam ją wodą. Co mnie podkusiło, żeby tyle pić? Przecież nawet nie przepadam za alkoholem. Chyba liczyłam na chwilę zapomnienia. I fakt, dostałam ją. Za to teraz mam dwa dni przypomnienia o bolesnej rzeczywistości. Kiepski interes.

Kiedy odstawiam szklankę, słyszę dźwięk powiadomienia w komunikatorze. Dostałam wiadomość od Igi. Wyjechała przedwczoraj po południu. Mieszka daleko, więc pewnie nie zobaczymy się zbyt szybko. Już za nią tęsknię.

Iga: I jak tam? Lepiej się czujesz?

Wstukuję odpowiedź:

Joanna: Trochę lepiej. Już nie czuję się, jakby ktoś rozłupywał mi czaszkę siekierą, a jedynie dźgał śrubokrętem. Może jutro mi przejdzie.

Iga: Nieźle sobie poświętowałyśmy, co? :D To była noc!

Joanna: Wystarczy mi na co najmniej kolejny rok. Albo i dwa. ;) Może nawet pięć.

Iga: Za rok masz okrągłe urodziny, trzeba poświętować podwójnie! Nie odpuszczę Ci!

Wymieniamy jeszcze kilka wiadomości. Znów zerkam na plik tekstowy i nietknięty kolejny rozdział. Termin upływa za tydzień, więc na pewno nie zdążę. Nienawidzę nie dotrzymywać słowa i nie lubię, kiedy ktoś inny go nie dotrzymuje. Do tej pory jeszcze się łudziłam, że jakoś się sprężę, ale teraz już wiem, że nie dam rady. Muszę napisać do redaktora. Potrzebuję jeszcze dodatkowego tygodnia, może dwóch. O ile oczywiście uda mi się dziś czy jutro odblokować. To ta bardziej optymistyczna wersja.

Otwieram pocztę, żeby wysłać maila. Nie lubię pisać do mojego redaktora, bo co prawda zawsze jest uprzejmy, ale równocześnie bardzo poważny, rzeczowy i oschły. Jego odpowiedzi są zwięzłe i bezosobowe. Zawsze podpisuje maile „z poważaniem”, nigdy nie używa żadnych emotikonów i mam wrażenie, że mnie nie lubi. Ale może po prostu taki już jest. Albo nie ma czasu zbytnio wczuwać się w korespondencję. Nie jestem pewna, jak jest, jednak czasami wydaje mi się, jakbym pisała z botem. Wiele razy przez tych kilka lat współpracy próbowałam nawiązać z nim chociaż śladową więź, ale bezskutecznie. Rzucałam jakieś luźne pytanie czy żart, ale nie było żadnej reakcji. Pełna powaga. Był jak skała. W końcu dałam za wygraną. Nie musieliśmy się przecież lubić, nawiązywać żadnej więzi ani tym bardziej zaprzyjaźniać. Sama nie wiem, czemu się tak uparłam, żeby trochę przełamać lody. Po prostu byłoby miło, gdyby czasem napisał chociaż „pozdrawiam” (nawet bez „serdecznie”) albo życzył miłego dnia (nawet nieszczerze). Czy naprawdę tak wiele oczekuję? Jakiś czas temu dałam już sobie jednak spokój, po prostu odpuściłam. Tylko zwięzłość i rzeczowość. Tak jak lubi. Nie będę już zabierać mu czasu.

Iga znów coś pisze. Klikam, żeby odczytać.

Iga: A jak tam książka? Ruszyło coś?

Joanna: Na razie słabo. Muszę przełożyć termin.

Znów otwieram pocztę i wybieram maila redaktora. Panie Michale, zaczynam i napominam się w duchu: Tylko pamiętaj, rzeczowo i zwięźle, nie rozpisuj się. Dasz radę!

W dole ekranu miga mi wiadomość od Igi. Przełączam okna.

Iga: Ale mówiłaś, że już niewiele zostało. To znaczy, że już prawie dochodzisz? ;) :D Już jesteś blisko, co? :D

Cała Iga i te jej seksualne aluzje. Kiedyś mnie to trochę męczyło, ale już przywykłam. Teraz zazwyczaj mnie to nawet śmieszy. Chyba nie mam zbyt wyrafinowanego poczucia humoru. Przy końcu książki Iga zawsze pyta mnie, czy już aby nie dochodzę. Wszystko wzięło się z tego, że kiedy przy mojej drugiej książce zapytała mnie, na jakim etapie jestem, ja przez pomyłkę odpisałam, że już „szczytuję” zamiast „sczytuję”. Iga oczywiście musiała to podchwycić. Często popełniam niefortunne literówki i pomyłki w mailach i wiadomościach, a słownik czasami dodatkowo to podkręca. I „dziwki” zamiast „dzięki” jest jedną z tych mniej kompromitujących zmian. Za to Iga to uwielbia i zaśmiewa się do łez z tych moich wpadek. Przed wysłaniem czegokolwiek zazwyczaj sprawdzam kilka razy, bo już nieraz popełniłam jakąś gafę. Teraz odpisuję jej w podobnym tonie, bo to taki nasz rytuał. Dodaję też kilka wymownych wykrzyknień. Zastanawiam się, czy nie dorzucić jeszcze kilku onomatopei, ale to już chyba byłaby lekka przesada.

Joanna: O tak, już dochodzę! Jeszcze chwilka! Ach, uch, och!

Klikam „wyślij”, minimalizuję okienko i włączam muzykę. Iga coś długo nie odpisuje, więc dodaję:

Joanna: A tak naprawdę to nie wiem, kiedy to skończę. Chyba mam jakiś kryzys. Myślę, czyby tego nie rzucić w cholerę.

Iga: Nie wierzę. Pisanie to Twoja pasja, Aśka, pamiętasz? Poza tym rzucasz to w cholerę średnio raz na tydzień. ;)

Już mam odpisać, że tym razem to chyba coś poważniejszego, kiedy zauważam, że coś tu nie gra. Moja poprzednia wiadomość. Nie ma tu jej. Nie wysłałam czy… W mojej głowie pojawia się przerażająca myśl. W popłochu otwieram pocztę i patrzę na wysłane wiadomości. Jest tam mail sprzed kilku minut. Mail, którego nie zdążyłam wysłać i którego nie dokończyłam. A przynajmniej tak mi się wydawało… Klikam z bijącym sercem. Początek maila jest taki, jak pamiętam. Sęk w tym, że jest coś jeszcze. Kiedy odczytuję treść, czuję, jak policzki płoną mi ze wstydu.

Panie Michale

O tak, już dochodzę! Jeszcze chwilka! Ach, uch, och!

– O cholera… Nie, nie, nie… – mruczę pod nosem i wciągam gwałtownie powietrze. Nie. To nie mogło się stać. Jeszcze raz patrzę na maila. A jednak. Rzeczywiście wyszła bardzo rzeczowa i zwięzła wiadomość. Sam konkret. Brawo, Joanno! Staram się uspokoić oddech w obawie przed hiperwentylacją. Dobrze, że nie pokusiłam się o żadną onomatopeję… Może da się to jeszcze jakoś cofnąć? Wiem, że jest taka opcja w mailu. Specjalnie sobie kiedyś opóźniałam wysyłkę maili w ustawieniach, znając własne możliwości. Ale jest już za późno. Minęło zbyt dużo czasu. Co ten człowiek sobie o mnie pomyśli? I to akurat musiało trafić na mojego sztywnego i poważnego redaktora. Zastanawiam się, czy nie napisać, żeby tego nie czytał, po prostu skasował. Ale pewnie i tak by tam zajrzał. Ja na pewno zrobiłabym to z czystej ciekawości i z tym większym zainteresowaniem, nawet gdybym się do tego nie przyznała. Chociaż on jest chyba inny niż ja, więc może byłaby szansa… Zbieram się, żeby napisać przeprosiny i wyjaśnienie, ale ze zgrozą zauważam, że już po chwili przychodzi odpowiedź. Może to i lepiej. Moje cierpienie będzie krótsze. Biorę kilka głębszych oddechów. Liczę do dziesięciu. Zamykam oczy. Otwieram. Klikam.

Pani Joanno,

cieszę się Pani szczęściem. Na zdrowie! :) (aczkolwiek nie jestem pewien, czy rzeczywiście chciała Pani się tym ze mną podzielić, czy jednak pomyliła Pani okienka).

A jak tam książka? Tu też zbliżamy się do finału? ;)

Pozdrowienia!

Michał Jesień

To pierwszy mail, który nie jest tak bezosobowy, oschły i oficjalny jak zawsze. Może jednak facet nie jest botem? Ma chyba nawet jakieś poczucie humoru. Mnie jednak nie jest akurat do śmiechu. Może za jakiś czas będę się z tego śmiać, ale w tej chwili nie jestem na to jeszcze gotowa. Odpisuję szybko, a przed wysłaniem sprawdzam kilka razy. Na wszelki wypadek.

Panie Michale,

bardzo przepraszam! Te słowa nie miały być skierowane do Pana, tylko do znajomej. Zresztą to nie to, na co wygląda! To tylko głupi żart. Niech Pan o tym zapomni. Proszę. Rzeczywiście pomyliłam okienka. Kliknęło mi się niechcący nie tam, gdzie trzeba. Potwornie mi głupio.

Tak naprawdę chciałabym prosić o przedłużenie o tydzień–dwa terminu oddania tekstu. Jednak nie zdążę niestety wcześniej.

Pozdrawiam serdecznie

Joanna Zagórska

Następny mail jest już taki jak zwykle. Zwięzły, rzeczowy i bezosobowy, bez żadnych emocji. Tym razem mnie to cieszy. Na szczęście. Stary, dobry redaktor bot Michał.

Pani Joanno,

oczywiście. Przesuniemy termin. Tydzień, dwa nie będzie stanowić problemu.

Z poważaniem

Michał Jesień

Nawet daruję sobie zastanawianie się, czy w tej oschłej odpowiedzi nie ma ukrytej nuty dezaprobaty i zarzutu, że jednak nie wywiązałam się z deklarowanego terminu. I czy brak nawiązania do poprzedniego maila wynika z głębokiego zażenowania, czy jednak z chęci oszczędzenia mi dalszych kompromitacji. A jednak to właśnie robię! Zastanawiam się. Dlaczego poważny ton, zwięzłość i brak głupich emotikonek od razu wzbudza moje wątpliwości?

Przestań wszystko analizować! – napominam się.

Kiedy udaje mi się już trochę ochłonąć, wysyłam wiadomość do Igi:

Joanna: Uduszę Cię! Przez te Twoje głupie teksty popełniłam kolejną gafę. Tym razem naprawdę potężną.

Iga: Będzie w pierwszej piątce moich ulubionych? :D

Joanna: Myślę, że ta plasuje się obecnie na pierwszym miejscu.

Iga: To już mnie zżera ciekawość! :D Pisz! Co tym razem?

Zamiast tłumaczeń wysyłam jej screena z treścią dwóch poprzednich maili. Nigdy nie wysyłam nikomu treści cudzych wiadomości, ale tym razem robię wyjątek. Po chwili na ekranie wyświetla się odpowiedź od Igi. Kilka emotikonek „płaczących ze śmiechu”.

Iga jest psycholożką. Prowadzi sesje, szkolenia i wykłady, a także czasami próbuje nakierować mój tok myślenia na mniej autodestrukcyjny. Ale ja jestem trudnym przypadkiem. Od lat cierpię na zaburzenia lękowe. Lęk towarzyszył mi od zawsze w ilościach ponadprzeciętnych. Od najwcześniejszych lat był moim dobrze znanym towarzyszem. Niepokój, zamartwianie się. Czarne myśli i scenariusze. Długo myślałam nawet, że każdy tak ma. To nieustanne lekkie ściskanie w żołądku, napięcie i myśli w stylu: „A co, jeśli to, a co, jeśli tamto”. Trudności z odpoczynkiem i relaksem, cały czas nieokreślony strach jeśli nie na pierwszym planie, to jednak zawsze gdzieś w tle jak ta straszna muzyka w filmie, która przepowiada coś złego. Byłam trzy razy na terapii (chociaż na dwóch bardzo krótko, więc może powinnam jednak liczyć tylko jedną), przeczytałam mnóstwo książek psychologicznych, przesłuchałam dziesiątki podcastów, innymi słowy, zdobyłam pewną wiedzę na ten temat. Różnica polegała na tym, że Idze udaje się większość takiej wiedzy wprowadzić w życie, a ja tylko kolekcjonowałam informacje, większości nie wykorzystując w praktyce. Co oczywiście było tylko kolejną ucieczką. Tak jak wtedy, kiedy zbyt długo przygotowujesz się, żeby zacząć coś robić, żeby tylko nie zaczynać tego robić. Boję się, że Iga zaraz ruszy z uświadamianiem mnie tą psychologiczną gadką.

Iga: A właśnie… Pamiętasz swoją urodzinową deklarację?

Próbuję zgadnąć, co może mieć na myśli, ale nie mam pojęcia.

Joanna: Urodzinową deklarację?

Iga: A więc nie pamiętasz. Chociaż może nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę Twój stan tamtej nocy… Masz to w trzeciej szufladzie biurka. Sama to napisałaś (no, może z moją maleńką pomocą, kiedy za bardzo Ci drżała ręka… :D). Byłaś wtedy już nieźle pijana, więc myślę, że to było szczere. ;) Zawsze jesteś wtedy rozbrajająco szczera. Przeczytaj to i przemyśl. Myślę, że fajnie byłoby to wprowadzić w życie. :) A tymczasem uciekam, bo jestem umówiona do kosmetyczki. Pa!

Ta jej ucieczka wydaje mi się podejrzana, więc przez chwilę z niepokojem wpatruję się w trzecią szufladę biurka, jakbym spodziewała się, że po jej otwarciu coś odgryzie mi rękę. Oczywiście mój mózg już zaczął opracowywać tysiące hipotez co do potencjalnej zawartości wspomnianej deklaracji. W końcu otwieram szufladę i znajduję niewielką kopertę. Zwykłą białą, których stosik leży obok. Ktoś nieco koślawo napisał: Dla Joanny. Rozpoznaję swoje pismo, choć rzeczywiście w chwili pisania musiałam mieć pewne problemy z koordynacją ruchową. No dobra. Po prostu tam zajrzę. Otwieram kopertę i wyjmuję kartkę. Wygląda na to, że napisałam list sama do siebie. Trochę straszne. Teraz patrzę na te słowa, jakby napisał je ktoś obcy.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel