Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Pod jednym dachem / Drugie życie w Irlandii
Zajrzyj do książki

Pod jednym dachem / Drugie życie w Irlandii

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2102-6
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329121026
Tytuł oryginalnyBound by Her Baby RevelationRavelli's Defiant Bride
TłumaczPrzemysław PrzychodniakDorota Viwegier-Jóźwiak
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-01-13
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Pod jednym dachem" oraz "Drugie życie w Irlandii", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Gdy Kaya wraca do domu na przedmieściach Vancouver, zastaje w nim nieznajomego. Jest nim Leo, któremu jej przybrana matka zapisała ten dom. Kaya nie wiedziała o jego istnieniu, a Leo, wychowany w sierocińcu, nigdy nie poznał matki. Pełen żalu, nie chce tego dziedzictwa i przyjechał tylko po to, by sprzedać posiadłość. Nie chce też słuchać Kayi, która tak lubiła jego matkę. Niestety z powodu śnieżycy niezręczna sytuacja mieszkania pod jednym dachem przedłuża się, a wzajemna niechęć nieoczekiwanie przeradza się w palące pożądanie…

Znany bankier Claudio Ravelli dowiaduje się, że jego zmarły ojciec miał drugą rodzinę w Irlandii. Nie chce, by media dowiedziały się o skandalu. Jedzie do Irlandii, by wyciszyć sprawę bez względu na koszty. Na miejscu jednak okazuje się, że nie będzie to takie proste. Przyjdzie mu zmierzyć się z pełną temperamentu Bellą Brophy, która ma własny pomysł, jak zadbać o interes przyrodniego rodzeństwa…

Fragment książki

Zmarznięta i śmiertelnie zmęczona po cichu weszła do domu. Zimowy chłód z łatwością przenikał przez kolejne warstwy ubrań, szczypał w policzki i, pomimo ciepłych butów i rękawiczek, w dłonie i stopy. Kaya nie spała od dwudziestu czterech godzin i jedyne, czego pragnęła, to rzucić się na łóżko i przespać sto lat.

W holu świeciło się światło. Czyżby zapomniała je zgasić? Zanim dwa miesiące temu wyjechała z Kanady do Nowej Zelandii, zrobiła listę rzeczy, o których nie chciała zapomnieć. Mało prawdopodobne, by wpisała na nią zgaszenie światła. Może to jej sąsiadka, pani Simpson, która miała klucze do jej domu, przyszła sprawdzić, czy wszystko w porządku i zapomniała je wyłączyć?

Mało ją to obchodziło. Myślała jedynie o śnie. Rzuciła na ziemię walizkę, płaszcz i buty. Przeciągnęła się i ruszyła po schodach na górę. Dzięki uprzejmości i hojności Anne, Kaya mieszkała w tym domu od trzech lat i znała go jak własną kieszeń.

Jakoś udało jej się pogodzić studia z dorywczą pracą. Gdy bez oszczędności i pracy wróciła z dyplomem w dłoni do domu, wynajęcie mieszkania było poza jej zasięgiem. Byłoby dużo łatwiej, gdyby jej matka wciąż wynajmowała ich mieszkanie w centrum. Tyle że Katherine Hunter sześć lat temu ulotniła się ze świeżo poślubionym mężem do Nowej Zelandii. Proszenie jej o cokolwiek było ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę.

Po latach wypełnionych rozczarowującymi związkami z bogaczami, którzy kompletnie się nią nie interesowali, matka w końcu znalazła swój ideał. Nie było mowy, by prosząc o przysługę, Kaya miała sprawdzić siłę jej związku. Poza tym matka nie miała swoich pieniędzy, a jej przemiły i ekstrawagancki mąż nie miał żadnych powodów, by pomagać pasierbicy, której prawie nie znał. Tak więc oferta darmowego wynajmu, którą otrzymała od Julie Anne, była jak manna z nieba.

Idąc na górę, przystanęła na chwilę i z trudem powstrzymała łzy. Jak to możliwe, że ta co prawda starsza już, ale wciąż w pełni zdrowia i w świetnej formie dobra kobieta, mogła tak po prostu umrzeć bez ostrzeżenia?

Była w pracy, gdy odebrała telefon z ośrodka, że Julie Anne została zabrana do szpitala. Nie do małej, lokalnej lecznicy, ale do oddalonego o ponad godzinę drogi Vancouver. Jak zawsze w piątki, gawędząc i śmiejąc się, robiła obchód z kierowniczką Louise, gdy nagle po prostu upadła.

Kaya pognała do szpitala, by w tych ostatnich chwilach potrzymać przyjaciółkę za rękę i powiedzieć jej, jak bardzo ją kocha. Krótko potem życie, które zainspirowało tak wielu, zostało odebrane przez tętniaka.

Wydawało jej się, że nigdy nie przestanie płakać. Minęły tygodnie, zanim osuszyła łzy po stracie Julie Anne. Po przyjaciółce, której, jak niespodziewanie odkryła, nie znała nawet w połowie tak dobrze, jak jej się wydawało. Po jej śmierci wyszło na jaw wiele tajemnic, które mogła jedynie zaakceptować. Gdy się nad tym zastanowić, to czy kiedykolwiek mamy szansę naprawdę dobrze kogoś poznać? Porzuciła więc żal, że Julie Anne nie była otwartą księgą, za którą zawsze ją uważała i skupiła się na dobru, które ta wspaniała kobieta dla niej uczyniła.

Pomimo różnicy wieku Julie Anne była jej mentorką i najlepszą przyjaciółką. Poznały się, gdy matka Kayi dostała pracę i przeprowadziły się niedaleko Whistler, na północ od Vancouver. Miała wtedy zaledwie sześć lat, więc pamięta to jak przez mgłę. Wcześniej mieszkały na Alasce, skąd pochodził jej ojciec. Po jego śmierci wyemigrowały, a Julie Anne stała się częścią ich życia.

Opiekowała się Kayą i zastępowała jej matkę, gdy ta spędzała czas w towarzystwie kolejnego bogatego zalotnika. Katherine zawsze była dla Kayi bardziej kumpelą niż matką i nie zamierzała przedkładać opieki nad córką nad życie towarzyskie.

Po powrocie do Kanady, Katherine w ciągu kilku minut odświeżyła swoje dawne kontakty. Nie przeszkadzało jej, że wyjechała stąd ponad dziesięć lat temu. Szybko odkryła, że jeśli chodzi o opiekę nad dziećmi, to samotna i zaangażowana w życie lokalnej społeczności Julie Anne, jest świetnym wyborem. Ich losy splotły się tak mocno, że dla Kayi stała się bliższa niż matka.

Kaya odsunęła od siebie wspomnienia. Szybko i cicho weszła do sypialni. Zrzuciła z siebie resztki odzieży, zostając jedynie w koszulce i szerokich spodniach od dresu. Jedynie one pozwalały na wygibasy, jakie musiała robić, by przy swoim ponadprzeciętnym wzroście przetrwać czternastogodzinny lot w samolocie, który zapewniał komfort porównywalny z bydlęcym wagonem.

Było cieplej, niż się spodziewała. Zamieć, która pokryła śniegiem wszystko od Alaski po Florydę, sprawiła, że podróż autobusem z Vancouver przeciągnęła się z półtorej do trzech godzin. Mało ją to jednak obchodziło.

Myśląc wyłącznie o łóżku, ziewając i rezygnując z prysznica, który mógł poczekać do jutra, Kaya otworzyła drzwi. Nie włączyła światła. Wszystko, czego chciała, to rzucić się na materac, owinąć kołdrą i zamknąć oczy.

Po chwili zdała sobie sprawę, że w ciemnej sypialni nie jest sama. Ktoś spał w jej łóżku i tym kimś był mężczyzna. Co, do cholery, robi w jej domu i w jej sypialni?

Leo nie słyszał dźwięku otwieranych drzwi, ale dotarły do niego zbliżające się po pokrytym wykładziną korytarzem kroki. Co, u licha?

Trzydzieści sześć godzin! Był w tej zapomnianej przez Boga i ludzi mieścinie od trzydziestu sześciu godzin i już żałował decyzji o przyjeździe tutaj. Mógł przecież załatwić całą papierkową robotę z luksusowego, ciepłego i wygodnego biura w Nowym Jorku. Zamiast tego wybrał przyjazd tutaj. Co nim kierowało? Chęć odkrycia radości życia w miasteczku w sercu Kolumbii Brytyjskiej? Nagła potrzeba zmiany otoczenia? Był mieszczuchem wychowanym w dżungli ulic i cieniu drapaczy chmur. Jego dom był tam, gdzie były wielkie pieniądze, a tempo podpisywanych kontraktów było zgodne z rytmem bicia jego serca.

Prawdziwym powodem była ciekawość. Kiedy tu dotarł napędzanym na cztery koła autem, do którego przesiadł się z prywatnego odrzutowca, nagle załamała się pogoda. Zdążył jeszcze wstąpić do kilku lokalnych sklepów, kupił coś do jedzenia i picia, i utknął tu na dobre. Bez internetu i z mnóstwem czasu, by pożałować, że uległ pokusie poznania przeszłości, którą mu odebrano.

Ostatniej rzeczy, jakiej pragnął o tak wczesnej porze, była konieczność pozbycia się uciekającego przed zamiecią włamywacza. Czekał na rozwój wydarzeń. Spodziewał się kręcących się po okolicy nastolatków i robiących wszystko to, czego nie powinni robić w tak małym mieście, gdzie wszyscy się znają. Nagle zdał sobie sprawę, że gdyby nie znaleźli schronienia, to z dużym prawdopodobieństwem zmarliby z wyziębienia. Pewnie wiedzieli, że dom stoi pusty i, niewiele myśląc, postanowili się włamać.

Bez trudu poradzi sobie z grupą pijanych wyrostków. Szczerze mówiąc, to poradziłby sobie z każdym. W surowych warunkach rodziny zastępczej musiał być gotowy właściwie na wszystko. W minutę nauczył się dbać o siebie. Niczego się nie bał. Przerażała go jedynie świadomość, że jako dziecko został porzucony i nikt nigdy nie przyjdzie, by go uratować. Gdy zmierzył się z tym faktem, coś twardego niczym granit wypełniło jego duszę. Odtąd nic, choćby najstraszniejszego, nie mogło się z tym mierzyć.

Każdy mięsień jego ciała gotowy był do ataku. Wyostrzone niczym u drapieżnika zmysły czekały na pierwszy ruch ofiary. Kiedy drzwi się otworzyły, pomimo mroku natychmiast się zorientował, że intruzem jest kobieta.

– Kim, do cholery, jesteś i co tu robisz?

Pytanie padło tak szybko, że Leo nie zdążył zareagować, choć chciał zapytać dokładnie o to samo.

Rozbłysło światło. Na widok wpatrującego się w niego rozwścieczonego anioła, na kilka sekund odjęło mu mowę. Była szczupła i wysoka, miała około metra osiemdziesięciu wzrostu. Spod wełnianej czapki wystawy długie ciemne włosy. Oliwkowa cera sprawiała, że była piękna i egzotyczna.

– Więc? – żądała odpowiedzi. Stała z założonymi rękami, upewniając się, że w każdej chwili może się cofnąć i zamknąć drzwi, gdyby chciał się do niej zbliżyć.

Leo pomyślał, że jest sprytna. Instynktownie chciał zrzucić z siebie kołdrę i wstać, ale nie zrobił tego, by jej nie przestraszyć.

– Mógłbym zapytać o to samo – rzucił.

– Jak się tu dostałeś?

– W legalny sposób.

– Kłamiesz! Nie wiem, kim jesteś ani co tu robisz i chcę, żebyś się stąd wyniósł!

Sytuacja była coraz bardziej kuriozalna. Z jednej strony trudno mu było oderwał od niej wzrok, a z drugiej czuł się okropnie, złapany na gorącym uczynku.

– Wyrzuciłabyś biedaka w taką zamieć? – zapytał, otwarcie lekceważąc jej wściekłość.

– Bez chwili namysłu.

– Uważam, że powinniśmy pogadać.

Odchylił kołdrę i zsunął się z łóżka.

– Ani kroku dalej!

– Bo co?

– Bo…

Wpatrywali się w siebie. Serce Kayi waliło z taką siłą, że ledwo łapała oddech. W jej łóżku był mężczyzna i to nie byle jaki. W życiu nie widziała kogoś równie pięknego. Skóra w kolorze złota, ciemne włosy i idealne proporcje sprawiały, że przypominał wyrzeźbiony z niezwykłą starannością posąg.

Gdy się zorientowała, że mężczyzna jest półnagi, a może zupełnie nagi, zaschło jej w gardle. Nie wiedziała przecież, co kryje się pod kołdrą. Rzuciła okiem na rozrzucone na podłodze ubrania i natychmiast zorientowała się, że nie były to tanie ciuchy.

– Nie kłóćmy się – zaczął Leo. – Nie mam pojęcia, co tu się dzieje, ale chyba warto o tym pogadać. Nie tylko dlatego, że nie mam zamiaru wychodzić na śnieżycę tylko dlatego, że ty tak chcesz.

Wyskoczył spod kołdry i stanął przed nią ubrany jedynie w czarną bielizną. Był wysoki i dobrze zbudowany. Płaski, z wyraźnie zrysowanymi mięśniami brzuch, pokryty był ścieżką czarnych włosów, która prowadziła wprost w dół bokserek. Zwilżyła językiem wargi i szybko odwróciła głowę, próbując ukryć ekscytację.

Nie wiedziała co robić. Miał rację. Nie mogła go wyrzucić na taki śnieg. Taksówka, którą przyjechała, była wyposażona we wszystko, co mogło pomóc prowadzić w taką pogodę, a i tak kierowca z trudnością stawiał czoło zamieci. Nie widziała po drodze innych samochodów, więc co niby miałby zrobić? Przedzierać się przez zaspy aż do utraty tchu?

– Jest późno i jestem zmęczona – powiedziała krótko. – Jedyne, czego chcę, to żebyś opuścił moją sypialnię.

– Twoją sypialnię?

– Nie zdołam cię stąd wyrzucić, bo jesteś ode mnie silniejszy. Nie myśl jednak, że się ciebie boję.

– Myślisz, że mógłbym… Nie wierzę, że to mówisz. Co masz na myśli, mówiąc, że to twoja sypialnia?

– Chcę się po prostu położyć.

W jej oczach pojawiły się wywołane frustracją, niedowierzaniem i zwykłą złością łzy.

Leo pokręcił głową i przeczesał włosy dłonią.

– Okej – odparł, dając za wygraną. – Zwolnię pokój, choć biorąc pod uwagę, że włamałaś się do tego domu, nie wiem, dlaczego to robię. Załóżmy, że jestem frajerem ustępującym niewieście w potrzebie.

– Włamałam się? – Kaya ze zdumienia otworzyła usta.

– Wróćmy do tego rano – rzucił i zaczął zbierać z podłogi ubrania. Sięgnął po komputer. W końcu raporty może napisać i bez dostępu do internetu. Wyśle je później.

– Rano?

– Wydawało mi się, że chcesz się położyć – rzucił i zniknął w przylegającej do sypialni łazience. Wiedział, że cisza jest najlepszym przyjacielem mężczyzny. Szczególnie jeśli chce się kogoś zmusisz do mówienia, a ta sytuacja wymagała wyjaśnień.

Chwycił ręcznik, a gdy wrócił do pokoju zastał ją stojącą w drzwiach z kobiecą furią w oczach.

– To mój dom i chcę wiedzieć, skąd się tu wziąłeś! – wrzasnęła Kaya. Zadrżała, gdy spojrzał na nią swymi ciemnymi oczami.

Wyjechała do Nowej Zelandii, by zobaczyć się z matką i ojczymem. Chciała uciec od smutku po stracie Julie Anne. Oczywiście pracowała stamtąd zdalnie, prowadząc księgowość dla kilku firm, ale poza tym miała czas dla siebie. Przez całą młodość to ona opiekowała się matką, gdy po kolejnych nieudanych związkach wypłakiwała się jej na ramieniu. Po raz pierwszy to ona pojechała po wsparcie. Chciała choć na chwilę zapomnieć o sekretach Julie Anne i wszystkim, co zostawiła w Kanadzie.

– Gdzie więc byłaś? – zapytał Leo, krążąc wokół niej powoli niczym polujący na ofiarę lampart. – Nie, chyba najpierw powinienem zapytać, jak masz na imię.

– Kaya.

– Jestem Leo. Z chęcią dokończę tę rozmowę rano, bo z każdą chwilą jestem bardziej przekonany, że mamy o czym pogadać.

– Wspomniałeś, że dostałeś się tu legalnie.

– Proszę bardzo. – Sięgnął do kieszeni spodni i wyjął klucz, na zawieszce którego widniał napis „Klucz do królestwa”.

– Muszę usiąść.

– Może zejdziemy do kuchni i się czegoś napijesz? – Uniósł ręce w geście kapitulacji. – Gwarantuję, że nie musisz się mnie bać. Nie tylko ty jesteś zaskoczona. Możemy chwilę pogadać, a później tu wrócisz, zamkniesz drzwi na klucz i pójdziesz spać. – Skołowana Kaya kiwnęła głową.

Minęła go i próbując powstrzymać drżenie, wyszła z sypialni. Ruszyła schodami w dół. Czuła się jak eskortowany do więzienia skazaniec. W przedpokoju było chłodno. Chwyciła powieszony wcześniej kardigan, otuliła się nim, starając się nie spoglądać na idącego za nią mężczyznę.

Oczywiście wiedziała, kim jest. Nie był przypadkowym gościem, który postanowił przespać się w jej łóżku. To, że nie był podobny do Julie Anne, nie znaczyło, że nie jest z nią spokrewniony. Tyle że prawnicy zapewniali ją, że nieszybko się tu pojawi. Twierdzili, że oficjalne uznanie testamentu może potrwać nawet rok, więc będzie mieć sporo czasu na znalezienie innego lokum.

Gdy zaproszono ją do eleganckiego biura w centrum Vancouver, dowiedziała się, że miejsce, w którym mieszka i które nazywa swoim domem, zmieni właściciela. Julie Anne zostawiła testament, w którym cały majątek zapisała synowi.

– Julie Anne nie ma syna – zapewniła Kaya prawników bez mrugnięcia okiem.

Nie miała pojęcia, co przyjaciółka chciała zrobić z domem, nie wspominając o ośrodku w centrum miasta. Zakładała, że dom może zostać sprzedany, a pieniądze przekazane organizacji charytatywnej, którą Julie Anne założyła wiele lat temu.

Ale syn? Prawnicy w możliwie delikatny sposób wyjaśnili jej, że ma on pełne prawo do spadku. Przy kolejnej już herbacie zapewniali, że zanim zakończą się prawne procedury może spokojnie tu mieszkać. Mówili też, że zostanie wcześniej powiadomiona o konieczności wyprowadzki.

Jakby mało jej było śmierci przyjaciółki, ta wiadomość zupełnie ją zszokowała. Zdała sobie sprawę, że można kogoś znać i nic o nim nie wiedzieć.

W każdym razie, gdy wróciła do Kanady gotowa, by zacząć wszystko od nowa, była przekonana, że minie jeszcze sporo czasu, zanim ktoś upomni się o ten dom. Najwyraźniej los miał dla niej inne plany. Nie była gotowa, by stawić im czoło.

Nie chciała go poznawać. Kim był i co robił przez te wszystkie lata? Może był bez grosza przy duszy nędzarzem, który nagle odkrył, że jest spadkobiercą fortuny? Czy aby na pewno nie próbowali skontaktować się z nią prawnicy, by poinformować, że jest w drodze, by upomnieć się o swoje?

Gdy Leo otwierał drzwi kuchni, dojrzał w jej oczach nieufność i coś, czego nie potrafił odczytać.

– Skoro już tu jesteśmy – zaczął obcesowo – i z każdą chwilą śnieg sypie coraz mocniej, to myślę, że powinniśmy sobie zaufać. Pewnie będziemy tu uwięzieni przez kilka najbliższych godzin, a może i dni. Nie sądzę, by któremuś z nas udało się dotrzeć do miasta czy choćby do sąsiada. Tym bardziej, że nie widziałem po drodze zbyt wielu domów.

Kaya skinęła głową. Jaki miał plan? Czy na pewno był tym, za kogo go uważała? Czuła na sobie jego ciemne, nachalne, oceniające spojrzenie.

Miał rację w tym, że skoro utknęli tu razem, to czy tego chcieli, czy nie, muszą się jakoś dogadać. Postanowiła dać sobie czas, by sprawdzić, z kim ma do czynienia.

Nie wyglądał na uszczęśliwionego odmianą życia kloszarda. Wydawał się inteligentny i dobrze wychowany, ale nie zamierzała być idiotką ufającą pierwszemu wrażeniu. Wystarczy, że jej matka robiła to zdecydowanie zbyt często.

– Porozmawiajmy – naciskał Leo. – Jesteś zmęczona i skołowana, ale z pewnością nie powinnaś się mnie bać. Gdzie byłaś? Na wakacjach, w pracy, u rodziny, narzeczonego?

Fragment książki

Claudio Ravelli patrzył na prawnika z niedowierzaniem.

– Mam nadzieję, że to nie jest spóźniony żart primaaprilisowy? – spytał, przybierając marsową minę.

W normalnych warunkach Robert Ludlow, starszy wspólnik w kancelarii Ludlow and Ludlow, uśmiechnąłby się, ale wolał nie ryzykować. Ravelli był wiodącym bankierem inwestycyjnym w kraju, bogatszym od samego Krezusa, i zaliczał się do ludzi, których nie należało drażnić. Ludlow nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział go śmiejącego się. W przeciwieństwie do swojego niedawno zmarłego ojca, Gaetana, Claudio traktował życie niezwykle poważnie.

– Obawiam się, że to nie jest żart. – Pokręcił głową. – Gaetano miał pięcioro dzieci z tą kobietą.

– Więc przez te wszystkie lata, kiedy jeździł na ryby do posiadłości w Irlandii… – zawiesił głos.

– Niestety tak. Najstarsze z dzieci ma, zdaje się, piętnaście lat.

– Piętnaście? Ale to by znaczyło… – Claudio zacisnął usta, w ciemnych oczach błysnął gniew. Nie mógł skomentować tej sprawy dosadnie, tak jak by to zrobił w obecności braci. Zastanawiał się, dlaczego w ogóle zaskoczyła go ta informacja. Ojciec prowadził hulaszczy tryb życia i to był fakt. Miał trzech synów, każdego z inną żoną. Dlaczego nie miałby mieć także paru kochanek i gromadki nieślubnych dzieci?

Mimo wszystko Claudio miał ochotę uszczypnąć się w ramię i przekonać, czy nie śni. Nie dopuszczał nawet myśli o posiadaniu nieślubnego dziecka, a ojciec miał ich aż pięcioro. Jednak najbardziej interesujące w tym wszystkim było to, że los prawowitych synów był Gaetanowi doskonale obojętny. Nik i Zarif z pewnością będą nie mniej zaskoczeni od niego. Claudio zdawał sobie sprawę, że sam będzie się musiał zająć tym dość niespodziewanym problemem. Nik wciąż nie mógł się otrząsnąć po rozstaniu z żoną, w czym Claudio też miał swój udział. Najmłodszy z rodzeństwa, Zarif, władca królestwa Vashir na Środkowym Wschodzie, mógł nawet stracić tron, gdyby niemoralne postępki Gaetana ujrzały światło dzienne.

– Piętnaście lat – powtórzył Claudio. To by oznaczało, że matka Zarifa była zdradzana przez cały czas trwania małżeństwa i o niczym nie wiedziała. – Przepraszam cię, Robercie. Te wiadomości są dla mnie prawdziwym szokiem. Co wiesz o matce dzieci?

Ludlow odchrząknął.

– Skontaktowałem się z Danielem Petrim, agentem posiadłości. Powiedział, że Mary Brophy nie cieszy się dobrą opinią wśród tamtejszej społeczności.

– Pewnie jakaś ulicznica. Trafił swój na swego – mruknął, jednak na tyle głośno, że musiało to dojść do uszu Ludlowa, który się zaczerwienił. Obaj doskonale wiedzieli, że Gaetano nie gustował w cnotliwych i skromnych pannach. – Czy ojciec jakoś zabezpieczył tę… gromadkę?

– Dlatego właśnie tutaj jestem. Jak ci zapewne wiadomo, w testamencie Gaetano nawet słowem nie wspomniał o kochance i potomstwie.

– Mówisz, że nie zostawił im żadnych pieniędzy? Nie do wiary! – Claudio przewrócił oczami. – Co on sobie myślał?

Robert pokiwał smutno głową.

– Sądziłem, że może miał jakąś umowę z tą kobietą, ale najwyraźniej nie. Dostałem od niej list z prośbą o uregulowanie czesnego w szkołach. Twój ojciec nigdy nie zawracał sobie głowy przyszłością. Być może myślał, że dożyje osiemdziesiątki…

– Tymczasem zmarł, mając sześćdziesiąt dwa lata, i zostawił cały bałagan na mojej głowie. – Zniecierpliwiony westchnął. – Będę musiał osobiście przyjrzeć się tej sprawie. Nie chcę, żeby prasa coś zwąchała.

– Słusznie – zgodził się z nim Robert. – Media uwielbiają takie historie.

Świadom tego faktu Claudio zacisnął zęby. Ojciec zachowywał się wystarczająco nieodpowiedzialnie za życia. Perspektywa zmierzenia się ze skutkami tych zachowań także po jego śmierci, doprowadzała Claudia do furii.

– Mam nadzieję, że dzieci szybko trafią do adopcji i sprawa rozejdzie się po kościach.

Z jakiegoś powodu Robert przyglądał mu się zaskoczony.

– Myślisz, że ich matka wyrazi na to zgodę?

– Jeśli jest taką kobietą, z jakimi zwykł się prowadzać ojciec, pewnie będzie zachwycona, zwłaszcza zapłatą za wyświadczoną nam przysługę. – Claudio starannie dobierał słowa, tak aby dobitnie wyrażały pogardę dla postępków ojca.

Robert rozumiał jego tok myślenia, ale, szczerze powiedziawszy, nie umiał sobie wyobrazić kwoty, za którą matka zdecydowałaby się sprzedać swoje dzieci. Bo o to przecież chodziło. Cieszył się, że życie nie wymusiło na nim aż takiego cynizmu, jaki obserwował u Claudia. Jednak jako wieloletni doradca finansowy Gaetana zdawał sobie sprawę, że Claudio wychowywał się praktycznie bez ojca, a to musiało odbić się na jego rozwoju emocjonalnym.

Claudio, który ledwo zdążył złapać oddech po ostatniej, bardzo stresującej podróży służbowej do Szwajcarii, rozprostował plecy i sięgnął po telefon. Zlecił swojej asystentce Emily, by zarezerwowała lot do Dublina. Najpierw upora się z tą odrażającą aferą, a potem wróci do swoich zwykłych zajęć.

– Nienawidzę ich! – niemal wykrzyknęła Bella, a jej śliczną twarz wykrzywił grymas gniewu. – Nienawidzę Ravellich, wszystkich bez wyjątku!

– Przecież wiesz, że to nieprawda. Gdyby tak było, musiałabyś nienawidzić także swoich przyrodnich braci i siostry – upomniała ją łagodnie babka.

Bella z trudem zapanowała nad ognistym temperamentem i popatrzyła na nią przepraszająco. Isa Kelly była drobną, delikatną kobietą z upiętymi w kok włosami o gołębim odcieniu i zielonymi oczami, takimi jak u Belli.

– Ten głupi prawnik nawet nie odpisał na list matki. Nienawidzę ich, bo każą nam błagać o to, co prawnie powinno się nam należeć!

– To rzeczywiście nie było uprzejme – przyznała Isa ze smutkiem. – Ale musimy pamiętać, że za tę sytuację odpowiada przede wszystkim Gaetano Ravelli.

– Och, wcale o tym nie zapomniałam! – żachnęła się wnuczka i energicznym krokiem podeszła do okna, które wychodziło na niewielki ogród.

Bella z pewnością wiedziała, co mówi. W szkole była obiektem nieustających docinków tylko dlatego, że jej matka urodziła piątkę dzieci żonatemu mężczyźnie. Byli tacy, którzy nie mieli oporów, by wprost nazwać ją dziwką czy nawet splunąć z obrzydzeniem na jej widok, a Bella mimo woli musiała brać udział w tym żenującym spektaklu.

– On już odszedł – westchnęła Isa. – I, co gorsza, pociągnął za sobą Mary.

Bella poczuła ukłucie w sercu. Nie minął nawet miesiąc, gdy jej matka zmarła na atak serca. Nie otrząsnęła się jeszcze z żalu, który był tym większy, że Mary miała dopiero czterdzieści parę lat i mimo przeciwności losu, zawsze starała się utrzymać pogodę ducha. Nigdy też nie chorowała. Narodziny szóstego dziecka były swego rodzaju triumfem nad tym, co osobom postronnym mogło się wydawać życiem w strachu i niepewności. Cokolwiek by mówić o jej prowadzeniu się, Mary Brophy była ciężko pracującą kobietą z sercem na dłoni. Nigdy nie powiedziała o nikim złego słowa ani nie odmówiła pomocy. Najbliżsi o tym wiedzieli, dalsi nie chcieli wiedzieć. Wystarczył im wulgarny epitet.

Bella nigdy nie była tak pokorna i cierpliwa jak matka. Kochała ją oczywiście, ale też uważała za naiwną. Nienawidziła Gaetana Ravellego za jego kłamstwa, egoizm i skąpstwo.

Jakby czując napięcie w powietrzu, Tina podeszła do stóp Belli i zaczęła machać ogonem. Bella pochyliła się i pogłaskała łaciatą suczkę rasy Jack Russel, która wpatrywała się w nią z oddaniem. W końcu wzięła ją na ręce i myślała nad tym, jak zdobędzie pieniądze na utrzymanie psiaka, gdy już teraz ledwie wiązali koniec z końcem.

Na szczęście niewielki domek przy krętej drodze prowadzącej do posiadłości Mayhill House należał do nich. Gaetano przepisał go na Mary wiele lat temu, chcąc jej zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Zdawała sobie sprawę, że dach nad głową nie zapewni jej pieniędzy na zapłacenie rachunków i że czeka ją walka z rodem Ravellich o słusznie należące się rodzeństwu alimenty. Z prawego czy nie z prawego łoża, jej bracia i siostry byli dziećmi Gaetana Ravellego.

– Musisz teraz pozwolić mi zająć się dziećmi – powiedziała Isa do swojej najstarszej wnuczki. – Mary była moją córką i popełniła wiele błędów. Nie chcę, żebyś za nie płaciła.

– Dzieci byłyby dla ciebie zbyt dużym ciężarem, babuniu – zaprotestowała Bella. Isa dobrze się trzymała, ale miała siedemdziesiąt lat. Bella czuła, że nie powinna jej przysparzać dodatkowych problemów.

– Po studiach miałaś wyjechać do pracy do Londynu – przypomniała jej Isa.

– Takie właśnie jest życie. Ciągłe zmiany, do których trzeba się dostosować. Dzieci straciły oboje rodziców w ciągu zaledwie dwóch miesięcy. Nie mogłabym teraz wyjechać.

– Bruno i Donetta są w szkole z internatem, więc możesz ich w ogóle nie liczyć. – Isa próbowała przemówić jej do rozsądku. – Bliźniaki będą po wakacjach chodzić do podstawówki. Zostaje tylko Franco, który za rok może iść do przedszkola.

Bella przypomniała sobie, że dokładnie tak samo rozważała swoje nowe położenie tuż po śmierci Mary. Czuła się winna, że tak ciąży jej opieka nad osieroconym rodzeństwem, ale miała dopiero dwadzieścia trzy lata i czuła, że to za wcześnie na bycie matką, ojcem i źródłem utrzymania dla dzieci. Doceniała propozycję Isy, ale traktowała ją z rezerwą. Wiedziała, że przede wszystkim powinna polegać na sobie, a dopiero potem korzystać z pomocy. Wbrew temu, co twierdziła Isa, dzieciaki były ogromnie absorbujące, zwłaszcza młodsze bliźnięta i dwuletni Franco.

Rozległo się głośne pukanie do drzwi, na którego dźwięk obydwie aż drgnęły. Bella przeszła przez pokój i skierowała się do sieni. Uchyliła drzwi i ujrzała znajomą twarz. Mark Petrie i Bella chodzili razem do liceum. Był jedną z niewielu osób, które mogła zaliczyć do grona przyjaciół.

– Wejdź. – Otworzyła szerzej drzwi i zaprosiła do środka niewysokiego, ciemnowłosego mężczyznę o poważnym spojrzeniu. – Napijesz się kawy?

– Chętnie.

– Jak się miewasz? – zapytała Isa, uśmiechając się serdecznie.

– Nie najgorzej, ale martwię się o Bellę – westchnął, posyłając Isie pełne troski spojrzenie. – Nie będę owijał w bawełnę. Słyszałem dziś rano, jak ojciec rozmawiał przez telefon z kimś z rodziny Gaetana Ravellego. To chyba musiał być jego najstarszy syn Claudio.

Bella zesztywniała, słysząc znajomo brzmiące imię. Postawiła dzbanek z kawą i filiżanki, usiadła przy stole i popatrzyła na Marka.

– Skąd wiesz, że to był on?

– Claudio jest wykonawcą testamentu Gaetana i wypytywał o twoją matkę. Ojciec dopiero co wrócił z Australii, gdzie byli z mamą u naszej ciotki, i nie wie jeszcze, że Mary nie żyje.

– To zrozumiałe, że nikt go nie powiadomił. Twój ojciec i moja matka niezbyt się lubili. – Za tym dość oględnym stwierdzeniem kryły się lata gorzkiego konfliktu.

Bella wiedziała, kim jest Claudio Ravelli. Przez te lata parę razy zagłębiała się w pokręcone życie miłosne Gaetana Ravellego i dobrze zapamiętała bogatego i niesamowicie przystojnego bankiera, który nigdy się nie uśmiechał. Informacji szukała w internecie. Początkowo z czystej ciekawości, potem, aby poznać odpowiedzi na pytania, których jej biedna i ufna matka nigdy nie zadałaby swojemu konkubentowi. Bella szybko dowiedziała się o kolejnych żonach i rozwodach, synach oraz licznych romansach. W jej pojęciu Gaetano Ravelli był podłym, destrukcyjnym uwodzicielem, który pozostawiał po sobie jedynie zgliszcza. A ponieważ żenił się tylko z bogatymi kobietami, jej biedna, skołowana matka musiała szybko porzucić nadzieję, że kiedykolwiek się jej oświadczy.

– Rodzina Ravellich najwyraźniej postanowiła, że nieślubne dzieci Gaetana mają trafić do adopcji – głos Marka wyrwał Bellę z zamyślenia.

– Do adopcji? – Tego się nie spodziewała.

– Tak. Rodzina najwyraźniej chce zamieść sprawę pod dywan. A przede wszystkim trzymać was z daleka od prasy. Swoją drogą, nieźle to wymyślili.

– Przecież to ich rodzina! Jak mogą robić coś takiego własnemu ojcu? – wybuchnęła Bella.

Mark, zaskoczony erupcją emocji, odchrząknął.

– Kto teraz sprawuje opiekę nad dziećmi? Ty, Bello?

– Tak, chyba tak. Nie mają przecież nikogo prócz mnie.

– Ale czy zostało to uregulowane prawnie? – Bella podniosła na niego oczy, nie wiedząc, o co pyta. – Tak myślałem. Powinnaś jak najszybciej zobaczyć się z prawnikiem i uzyskać prawo do opieki nad dziećmi, bo może się okazać, że rodzina Gaetana będzie mieć więcej do powiedzenia w sprawie dzieci niż ty.

– To śmieszne – żachnęła się Bella. Gaetano nigdy się nimi nie zajmował, nawet kiedy tutaj bywał.

– Prawnicy będą utrzymywać, że płacił za szkołę i przepisał dom na twoją matkę. Może i był beznadziejnym ojcem, ale zaspokajał ich potrzeby, a to daje synom Gaetana większe prawo decydowania o losie dzieci.

– Ale Gaetano pominął całą piątkę w testamencie – oponowała Bella.

– To nie ma znaczenia – powiedział Mark. – Według prawa są jego dziećmi.

– Jako ich babcia też powinnam mieć chyba coś do powiedzenia? – wtrąciła Isa.

– Zamieszkałaś tu dopiero po śmierci Mary. Dowiedzą się tego bardzo szybko.

Zapadła cisza. Wszyscy intensywnie myśleli, jak uniknąć adopcji, o której przypadkiem dowiedział się Mark.

– Mogłabym przez jakiś czas udawać mamę – rzuciła Bella, choć nawet jej ten pomysł wydawał się ostatnią deską ratunku.

– Udawać? – Isa z dezaprobatą pokręciła głową. – Nie bądź dziecinna, Bello.

– Claudio Ravelli nie wie, że mama nie żyje. Może gdy napotka zdecydowany opór, zrezygnuje z pomysłu adopcji. – Bella powoli nabierała przekonania, że plan mógłby się powieść.

– Jak miałabyś udawać ponad czterdziestoletnią kobietę? – Mark był nie mniej zaskoczony od Isy.

– Wystarczy, jeśli będę wyglądać na matkę piętnastoletniego syna. Kobiety dziś wcześnie rodzą. Bez trudu wcielę się w trzydziestoparolatkę.

– Wątpię, by Ravelli dał się nabrać. Prawda szybko wyjdzie na jaw – argumentował Mark.

– Ale jak? Musiałby chodzić po domach i zadawać wścibskie pytania. A przecież nie będzie miał powodu, by kwestionować moją tożsamość. Upnę wysoko włosy, umaluję się… To powinno wystarczyć.

– Bello, to by było oszustwo – powiedział Mark powoli. – Dobrze się zastanów.

Drzwi od kuchni otworzyły się i stanął w nich zaspany Franco. Mrużąc oczy, podszedł do Belli i niezdarnie zaczął się wdrapywać na jej kolana. Bella podniosła malucha, przytuliła i zaczęła kołysać. Gdy zamknął oczy, podniosła się i szeptem rzuciła do Isy:

– Zaniosę go na górę. – Zanim doszła do swojej sypialni, gdzie stało także jego łóżeczko, Franco smacznie spał. Ułożyła go ostrożnie, przykryła kocykiem i przez chwilę stała, patrząc z czułością na najmłodszego z przyrodnich braci. Potem podeszła do okna, skąd rozciągał się malowniczy widok na Mayhill House, imponujących rozmiarów rezydencję w stylu georgiańskim z przylegającym do niej parkiem i hektarami lasu.

Bella miała zaledwie osiem lat, gdy jej niedawno owdowiała matka zaczęła pracować u Gaetana Ravellego jako gospodyni. Ojciec Belli był alkoholikiem i słynął w całej okolicy z dzikich awantur i wyładowywania agresji na własnej rodzinie. Którejś nocy wyszedł z knajpy prosto pod koła przejeżdżającego samochodu. Nikt po nim nie płakał, a najmniej Bella, którą traktował gorzej niż psa.

Po jego śmierci matka i córka uwierzyły, że ich los się odmieni. Niestety Mary zakochała się w swoim pracodawcy, a jej reputacja została zniszczona na zawsze, gdy na świecie pojawił się najstarszy przyrodni brat Belli, Bruno.

Ktoś taki jak Claudio Ravelli nie miał pojęcia, jak nędzne może być życie innych ludzi, pomyślała z goryczą. Przystojny, inteligentny i bajecznie bogaty, wyrósł w kokonie utkanym z pieniędzy, a za matkę miał włoską księżną, której głównym zajęciem było wydawanie przyjęć i bywanie na przyjęciach organizowanych przez śmietankę towarzyską całego świata. Claudio wychował się w weneckim pałacu i ukończył renomowane szkoły oraz uniwersytet. Nic dziwnego, że wszystko, czego się tknął, zamieniało się w złoto. Z pewnością nigdy w życiu nie spotkał się z upokorzeniem, lekceważeniem czy szyderstwem. Mogła się też założyć, że nigdy nie musiał świecić oczami za swoich rodziców.

Po drugiej stronie barykady stał Bruno, który miał zaledwie trzynaście lat, gdy Gaetano nazwał go gejem, bo tylko w taki sposób był w stanie ocenić zamiłowanie Bruna do sztuki. Bella pamiętała, jakim ciosem było to dla nastolatka, który za wszelką cenę starał się zaimponować rzadko obecnemu w jego życiu ojcu. Zdarzenie to oraz bezustanne ataki w szkole doprowadziły Bruna do próby samobójczej. Do dziś truchlała na myśl, że mogła wtedy stracić brata. Dlatego była tak zdeterminowana, by dbać o rodzeństwo.

Gdy zeszła na dół, Mark zbierał się do wyjścia. Na progu odwrócił się jeszcze:

– Nie masz chyba zamiaru podszywać się pod własną matkę?

Bella wyprostowała szczupłe ramiona i uniosła podbródek.

– Jeśli będą próbowali nas rozdzielić, nie będę miała wyjścia.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel