Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Pod skórą
Pod skórą
Pod skórą
Pod skórą
Zajrzyj do książki

Pod skórą

Liczba stron464
ISBN978-83-2912-046-3
Wysokość215
Szerokość145
SeriaProkuratorem Emim Grab, t.3
EAN9788329120463
Język oryginałupolski
Data premiery2026-01-28
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Zhańbiony prokurator Emil Grab, osadzony w więzieniu za przestępstwo, którego nie popełnił, myślał, że jego walka o sprawiedliwość dobiegła końca. Jednak kiedy do jego celi dociera tajemniczy gryps od umierającego więźnia, uświadamia sobie, że koszmar dopiero się zaczyna.

Grab zostaje wciągnięty w przerażający labirynt korupcji i tajemnic. Ugodzony nożem, odurzony narkotykami i wrobiony w morderstwo, musi odnaleźć się w świecie, w którym nie ma granicy między przestępcą a stróżem prawa.

Uwolniony zrządzeniem losu, ale skuty poczuciem winy, Grab rozpoczyna poszukiwania zaginionej dziennikarki i odkrywa spisek, którego ofiarami padają niewinni. W wyścigu z czasem były prokurator musi zdecydować, jak dużą część swojej duszy jest gotów poświęcić, by ujawnić prawdę.

Bo czasami, aby złapać potwora, trzeba się nim stać.

Mroczny, brutalny i trzymający w nieustannym napięciu thriller, który wchodzi pod skórę i zostaje tam na długo.

Fragment

Prolog

Mężczyzna zapiął zamek białego kombinezonu, naciągnął kaptur na głowę i włożył gumowe rękawice. Następnie zbliżył się do świeżo wykopanego dołu i spojrzał na to, co kryło się na jego dnie. Widok nie należał do przyjemnych i choć nie były to pierwsze zwłoki młodej kobiety, które oglądał w życiu, zrobiło mu się jej żal.

Krople chłodnego deszczu spływały po jego twarzy i gdyby chciał, mógłby nad nią zapłakać, a żaden z jego pomocników nawet by tego nie zauważył. Nie zrobił tego jednak, gdyż smutek minął tak samo szybko, jak się pojawił.

Ciało było ubrudzone czarną ziemią, ale jego bladość biła po oczach nienaturalnością. Z ust i oczodołów wychodziły tłuste larwy, które wiły się zdziwione tym, że ktoś przerwał ich ucztę. Zapewne wpadną w prawdziwy szał, gdy jego tymczasowi pomocnicy włożą pod plecy i nogi swe dłonie, by wyciągnąć zwłoki z dołu i przenieść je do plastikowego worka. Najpierw jednak muszą obejrzeć dokładnie cały dół, aby nie pozostawić w nim żadnych śladów. Robactwo ma więc jeszcze chwilę czasu na żer, zanim ubrani w białe kombinezony mężczyźni wejdą im w paradę.

Kobieta prawdopodobnie nie miała więcej niż osiemnaście, może dwadzieścia lat, choć pomarszczona skóra jej twarzy obciągnęła się na kościach tak bardzo, że odrobinę przypominała staruszkę. Nie potrafił powiedzieć, czy widział ją już kiedyś wcześniej, czy też było to ich pierwsze spotkanie, na domiar złego w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Właściwie w jego przypadku niemal żadne okoliczności nie były sprzyjające, zwłaszcza dla wszystkich tych biednych dziewcząt.

Denatka ubrana była tylko w czarną bieliznę i porozrywaną czerwoną halkę, a na jej ciele widniały bruzdy i zasinienia. Być może przed śmiercią walczyła, ale z pewnością nie zginęła od tych drobnych ran. Jeśli miała szczęście, to nie cierpiała zbyt długo, co wbrew pozorom mogło być dla niej błogosławieństwem.

Na razie nic nie zdradzało zatem, co doprowadziło do jej śmierci. Prawdopodobnie została zastrzelona, co tłumaczyłoby niewielką ranę w okolicy klatki piersiowej. Kula musiała trafić ją w plecy, następnie przeszyć wnętrzności, uszkodzić, co się dało, i polecieć gdzieś dalej, by siać spustoszenie lub wbić się w coś dostatecznie twardego, co mogło zatrzymać jej pęd.

Podobny los spotkał młodego mężczyznę, którego ciało wykopali kilkadziesiąt minut wcześniej. Jego zwłoki zostały pogrzebane nie więcej niż metr na prawo od trupa kobiety. To, co stanowczo go od niej odróżniało, to roztrzaskany tył głowy i wyraźna dziura wlotowa pośrodku czoła. Czysta i szybka robota, a facet nie zdążył się chyba nawet przestraszyć.

Kiedy jego pomocnicy wydobyli zwłoki kobiety z dołu i zamknęli je szczelnie w czarnym plastikowym worku, przyszedł czas na kolejny etap. Upewnili się, że w ziemi nie zostały żadne szczątki ciała ani nasycone nim robaki, a następnie oprószyli całe jego wnętrze białym proszkiem, który wypali z ziemi wszelkie ślady biologiczne.

Kiedy wszystko zostało zrobione, zasypali dół ziemią, a niewielki kopiec zamaskowali kawałkami mokrego mchu. Las szybko wchłonie tę bliznę i po ludzkiej ingerencji nie będzie nawet śladu. Z czasem wyrosną tu grzyby, być może jagody lub jakieś drzewo.

Natura jest znacznie silniejsza od nas i szybko wypełnia luki po naszym krótkim pobycie.

Dzień był paskudny i zupełnie nie pasował do pogody, która panowała przez ostatnie dwa miesiące. Z nieba tryskał dokuczliwy drobny deszczyk, który wraz z wysoką temperaturą sprawiał, że ubrania powoli nasiąkały wilgocią, aż w końcu nieprzyjemnie kleiły się do ciała. Ziemia także stawała się mokra, więc praca trwała znacznie dłużej, niż powinna. Jednak na tym odludziu nie musieli się specjalnie martwić tym, że kogoś spotkają.

Mimo to mężczyzna co jakiś czas lustrował otoczenie, aby mieć pewność, że nikt ich nie obserwuje. Chciał zamknąć ten temat szybko i bezproblemowo, nie zamierzał więc pozostawiać żadnych świadków. Ostatnio zbyt wiele spraw się skomplikowało i należało je raz na zawsze naprostować, by życie mogło toczyć się dalej swym torem. Rana w boku odrobinę mu doskwierała, ale przypominała także o tym, że powinien się mieć na baczności i nie dać nigdy więcej zaskoczyć.

Nie on decydował o całej procedurze, ale wolał mieć oczy dookoła głowy, aby też nie trafić do ziemi. Takie zachowanie wciąż trzymało go na powierzchni. Musiał zrobić, co do niego należało, reszta nie była istotna.

Kiedy jego tymczasowi pomocnicy w końcu uporali się z zadaniem i dotargali worki z ciałami do oddalonej o dobre pół kilometra leśnej drogi, wrzucili je na tył niewielkiego busa. Całe wnętrze pojazdu zostało wyklejone mocną plastikową folią, co w tej sytuacji stanowiło przejaw należytej staranności. Dzięki temu można było uniknąć dokładnego szorowania podłogi i ścian samochodu, a oprócz energii oszczędzało się przy tym także sporo czasu. Tego pragmatycznego podejścia nauczyło go doświadczenie, dlatego nie musiał obawiać się, że coś przeoczy.

Po wszystkim obaj pomocnicy stali przez chwilę i sapali zmęczeni targaniem dwóch ciał, podszedł więc do nich i zaproponował po papierosie. Mężczyźni bez słowa wzięli po jednym z jego paczki i już po chwili z ulgą na twarzach zaciągnęli się nikotynowym dymem.

Nic nie mówili, bo szkoda było słów, a każdy z nich zapewne myślał tylko tym, by cała ta sprawa dobiegła już końca. W ogóle się im nie dziwił, sam także chciał mieć to już z głowy.

Poradził im więc, aby usiedli na pace samochodu, by nie zostawić po sobie nawet popiołu z papierosów, który mógłby, choć wcale nie musiał, stanowić znaczący ślad dla organów ścigania. Usłuchali bez słowa, a kiedy rozsiedli się wygodnie, on także wszedł do wnętrza pojazdu i zamknął za sobą drzwi.

Wykorzystał ciemność, która przez kilka chwil upośledzała zmysły mężczyzn, i wyjął zza pazuchy niewielki pistolet z długim tłumikiem, po czym wymierzył każdemu z nich po jednym strzale w potylicę. Kiedy bezwładne ciała głucho opadły na grubą folię, dla pewności wpakował w ich głowy jeszcze po dwie kule.

Na koniec zapakował trupy do czarnych worków, usiadł za kierownicą i powoli odjechał.

Próżność organizmu

Emil Grab starał się nie myśleć, gdy ściągał ubranie i układał je w zgrabną kostkę na wysłużonym blacie okienka więziennego magazynu. Następnie obserwował, jak jeden z funkcjonariuszy wsuwa je w folię, zapisuje w protokole i odkłada na bok. To samo stało się z butami, zegarkiem i portfelem, które spisane wylądowały w zawieszeniu do czasu, aż w końcu będą mogły wrócić do swego właściciela.

Oczy strażników przesunęły się po nim z rutynową obojętnością, a jego istnienie zredukowało się do standardowego zestawu czynności do wykonania. Stał się tylko linijką wydrukowaną na kartce, ciągiem cyfr oraz przypisanymi do nich pogardą i obojętnością. Jego wcześniejszy status w najlepszym wypadku nic dla nich nie znaczył, w najgorszym mógł przynieść mu tylko ich odrazę i nienawiść.

Kiedy zimne stopy dotknęły wypolerowanej podłogi z lastryko, włoski na jego nogach i rękach nastroszyły się, eksponując setki tysięcy lat dziedzictwa rodzaju ludzkiego. Nikły przejaw obrony organizmu, która zaczynała się od pierwszych bodźców odebranych przez zakończenia nerwowe umiejscowione tuż pod skórą, a kończyła na postawieniu w stan gotowości całej machiny ciała. Nie było w tym żadnej wrogości, taktyki czy zamysłu. Zwykła próżność organizmu i samouwielbienie dziesiątek trylionów komórek i bakterii, z których składało się jego istnienie.

Teraz, gdy poznawał drugą stronę świata, w którym dotychczas wiódł żywot prokuratora, rozumiał już, że system penitencjarny budował barierę pomiędzy tymi, którzy walczyli po stronie prawa, a tymi, których wchłonęło piekło. Nie miało znaczenia, która ze stron czyniła zło, a która wypatrywała dobra. Pojmował to doskonale, gdyż historia zbyt wiele razy dowiodła, że w każdej wojnie uczestniczy dwóch skonfliktowanych ze sobą przeciwników, niezłomnie przekonanych o własnej racji.

Dziś to przetrwanie stało się podstawą jego teraźniejszości, a zaufanie słowem zawoalowanym i niebezpiecznym niczym ostra brzytwa. W więziennym chaosie wszystko traciło swój pierwotny sens, a to, co pozostawało, miało dwa odmienne oblicza.

Szybko nauczył się, że na pierwszy rzut oka nawet sól wygląda jak cukier. Zrozumiał więc, że zaufaniem powinien darzyć tylko samego siebie. Uczył się kroczyć w tym wynaturzonym dualizmie, raz po raz popełniając błędy, za które płacił cenę, jakiej wymagało przetrwanie.

O próżności organizmu myślał także później, gdy jego dłonie zaciskały się w pięści, a oczy szukały rozwiązania. Tuż po tym, gdy metaliczny zgrzyt klucza zapowiedział otwarcie celi i pierwsze złowrogie spojrzenia, które spadną na jego twarz, zegar wybijał sądne ułamki sekund.

Były prokurator nie mógł liczyć na przychylność więźniów, a Kostur postarał się, by odbył wyrok w wyjątkowo mu nieprzyjaznej placówce. Wojna zaczęła się zatem już wcześniej, ale to właśnie teraz miało dojść do decydującego starcia, od którego zależała cała jego przyszłość.

Gdy klawisz zamknął za nim drzwi, Grab nie czekał na pierwszy krok skazańców, który prędzej czy później zostałby wykonany. W tym odizolowanym świecie kontakty międzyludzkie redukowały się do pokazu siły, i on także musiał zaakceptować tę prawdę ze wszystkimi jej konsekwencjami. Nawet jeśli miało się to odbyć kosztem czyjegoś cierpienia.

Zanim wkroczył pomiędzy szare sylwetki, które zwlokły się z prycz i mierzyły go złowrogimi spojrzeniami, wyszukał swą przepustkę do względnego spokoju.

Był wyższy o dobre dwadzieścia centymetrów od niego, ale o lekko przygarbionej posturze. Jego oczy szukały poparcia u współwięźniów, jakby sam nie był do końca przekonany, jak powinien się zachować.

Grab zrobił pierwszy krok i minął dwóch wytatuowanych osiłków, których surowe twarze dawały świadectwo ich zbrodniczej przeszłości. Następne dwa kroki zrobił już znacznie szybciej, rzucił pod nogi trzymany w dłoniach więzienny przydział i nim czyjaś dłoń zdążyła zacisnąć się na jego ramieniu, chwycił swą ofiarę za kołnierz drelichu i ściągnął w dół, po czym z całej siły uderzył łokciem w kark, a następnie kolanem wprost w pochyloną głowę.

Grab usłyszał, że coś w twarzy mężczyzny chrupnęło, a na spodniach i podłodze pojawiła się krew. Odepchnął skołowanego więźnia, który odbił się od pryczy i zachwiał na nogach. Jego nos i usta niknęły w czerwonej mazi, a oczy stały się mętne i oddalone.

Grab nie czekał na żadną reakcję, nie tracił też czasu. Wziął krótki zamach, wyprowadzając zdecydowany cios prosto w splot słoneczny zamroczonego mężczyzny, który zastygł na chwilę, po czym złapał się za gardło i opadł na ziemię.

Uderzenie, które powaliło Graba na kolana, przyszło nagle, choć nie powinien się temu dziwić. Następne ciosy spadały na jego ciało w dziwnym rytmie, jakby zostały wcześniej przećwiczone. Ból nie nadążał za szarżą wymierzanych mu razów, które niespodziewanie ustały, a zasapane sylwetki skazańców odsunęły się od niego jakby na wydany przez kogoś rozkaz, a potem wróciły na swoje prycze.

Emil trwał skulony przez długie sekundy, aż w końcu rozejrzał się po celi, która miała się stać jego domem na najbliższe miesiące, a jeśli wszystko potoczy się wyjątkowe źle, na całe trzy lata.

Wąskie długie pomieszczenie, na którego dwóch bokach umieszczono po dwie piętrowe prycze, w całości obwieszone drelichami, kocami i osobliwymi talizmanami.

Na końcu celi jedno dosyć duże okno z parapetem usadowionym tak wysoko, że można było przez nie wyglądać tylko wtedy, gdy stało się na palcach lub leżało na górnej pryczy.

Obdrapane ściany z lamperią w kolorze spłowiałej zieleni były zaklejone rozmaitymi obrazkami, od kalendarzy, poprzez wycinki z gazet, nagie kobiety z odstającymi piersiami, po podobizny Papieża Polaka.

Brudna, powycierania podłoga, niewielki stolik nakryty sponiewieraną ceratą w kratę, kilka taboretów i szafka, na której blacie stał słoik z wetkniętą elektryczną grzałką.

Razem z nim w celi było siedmiu mężczyzn w różnym wieku i różnej postury. Każdy z nich obserwował go w milczeniu, ale z ich rozluźnionych ciał wnioskował, że katowanie dobiegło końca. Tylko zaatakowany przez niego skazaniec trzymał się za pokiereszowany nos i trzęsąc się, wpatrywał w niego z przerażeniem w oczach. Emil nie skupiał na nim spojrzenia, odpychał też od siebie trudne myśli, aby współczucie umarło w nim na tak długo, jak będzie to konieczne.

Kiedy Grab podniósł się z klęczek, jeden z wytatuowanych zbirów gwizdnął przez zaciśnięte zęby i ruchem głowy ponaglił więźnia, który zgarnął swe rzeczy z górnej pryczy bliżej okna i przeniósł się niżej. Emil skierował spojrzenie na mężczyznę, który zdawał się górować nad resztą skazanych, i lekko skinął mu głową, po czym zebrał swój przydział z podłogi i położył na wysłużonym materacu.

Dopiero wieczorem, gdy więzienne krzyki ucichły, a noc spowiła celę względną ciemnością, wytatuowany skazaniec, który wcześniej wyznaczył mu miejsce do spania, wdrapał się na pryczę tuż obok niego i przedstawił się szeptem:

– Pacior. – Jego ściszony głos zabrzmiał, jakby miał w gardle ukrytą grzechotkę.

– Grab – odparł były prokurator i zerknął w stronę mężczyzny, którego głowa leżała nie dalej niż trzydzieści centymetrów od jego własnej.

– Wiem. – Pacior uśmiechnął się półgębkiem. – Każdy frajer, każdy cwel i każdy jeden grypsujący w tym kurwidołku wie, kim jesteś.

Grab zamilkł na chwilę, po raz kolejny zastanawiając się nad tym, na jak duże niebezpieczeństwo może go narażać fakt, iż wszyscy tu wiedzieli, kim jest. Doskonale rozumiał, że pytanie o to Paciora nie miało najmniejszego sensu, podobnie jak ponowne próby rozstrzygnięcia tego w swej głowie.

Rozumiał także, że musi czekać, a najbliższa przyszłość przyniesie mu najprawdziwszą odpowiedź.

– Dlaczego mi pomogłeś? – zapytał po chwili, ale Pacior obrócił się na bok i nie odezwał słowem.

Pod drzwiami

Wystarczy jedno mgnienie oka, by cały świat zaczął się walić. Jedna krótka myśl, samotne słowo i ciężki modulowany głos w słuchawce telefonu. W zasadzie nie było w tym nic nadzwyczajnego ani też specjalnie zdrożnego. Natura ludzka jest okrutna i więcej w niej sadyzmu i podłości niż u reszty zwierząt, dlatego nigdy nie lubił, gdy ktoś człowiecze zwyrodnienie nazywał zezwierzęceniem.

Aspirant sztabowy Piotr Orski oglądał ten obrazek zbyt często, by napawał go strachem czy choćby czuł się zaskoczony. Pod tym nietypowym względem doskonale rozumiał wyświechtaną maksymę Terencjusza: Nic, co ludzkie, nie jest mi obce.

Jednak tym razem było inaczej. Przygarbiona kobieta, która siedziała naprzeciw niego, nerwowo spoglądała za okno jego gabinetu, jakby czegoś się obawiała. Orski mimowolnie także zerknął w tamtym kierunku, ale poza rządkiem zaparkowanych samochodów i szeregiem niewielkich kilkurodzinnych kamieniczek po drugiej stronie ulicy, niczego nie zauważył.

Chciało mu się palić, a miał już nadzieję, że przynajmniej na jakiś czas to uczucie dało mu spokój. Ostatnie kilka tygodni było parszywe pod tym względem, ale wczoraj niemal w ogóle nie myślał o papierosach. Widocznie był zbyt naiwny, skoro dał się nabrać, że nałóg odszedł tak szybko.

Gdyby nie wyrzucił tej ostatniej paczki, która leżała na zapas w jego szufladzie, miałby teraz prawdziwy młyn w głowie. Zamiast skupić się na słowach kobiety, wizualizowałby sobie, jak rozpieczętowuje pudełko, stuka w nie od spodu, aż pojawia się pomarańczowy filtr, po czym wsuwa go między zęby i czuje tę słodką… Koniec.

Przyjrzał się dobrze Elżbiecie Mazur i kilkukrotnie pokiwał głową, jakby podjął jakąś decyzję. Kobieta zauważyła to i nachyliła się w jego stronę, jakby chciała nadstawić ucha.

– Niech pani opowie jeszcze raz – powiedział Orski i w bezwarunkowym odruchu sięgnął do kieszonki na piersi po paczkę papierosów, której od kilku tygodni już tam nie było.

– Od początku? – zdziwiła się, obserwując, jak Orski cofa dłoń z lekko skrzywioną miną.

– Od początku – potwierdził i odchylił się na krześle. – Zadzwonił do pani…

– Tak. Z zastrzeżonego numeru, ale pomyślałam, że to może Joasia dzwoni od kogoś, bo przecież swój zgubiła… – zaczęła opowiadać Mazurowa, a w jej oczach znów pojawiły się łzy, które powoli ściekały po policzkach. –

Ale w słuchawce odezwał się ten ciężki, dziwny głos, który był tak straszny… podobny…

– Tak, tak, mówiła już pani – przerwał jej Orski, bo nie miał ochoty po raz kolejny słuchać o tym, że głos brzmiał, jakby sam diabeł do niej przemawiał wprost z piekła.

– Pan mi nie wierzy – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Wręcz przeciwnie – uspokoił ją Orski i wykrzywił usta w czymś na kształt uśmiechu, choć trudno mu było się do tego zmusić. – Chcę tylko ustalić fakty. Co powiedział ten głos?

– Że ma Joasię i że chce za nią trzysta tysięcy złotych w gotówce.

– I co mu pani powiedziała?

– Żeby to udowodnił. – Głośno siąknęła nosem, po czym dodała tytułem wyjaśnienia: – Skąd niby miałam wziąć taką górę pieniędzy?

Orski skupił na niej wzrok i po raz kolejny starał się z wyrazu jej twarzy odgadnąć, czy wszystko, co mu przekazała, jest zgodne z prawdą. Mogła przecież zmyślać. Nie byłby to pierwszy raz, gdy postawił na nogi pół komisariatu, by sprawdzać nieistniejące wątki, zmyślone tropy czy też podejrzenia zrodzone przez umysł pogrążony w niewiedzy i rozdzierającym przerażeniu.

Ale coś mówiło mu, że nie kłamała.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel