Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Piękna córka szantażysty (ebook)
Zajrzyj do książki

Piękna córka szantażysty (ebook)

ImprintHarlequin
Data premiery2022-03-31
KategoriaEbooki
Liczba stron160
ISBN978-83-276-8468-4
Formatepubmobi
Tytuł oryginalnyVows in Name Only
TłumaczGrażyna Woyda
Język oryginałuangielski
EAN9788327684684
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Gregory Cole nie przebiera w środkach, by osiągnąć swoje cele. Szantażem zmusza bogatego Caina Farrella, by poślubił jego córkę Devon. Cain zgadza się, ale obiecuje, że uczyni z jej życia piekło. Devon szuka wyjścia z sytuacji. Nie wie, czy będzie w stanie sprzeciwić się ojcu, na dodatek Cain fascynuje ją jak żaden mężczyzna dotąd...

Fragment książki


- O czym ty, do diabła, mówisz? – warknął Cain Farrell, zrywając się z krzesła, na którym siedział w bibliotece ojca.
W bibliotece swojego zmarłego ojca.
Barron Farrell musiał umrzeć, by Cain przekroczył próg tego mauzoleum, w którym spędził upiorne dzieciństwo. Gdy tylko w wieku dwudziestu jeden lat ukończył studia, opuścił to miejsce i nie pojawił się nigdy więcej z okazji czyichś urodzin, Bożego Narodzenia, Wielkanocy ani choćby rodzinnej kolacji.
Wystarczyło mu to, że musiał spędzać z ojcem dwunastogodzinne dni pracy w siedzibie Farrell International, wielobranżowego koncernu należącego do jego rodziny od czterech pokoleń. Jedenaście lat wcześniej przysiągł sobie, że nigdy nie zaszczyci wizytą wyłożonych marmurami pomieszczeń historycznej rezydencji ojca w Beacon Hill.
Złamał tę obietnicę dopiero wtedy, gdy ojciec, jakby chcąc zrobić mu na złość, umarł na atak serca.
Zawsze był przewrotnym manipulatorem i łobuzem.
Cain zrobił kilka nerwowych kroków po lśniącym parkiecie, starając się nie patrzeć na eleganckie skórzane fotele ustawione wokół ogromnego kominka, ani na sięgające sufitu regały zastawione pierwszymi wydaniami arcydzieł literatury, których ojciec nigdy nie przeczytał.
Wiedział, że jeśli będzie oglądać to wnętrze zbyt długo, opadną go dręczące wspomnienia, które zawsze czaiły się groźnie w zakamarkach jego pamięci. I narażą go na takie same cierpienia, jakie przeżywał niegdyś przed tym samym biurkiem, za którym siedział teraz Daryl Holleran, osobisty doradca prawny ojca.
Cain nienawidził tego pokoju.
I całego tego przeklętego domu.
Opanował atak wściekłości i zatrzymał się przy wielkim wykuszowym oknie, ale nie po to, by podziwiać należący do posiadłości otoczony murem ogród.
Jego uwagę pochłaniali dwaj siedzący w gabinecie milczący mężczyźni.
Dwaj obcy mężczyźni, których dotąd nie widział na oczy. Dwaj mężczyźni, których obecność podczas odczytywania testamentu Barrona okazała się konieczna.
Dwaj obcy mężczyźni, którzy według zapewnień Daryla byli braćmi Caina.
Przyrodnimi braćmi.
- Posłuchaj mnie, Cain – przemówił Daryl tak spokojnym głosem, jakby przed chwilą nie poinformował swojego rozmówcy o tym, że obracająca miliardami dolarów spółka, którą nauczono go zarządzać, nie jest jego własnością. – Wiem, że to zaskakujące…
Cain parsknął głośno, odwrócił się na pięcie i wcisnął pięści do kieszeni spodni.
- Zaskakujące? – powtórzył sarkastycznym tonem. – Zaskakujące jest to, że Wielki Papi wraca ze sportowej emerytury do drużyny Boston Socks. Zaskakujące jest to, że znaleziono w końcu zwłoki Jimmy’ego Hoffy. Zaskakujący byłby widok Czterech jeźdźców Apokalipsy galopujących przez środek miasta. A to, co mi powiedziałeś, Daryl, jest po prostu kupą gówna.
Daryl Holleran zachował niewzruszony wyraz twarzy. Nie przypadkiem był przez trzydzieści minionych lat prawnikiem Barrona Farrella.
Musiał mieć skórę słonia.
- Tak czy inaczej – ciągnął, wskazując leżący na biurku plik papierów – taka jest decyzja twojego ojca, który dokładnie podał wszystkie szczegóły. Kontrolny pakiet akcji Farrell International dziedziczą jego żyjący potomkowie, czyli ty i twoi bracia. Ale tylko pod warunkiem, że zostaniecie w Bostonie i będziecie wspólnie zarządzać firmą przez jeden rok, poczynając od dnia odczytania niniejszego testamentu.
Pod koniec tego okresu możecie jednogłośnie zdecydować się na jego przedłużenie. Jeśli nie podejmiecie takiej decyzji, ty, Cain, będziesz miał prawo odkupić od braci ich akcje i zostać jedynym właścicielem Farrell International. Jeśli któryś z was nie wyrazi zgody na te warunki, firma zostanie zlikwidowana, a jej majątek sprzedany w drodze przetargu. Istnieje jeszcze jedno zastrzeżenie…
- Mogliśmy się tego domyślać – mruknął Cain.
- Ono dotyczy ciebie. – Daryl przerwał, a Cain po raz pierwszy dostrzegł w jego oczach coś w rodzaju zażenowania. – Musisz spędzić tutaj następny rok. W tym domu.
Cain zastygł. Czuł, że jeśli drgnie lub choćby odetchnie, straci panowanie nad sobą, a kipiąca w nim wściekłość pochłonie cały gabinet wraz z obecnymi w nim ludźmi.
Barron nie tylko zadecydował w sposób arbitralny o jego przyszłości, lecz w dodatku skazał go na roczną katorgę.
- Dlaczego miałbym zrezygnować z mojego życia w Waszyngtonie i przenosić się tutaj tylko dlatego, że zażądał tego jakiś dupek, który posunął moją matkę? – spytał agresywnym tonem potężnie zbudowany, brodaty mężczyzna w czarnej flanelowej koszuli, wypłowiałych dżinsach i podniszczonych brązowych, sięgających do kostek butach, który, jak wynikało z introdukcji Daryla, miał na imię Achilles. – Ona nadała mi jego nazwisko, ale to wszystko, co od niego dostałem. Nie jestem mu nic winien.
Ani wam.
Achilles nie wypowiedział ostatnich słów głośno, ale zawisły one w powietrzu.
Cain zacisnął zęby. Zdał sobie sprawę, że dla tego człowieka nie ma żadnego znaczenia perspektywa rozpadu firmy, której on poświęcił tyle lat swojego życia. Dla której znosił kaprysy nietolerancyjnego i bezwzględnego ojca, marząc o dniu, w którym on stanie na jej czele.
Uważał ją za swoje dziedzictwo. Miała być nagrodą za to, że przetrwał i przeżył rządy ojca.
Ale Barron Farrell, pisząc ten testament, pozbawił go w jednej chwili wszystkich nadziei.
- Muszę przyznać, że gdy otrzymałem telefoniczne zaproszenie na to tajemnicze zgromadzenie, nie spodziewałem się rodzinnego spotkania – oznajmił chłodnym tonem drugi mężczyzna, Kenan Rhodes, wzruszając ramionami. – Ale zgadzam się z opinią Achillesa. Zajmuję ważne stanowisko w rodzinnej firmie, więc moi krewni uznaliby moje odejście za zdradę. Nie znałem Barrona Farrella, ale wiele o nim słyszałem. I szczerze mówiąc, nie widzę powodu, dla którego miałbym ulegać jego woli.
Cain przyjrzał się uważnie nieznanym mu dotąd mężczyznom.
Żaden z nich nie budził jego sympatii. Obaj mieli niebieskie oczy typowe dla członków tej rodziny, ale poza tym nie byli do siebie – ani do niego – podobni.
Cain i Kenan byli szczupli i dobrze zbudowani, natomiast Achilles wyglądał jak gigantyczny obrońca drużyny futbolowej. A w dodatku miał długie do ramion ciemne kręcone włosy, ciemną brodę i ciemną karnację, więc zdecydowanie różnił się aparycją od innych potomków Brada i Angeliny.
Cain nie był zaskoczony tym, że ojciec zdradzał żonę. Jego niewierność była rodzinną tajemnicą. Zdumiała go jednak treść testamentu Barrona.
Nie potrafił zrozumieć powodów, dla których tak wyrachowany i przewidujący człowiek był gotów powierzyć los firmy dwóm nieznanym sobie ludziom.
A może Barron przez cały czas śledził potajemnie poczynania swoich nieślubnych synów, ale przywołał ich na scenę wydarzeń dopiero wtedy, gdy uznał to za stosowne? – pomyślał Cain. Kiedy mógł traktować nas wszystkich trzech jak pionki na szachownicy.
Owszem, to pasowałoby do jego charakteru.
- Nie oczekuję waszej lojalności ani o nią nie proszę – oznajmił, starając się zachować spokojny ton, choć odczuwał zmieszaną z lękiem wściekłość. – Zdaję sobie sprawę, że każdy z was ma własne życie. Ale moje życie zmieni się od dziś w sposób nieodwracalny. Odkryłem, że mam dwóch braci, a w dodatku dowiedziałem się, że przedsiębiorstwo, któremu poświęcałem całą swoją energię, nie jest moją własnością, lecz zależy od woli dwóch ludzi, którzy, jak sami powiedzieliście, nie mają wobec mnie żadnych zobowiązań. Owszem, wy możecie stąd wyjść i nic w waszym życiu się nie zmieni. Ale w moim zmieni się wszystko. Ja nie mogę odwrócić się na pięcie i odejść. Ja nie mam…
Chciał powiedzieć: Prawa dziedziczenia. Kontroli. Władzy. Prawa głosu, ale słowa uwięzły mu w gardle.
Nie zamierzał błagać tych obcych ludzi ani o zrozumienie, ani o pomoc.
Poczuł nagły przypływ nienawiści do ojca, który najwyraźniej – świadomie i celowo – naraził swojego syna na tak upokarzającą sytuację.
- Niech to wszyscy diabli! – mruknął, a potem podszedł szybkim krokiem do drzwi.
Potrzebował powietrza, by uspokoić skołatane nerwy.
Gdy znalazł się w holu, usłyszał dochodzące z wielkiej jadalni i sali bankietowej odgłosy uroczystego przyjęcia wydanego na cześć zmarłego ojca.
Skrzywił się z niesmakiem, zawrócił i ruszył w kierunku wyjścia do ogrodu. Zdawał sobie sprawę, że w obecnym nastroju nie zniesie mniej lub bardziej szczerych kondolencji, którymi zasypią go zgromadzeni goście.


ROZDZIAŁ DRUGI

Devon Cole podziwiała soczystą zieleń roślinności, wspaniale utrzymane trawniki i piękne żywopłoty tworzące labirynt romantycznych zaułków. Nigdy by się nie domyśliła, że tak cudowny magiczny ogród może być ukryty za posępną fasadą rezydencji, która przypominała do złudzenia mauzoleum.
Westchnęła i zerknęła na trzymany w ręku trzeci kieliszek wina.
Spotkała Barrona Farrella tylko kilka razy, podczas imprez towarzyskich, w których uczestniczyła na wyraźne polecenie ojca. Uznała jednak, że powinna okazać zmarłemu odrobinę szacunku choćby po to, aby sprawić przyjemność jego synowi.
Na wspomnienie Caina Farrella poczuła ucisk w piersi. Ujrzała go po raz pierwszy dopiero przed godziną. Nie było w tym nic dziwnego, ponieważ unikała jak ognia charytatywnych bali, bankietów i galowych imprez, które tak uwielbiał jej ojciec.
Usiadła na jednej z marmurowych ławek ustawionych w zacienionych zakątkach ogrodu i zamknęła oczy. Uczestniczyła w długim nabożeństwie żałobnym, odprawianym w katolickiej świątyni, a także w pogrzebie, podczas którego ujrzała po raz pierwszy Caina Farrella. Łatwo było go zauważyć, bo górował wzrostem nad większością zgromadzonych żałobników.
Mimo poważnej twarzy wydał jej się... zachwycający. Miał regularne rysy, wyraźnie zarysowane usta i lekko wysuniętą szczękę. Znakomicie skrojony ciemny garnitur podkreślał szerokie ramiona, szeroką klatkę piersiową, szczupłe biodra i długie nogi. Przypominał jej pełnego godności monarchę gotowego w każdej chwili włożyć zbroję, chwycić za broń i walczyć na czele swych żołnierzy.
Emanowała z niego brutalna siła, nawet bezwzględność, ale wrażenie to łagodziły częściowo gęste lekko kręcone włosy sięgające niemal kołnierza marynarki…
Zawstydziła się własnych myśli i wróciła do rzeczywistości. Cain Farrell opłakiwał śmierć ojca, a ona podziwiała jego urodę w taki sposób, jakby był Najprzystojniejszym Miliarderem Roku, wybranym przez redakcję popularnego magazynu.
Może ojciec ma rację, twierdząc, że nie umiem się zachować, więc nie powinien mnie zabierać na żadne imprezy towarzyskie, pomyślała ze smutkiem.
Poczuła bolesne ukłucie w sercu i odruchowo przycisnęła dłoń do piersi. Żyła w świecie bogactwa już od dziesięciu lat, ale nadal czuła się w nim obco.
Nie zmieniły tego stanu rzeczy ani lekcje savoir-vivre’u, ani zakupy w najbardziej wykwintnych magazynach damskiej garderoby.
Wiele oddałaby za to, by porzucić rezydencję na Beacon Hill, a nawet Boston, i wrócić do starego rodzinnego domu w Plainfield, w stanie New Jersey. Jedną część bliźniaka zajmowała ona z rodzicami, a drugą jej wuj, ciotka i trójka kuzynów. Cały budynek tętnił życiem, a wszyscy członkowie rodziny biegali między swoimi mieszkaniami, czemu towarzyszyło trzaskanie drzwi i wybuchy głośnego śmiechu.
W tym domu panowało szczęście.
Potem jej matkę zaczęły dręczyć ataki kaszlu, a ponieważ nie chciała wybrać się do lekarza, umarła wkrótce na zapalenie płuc. Ojciec wyładowywał ból i bezsilny żal, gorączkowo rozbudowując należącą do niego sieć sklepów z elektroniką, które sprzedał później potężnej firmie, a następnie zainwestował w technologię przemysłu obronnego i stał się człowiekiem obrzydliwie bogatym.
Uznał wtedy, że Plainfield jest miasteczkiem zbyt prowincjonalnym dla niego i dla córki, więc nie zwracając uwagi na jej protesty, przeniósł ich oboje do Bostonu, aby podejmować nieudane próby przeniknięcia do elity towarzyskiej.
Właśnie dlatego zmusił Devon do udziału w pogrzebie Barrona Farrella. Nie potrafił zrezygnować z okazji do bratania się z celebrytami, wpływowymi biznesmenami i znanymi osobistościami. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że nie on jeden traktował pogrzeb słynnego miliardera jako atrakcję towarzyską.
Westchnęła ponownie, wzięła swoją szklankę i wstała z ławki. Wiedziała, że jeśli nie wróci na przyjęcie, ojciec zacznie się za nią rozglądać i udzieli jej stosownej reprymendy. Ze smutkiem wspominała czasy, w których jego ciemne oczy rozjaśniały tylko rozbłyski przywiązania, miłości i dumy. Wtedy był jeszcze idealnym mężem i ojcem, zadowalającym się posiadaniem dwóch sklepów.
Dopiero śmierć żony zmieniła jego charakter i wzniosła mur między nim a córką.
Devon wróciła na ogrodową ścieżkę i niechętnie ruszyła w kierunku rezydencji.
- Niech to szlag trafi!
Zanim zdążyła się zastanowić, do kogo należy przepojony wściekłością głos, ujrzała mężczyznę, który wypadł zza żywopłotu i zatrzymał się od dwa kroki od niej.
To nie był jakiś mężczyzna.
To był Cain Farrell.
Z całej jego postaci emanowała wściekłość. Nie, nie wściekłość. Furia. Przypominał drapieżnika czekającego na zdobycz, którą zamierzał zaatakować i pożreć.
Nie chciałabym być tą ofiarą, pomyślała, nadal nie mogąc oderwać od niego oczu. Nawet jeśli jest on niewiarygodnie seksowny.
- Kim pani jest? – spytał, a ona wyczuła w jego głosie posmak letniej nocy, najdroższej whisky i ciemnej czekolady.
- Ja? – wykrztusiła, nie mogąc oderwać wzroku od jego oczu. Na cmentarzu nie była w stanie określić ich barwy, a teraz przekonała się, że są błękitnoszare.
Oczy wilka. Które o dziwo nie budziły w niej lęku, tylko zdumiewające podniecenie.
- Jestem Devon – oznajmiła, wyciągając do niego rękę, którą po sekundzie namysłu objął mocnym uściskiem swoich długich palców.
Czując na sobie jego badawczy wzrok, nie musiała się domyślać, co on widzi. Widział to co wszyscy. Niewysoką młodą kobietę o nazbyt pełnych kształtach i niewartych zapamiętania rysach twarzy.
Jej największą ozdobą były odziedziczone po matce gęste, lekko rudawe włosy, które teraz były upięte na czubku głowy.
Wiedziała, że nie jest pięknością, a on z pewnością umawiał się z gwiazdami, których twarze mogła znać tylko z ekranu i okładek kolorowych magazynów, ale nie zamierzała się tym przejmować.
- Co pani tu robi, Devon? – spytał głosem, który ponownie wzbudził w niej dreszcz podniecenia. – To przyjęcie odbywa się we wnętrzu, w sali jadalnej i bankietowej. Goście nie mają prawa wstępu do innych zakątków posiadłości.
- Bardzo przepraszam, musiałam przeoczyć znaki zakazu... – Urwała, zdawszy sobie sprawę, że mówi głupstwa. – To znaczy wiem, że ich nie ma, choć w tak wielkiej rezydencji może powinny być. Albo przynajmniej dyskretne tabliczki, takie, jakie wiesza się na drzwiach toalet… Co ja wygaduję?
Potrząsnęła głową i wypiła spory łyk wina.
- Zawsze ograniczam się do dwóch kieliszków, a dziś nie wiem dlaczego piję trzeci. Ale pan przed chwilą głośno przeklinał, więc pewnie kropla alkoholu jest panu potrzebna bardziej niż mnie.
Zdając sobie sprawę, że zachowuje się jak wariatka, wcisnęła mu do ręki swój kieliszek, a on, nie odrywając od niej wzroku, wypił z niego spory łyk, a potem wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu.
- Miałaś rację – mruknął. – Bardzo tego potrzebowałem. Dziękuję.
- Nie ma za co. – Oderwała wzrok od jego oczu i odzyskała nagle pewność siebie. – Byłam tak przejęta koniecznością powrotu do tego piekła, że nie złożyłam ci kondolencji.
- Co masz na myśli, mówiąc o powrocie do piekła?
Devon uśmiechnęła się z niesmakiem i wzruszyła ramionami.
- Nie chcę nikogo dotknąć, ale piekłem wydaje mi się to przyjęcie. Nie znoszę tłumnych zgromadzeń, ale tutaj czuję się fatalnie. Pochodzę z licznej, hałaśliwej włoskiej rodziny, więc jestem przyzwyczajona do posiłków, podczas których wszyscy śmieją się i plotą, co im ślina na język przyniesie. Ale w tej sali… nikt nie wspomina o twoim ojcu, nikt o nim nie myśli. Nie czuje się smutku z powodu utraty ukochanej osoby. Słychać wybuchy śmiechu, ale to nie jest śmiech przez łzy. Uciekłam, bo panująca tam atmosfera wydała mi się… koszmarna.
Opuściła wzrok i przygotowała się na ripostę. Na ironiczny uśmiech, którym ojciec kwitował wszystkie jej próby wyrwania się spod jego nadzoru.
Cain przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu. Miał tak nieprzeniknioną minę, że nie potrafiła nic odczytać z jego twarzy. Doszła do wniosku, że jej wypowiedź była nietaktowna i otwierała właśnie usta, aby za nią przeprosić, kiedy Cain mruknął:
- Dziękuję ci, Devon.
- Za co?
- Za odwagę mówienia prawdy, która nie jest przyjemna – odparł z lekkim uśmiechem. – I za to, że zapewniłaś mi chwilę odpoczynku od mojego własnego piekła. Nawet nie wiesz, jak bardzo to doceniam.
Niespodziewanie uniósł rękę i przesunął dłonią po jej policzku. Zastygła, a on odwrócił się na pięcie i zniknął równie niespodziewanie, jak się pojawił.
Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że dostrzegła w jego oczach błysk zainteresowania. Ale natychmiast uświadomiła sobie, że musiało to być złudzenie wywołane przez nagły przypływ pożądania.
Przestań wiązać z tym człowiekiem jakiekolwiek nadzieje, skarciła się w duchu. Przecież jest mało prawdopodobne, żebyś jeszcze go spotkała.


Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.

Dbamy o Twoją prywatność


Sklep korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zamknij
pixel