Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Smak miłości
Zajrzyj do książki

Smak miłości

ImprintHarlequin
Liczba stron160
ISBN978-83-291-2104-0
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329121040
Tytuł oryginalnyThe Maid Married to the Billionaire
TłumaczKatarzyna Drenda
Język oryginałuangielski
Data premiery2025-12-30
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Smak miłości" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE.

Bajecznie bogaty włoski arystokrata Lorenzo Duante jedzie na angielską prowincję, by przeprowadzić restrukturyzację fabryki. Sam w wielkim domu, nie bardzo wie, jak sprawić, by na stole pojawił się obiad. Na drodze do pizzerii spotyka Skye Davison, która właśnie uciekła od przemocowego chłopaka. By jej pomóc, Lorenzo proponuje Skye posadę gospodyni. Wkrótce uświadamia sobie, że piękna i zaradna Skye mogłaby mu pomóc w czymś jeszcze – jeśli będzie publicznie udawała jego narzeczoną, może wreszcie inne kobiety dadzą mu spokój. Ich z pozoru chłodna relacja szybko zamienia się w grę pełną namiętności…

Fragment książki

Duży i bardzo drogi samochód z napędem na cztery koła już czekał na prywatnym lotnisku w Norwich na przylot Lorenza Duantego.

Dawno nie prowadził – w jego stylu bardziej było wożenie się limuzynami. Ale nie był już dzieckiem, więc nie kręcił nosem; sam wpakował się w tę sytuację i sam musiał sobie z nią poradzić. Nie był zachwycony koniecznością porzucenia życia arystokraty, ale to była przecież część kary. Nawet jeśli jego dziadek, Eduardo Martelli, utrzymywał, że to nie kara, a wyzwanie, którego celem było to, by Enzo w końcu dorósł.

Enzo czuł, że zaraz wybuchnie na samą myśl o tym upokarzającym stwierdzeniu. Jego szczęki zacisnęły się jeszcze mocniej, a wszystkie mięśnie twarzy napięły się jak struny. Miał dwadzieścia siedem lat i nie przepracował ani jednego dnia, jeśli nie liczyć stażu na studiach. Ale przecież odziedziczył fortunę po ojcu, więc dlaczego miałby to robić?

Dziadkowie ze strony matki nie byli zamożni, ale walczyli o opiekę nad wnukiem i, zapewne z racji młodszego wieku i lepszego zdrowia, wygrali w sądzie. Na rozprawie obiecali wychować wnuka na normalnego człowieka. Na tym froncie jednak polegli, nie dając rady całemu sztabowi krewnych i znajomych Durante’ów, którzy nieustannie przypominali o sobie częstymi wizytami, zaproszeniami, prezentami za bajońskie sumy i kuszeniem chłopca luksusowym światem wyższych sfer.

Gdzieś w okolicach dwudziestych trzecich urodzin, świeżo po studiach i ze złamanym sercem, Enzo zaczął ulegać pokusie prowadzenia lekkiego życia bawidamka, które, ku przerażeniu opiekujących się nim dziadków, powoli zaczęło go wciągać w bagno dekadencji. Kilka lat później doszło do nieuniknionego zderzenia skrajnych stylów życia młodego mężczyzny.

Eduardo i Sophie Martelli puszczali większość skandalizujących i kontrowersyjnych nagłówków dotyczących wnuka mimo uszu. Do czasu. Gwoździem do trumny Enza był fatalny błąd, kiedy pewnego wieczoru wraz z równie pijanym towarzyszem zabawy pojawił się na ważnym przyjęciu. Następnego dnia próbował przeprosić dziadków, jednak Eduardo Martelli nie chciał go słuchać, a jego małżonka wciąż załamywała ręce ze wstydu i rozpaczy potęgowanej potępieniem kierowanym w ukochanego wnuka przez jej męża.

W tamtym wstrząsającym momencie Enzo zdał sobie sprawę, że nie były ważne ani pieniądze, ani znajomi, ani żadne potencjalne rozrywki, ale rodzina. Na widok cierpienia babci chciał się zapaść pod ziemię. Ceną za odkupienie swoich przewin miał być dla niego wyjazd do Anglii i prowadzenie niewielkiej, niedawno zakupionej przez jego dziadka firmy i życie w bardziej normalny i pożyteczny sposób. Chociaż w pojęciu Enza nie było w tym nic normalnego.

Gdy dojechał do domu pod miastem, w którym miał odtąd rezydować, był zaskoczony jego wielkością. Co prawda nieobce mu były przestrzenne pokoje, ale raczej w luksusowych apartamentach z obsługą, a nie w starych domach z wieżyczką. Enzo miał nadzieję, że w środku budynek wygląda lepiej niż z zewnątrz. Kilka minut później przekonał się, że nie, a jego oczom ukazała się wyposażona w zakurzone antyki, strasząca pustkami kuchnia we wnętrzu niczym z horroru.

Umierał z głodu, ale jak miał sobie poradzić sam, jeśli nie potrafił gotować? Problemy pierwszego świata, pomyślał. Oczywiście, że da sobie radę.

Godzinę później, wyrzuciwszy do kosza ohydną pizzę na dowóz, podążał do miasta w poszukiwaniu restauracji. Nie znalazł żadnej. Naliczył po drodze dwadzieścia cztery supermarkety, ale heroicznie zdecydował, że przeżyje jedną noc bez kolacji. Zamiast po jedzenie pojechał więc zobaczyć firmę, którą miał wprowadzić w dwudziesty pierwszy wiek.

Biurowiec obok fabryki, której restrukturyzację miał przeprowadzić, był znacznych rozmiarów. Wiedział, że gdy rano pojawi się tam na stanowisku nowego dyrektora generalnego, wszyscy pokochają go jak dżumę. Wcześniej była to firma rodzinna, a on miał wprowadzić znaczące zmiany i pozwalniać część ludzi, by przywrócić jej rentowność.

Wracając do domu, minął kobietę stojącą na poboczu przy masce zepsutego samochodu. Burknął pod nosem. Wcale nie chciał się zatrzymywać. Nie był dobrym Samarytaninem, ale dobre wychowanie nie pozwalało mu pozostawić w takiej sytuacji kobiety samej i narażonej na mnóstwo niebezpieczeństw. Cedząc przez zęby kolejne przekleństwo, zawrócił i opuścił okno, by się wychylić…

Godzinę wcześniej

Skye leżała tam, gdzie upadła, po tym jak Ritchie brutalnie ją od siebie odepchnął. Była tak przerażona, że nie mogła złapać tchu i nie miała pewności, czy fizycznie da radę zaczerpnąć powietrza przez obolałe gardło. Dusił ją, wcześniej uderzywszy w twarz i brzuch, aby ją powalić. Patrzył na nią z góry z nienawiścią w oczach, jak szaleniec, i kopał. Poczuła się, jakby pękła wewnątrz, jakby świat nagle się zatrzymał i zrzucił ją z ogromnej wysokości, a ona wciąż spadała. Była w szoku – Ritchie nigdy wcześniej jej nie uderzył. Krzyczał, ale nigdy nie doszło do fizycznej przemocy.

Ritchie wciąż mielił przekleństwa pod nosem, chodził po sypialni, trzaskał drzwiami i obrzucał ją obelgami. Stała nieruchomo, z zaciśniętymi powiekami, bojąc się, że znowu ją zauważy i skrzywdzi. Albo, co gorsza, tak się wścieknie brakiem reakcji z jej strony, że będzie się wyżywać na dzieciach. Biedny, mały Brodie rzucił się przed nią, próbując ochronić przed atakiem, ale Skye dała radę stanąć między malcem a Ritchiem i zabrać dziecko do sypialni. Ta interwencja rozpętała piekło. Skye musiała jak najszybciej wydostać siebie i dzieci z mieszkania, ale on nigdy nie pozwoliłby jej po prostu go opuścić. Leżała na podłodze, udając martwą, ale jej serce biło w szalonym tempie.

– Ty głupia krowo! Idę do monopolowego! – krzyknął i splunął na Skye. Wstała dopiero, gdy usłyszała trzask zamykanych frontowych drzwi. Każdy ruch sprawiał jej ból, a poobijane żebra wymuszały jęk. Chwilę później frontowe drzwi trzasnęły, a ona wstała, próbując się poruszać, ale zataczała się z bólu i jęczała bezradnie z powodu palącej agonii poobijanych żeber. Wpadła prosto do pokoju dziecięcego, gdzie jej młodszy brat Brodie przerażony łkał na łóżku.

– Wychodzimy – powiedziała, wyciągając do niego rękę i gładząc jego potargane blond loki. – Ale musisz być cichutko.

Skye zabrała też z łóżeczka swoją śpiącą siostrę Shonę i koc, żeby zapewnić dziecku dodatkowe ciepło. Jej stopy były bose i na próżno szukała butów. Wyraźnie niespokojny mały przywarł do niej i nie chciał puścić, co nie było zaskakujące po tym, czego był świadkiem. Samo to, że Ritchie ją zaatakował, było wystarczająco złe, ale to, że mógłby skrzywdzić dwulatka, przekraczało wszelkie granice.

To moja wina, wyrzucała sobie. W końcu to ona zdecydowała się zamieszkać z Ritchiem. Była głupia, że pozwoliła takiemu potworowi zbliżyć się do jej rodzeństwa, że naraziła je na takie ryzyko. Nie przypuszczała nawet, do czego był zdolny. Teraz już wiedziała, że popełniła okropny błąd, i musiała odejść. Nie miała czasu, by się spakować – istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że Ritchie wróci, zanim zdążą uciec. Rzeczy mogą poczekać. Wróci po nie, kiedy wszystko się uspokoi, a on, miejmy nadzieję, będzie w pracy.

Nerwowo przypięła dzieci do fotelików samochodowych i opadła na siedzenie kierowcy, odmawiając przez chwilę modlitwę do starożytnego bóstwa pojazdów mechanicznych, aby Mavis – stary samochód po mamie, który potrafił mieć swoje humory – zapalił. Kiedy usłyszała warkot silnika, odetchnęła z ulgą i ruszyła, dopiero teraz martwiąc się, dokąd pojedzie, i mając nadzieję, że gdzieś w mieście znajdzie się jakieś miejsce skłonne ich przyjąć. Może schronisko dla bezdomnych albo schronisko dla kobiet? Oby, bo inaczej będą zmuszeni spędzić noc w samochodzie. Ucieczka od Ritchiego była dopiero pierwszym krokiem na kamienistej drodze, którą miała przed sobą. Poczuła, że znowu zaczyna ją męczyć poczucie winy.

– Potrzebujesz pomocy? – spytał Enzo, wychylając się przez okno swojego samochodu.

– Znasz się na samochodach? – odpowiedziała pełnym nadziei pytaniem Skye.

Enzo wysiadł z tłumionym westchnieniem. Będąc nastolatkiem, spędzał wiele czasu, majsterkując przy silnikach, i już jedno spojrzenie pod zardzewiałą maskę wystarczyło, by stwierdzić, że minęła co najmniej dekada, odkąd staruszek widział warsztat.

– To może być którykolwiek z wielu problemów w tym aucie – zauważył cierpko. – Dzwoniłaś po pomoc drogową i do ubezpieczyciela?

– Nie i nie mam w tej chwili nikogo, do kogo mogłabym zadzwonić – stwierdziła niezręcznie, odsuwając się od onieśmielającego w swej elegancji, wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyzny w garniturze.

Enzo spojrzał na nią dokładniej, dopiero kiedy podniósł oczy znad silnika. Jej blond loki falowały wokół trójkątnej twarzy niczym potargana lwia grzywa… Zauważył, że z jej twarzą coś jest nie tak. Gdyby tylko wyszła z cienia, mógłby się jej lepiej przyjrzeć.

– Musi ktoś być – powiedział z przekonaniem Enzo. – Przyjaciele? Rodzina?

– Nie, o tej porze naprawdę nie mam do kogo się odezwać – upierała się niezręcznie, przestępując z nogi na nogę. Enzo znieruchomiał i z niedowierzaniem przyglądał się jej bosym stopom.

– Dlaczego nie masz butów? Jest zimno!

– Spieszyłam się – odpowiedziała, bezskutecznie próbując się roześmiać. Uniosła dłoń do twarzy i skrzywiła się z bólu.

– Jesteś ranna. Miałaś wypadek? Czy mam wezwać policję?

– Nie, proszę, nie wzywaj policji – nalegała, drżąc z przerażenia.

– W takim razie jak mogę ci pomóc?

– Po prostu jedź dalej. Jesteś bardzo uprzejmy, ale nie możesz mi pomóc w żaden sposób. Chyba że naprawisz mi samochód – mruknęła niepewnie.

– Nie mogę cię tu zostawić samej – sprzeciwił się Enzo, patrząc na nią z góry, gdy zmieniła pozycję. Była młodziutka, bardzo drobna – miała około metra pięćdziesiąt i na oko ważyła może czterdzieści pięć kilo – i całkiem przemoczona.

– Na pewno nie mogę cię gdzieś podrzucić?

Kiedy ruszyła się z miejsca, zobaczył jej spuchniętą twarz, częściowo przymknięte oko i pierścień ciemnoniebieskich siniaków okalających szyję niczym makabryczny naszyjnik.

– Madonna mia, ktoś zrobił ci krzywdę! Czy dlatego tak szybko wyszłaś z domu?

– Tak, uciekamy, ale nie idzie nam zbyt dobrze – wymamrotała drżącym głosem.

– Zadzwonię po pomoc drogową – poinformował ją Enzo, wygrzebując swój telefon. Trochę go zastanawiało, dlaczego powiedziała „my”, skoro była sama.

– Nie jestem pewna, czy mnie na to stać.

– Pokryję koszty – nalegał Enzo, szukając w telefonie numeru, który pozwoli mu ruszyć w swoją stronę. – Ale pozwól, że zabiorę cię teraz do najbliższego szpitala. Potrzebujesz pomocy lekarskiej.

– Czy wyglądam aż tak źle?

– Wyglądasz, jakby ktoś próbował cię udusić i obił ci twarz. – Choć Enzo wiedział, że niektórzy mężczyźni biją kobiety, nigdy w życiu się z czymś takim nie spotkał i był zszokowany stanem, w jakim znajdowała się Skye. – Powinien się tobą zająć lekarz, ale nadal uważam, że najpierw najlepiej pojechać na policję.

– Nie mogę iść na policję.

Enzo opuścił telefon, marszcząc brwi ze zirytowania.

– Twój samochód będzie można odebrać dopiero jutro. Odwiozę cię do miasta.

– Nie znam cię, nie mogę wsiąść z tobą do samochodu!

– Nazywam się Lorenzo Durante. Przyjaciele mówią do mnie Enzo. A ty?

– Skye Davison – odrzekła niechętnie.

– Jeśli cię tu zostawię – mruknął sucho Enzo – poinformuję policję o twojej lokalizacji i stanie, w jakim cię znalazłem.

– Dlaczego miałbyś to zrobić?

– Gdyby coś ci się stało, to ja będę odpowiedzialny za twój stan – dokończył ponuro.

– Och, na litość boską! – wykrzyknęła Skye, tracąc cierpliwość.

– Mam rozwiązanie. Jedna z moich pracownic jest wykwalifikowanym ratownikiem medycznym. Paola mogłaby cię zobaczyć u mnie w domu, ale najpierw kupmy ci buty.

– Paola… To kobieta?

Enzo skinął głową na potwierdzenie i zobaczył, jak część napięcia Skye odpuszcza, jakby wzmianka o innej kobiecie dodała jej otuchy.

– Ale najpierw kupimy ci parę butów – powtarzał uparcie, najwyraźniej uznając, że jej brak butów jest nie do zniesienia. Skye ustąpiła.

– Będę musiała przenieść foteliki… i mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko psom.

Enzo zmarszczył brwi ze zdziwienia, gdy odwróciła się, żeby otworzyć drzwi od strony pasażera.

– Foteliki? Masz psa?

W mrocznym wnętrzu starego samochodu dostrzegł dziecko przykryte kocem po brodę, a za nim drugie śpiące dziecko. Jakieś małe stworzonko zeskoczyło z fotela pasażera i zatańczyło wokół jego stóp.

– To Sparky – powiedziała ochryple, odpinając pasy przytrzymujące dziecko, które uniosła na czas przenoszenia fotelika.

W ciemności rozbłysły reflektory innego samochodu. Enzo pochylił się, podniósł małego jamnika i wsadził go prosto do samochodu, zanim ten zdążył wbiec na drogę. Skye mocowała się z fotelikiem dla dziecka; Enzo wyjął go z jej rąk i umieścił na tylnym siedzeniu. Zauważywszy, że odczuwa zbyt duży ból, by się schylić, sięgnął do środka, włożył dziecko do wygodnego nosidełka i ponownie zapiął pas.

– Dzięki – powiedziała ze zdziwieniem, przyzwyczajona do tego, że Ritchie nigdy nie pomagał przy dzieciach. Chłopczyk rozpłakał się, gdy tylko zobaczył Enza.

– To nie twoja wina – westchnęła. – Po prostu trochę boi się mężczyzn po tym, co zobaczył dziś wieczorem.

– To wszystko rozegrało się na jego oczach? – wykrzyknął Enzo, wyciągając malucha.

– Niestety. Czuję się z tego powodu bardzo winna – szepnęła.

– Nie masz powodu – odpowiedział szczerze. – To nie twoja wina, że cię zaatakowano.

Enzo przymocował drugi fotelik i pomógł Skye umieścić w nim chłopca. Nie mógł wyjść ze zdumienia, jak to się stało, że nagle w jego samochodzie znalazło się dodatkowo dwoje dzieci i pies. Nie mógł im jednak nie pomóc – to była nagła konieczność.

Gdy cała ferajna została bezpiecznie wpakowana na tylne siedzenie, Skye z bólem, powoli wdrapała się na przednie siedzenie pasażera.

– Okropnie mi przykro – wymamrotała. – Jestem pewna, że nie potrzebujesz kłopotów.

– Odrywam myśli od własnych problemów – odparł spokojnie. – Zadzwonię do Paoli, kiedy będziesz kupować buty.

Jego całkowity spokój i pewność siebie cudownie koiły jej zszargane nerwy.

– Zostaniesz w samochodzie z dziećmi? – zapytała, sama zdziwiona tym, co usłyszała ze swoich ust.

– Nie zamierzam ich porzucić i nie chcemy ich ponownie przenosić o tej porze, w nocy – zauważył. Kilka minut później zaparkował na parkingu i powiedział: – Czy chcesz, żebym to ja poszedł kupić ci buty?

Skye pokręciła głową i to też zabolało. Czuła, że ani jedna część jej ciała nie była wolna od bólu.

– Nie, poradzę sobie.

Sięgnęła po swoją torbę. Ulżyło jej, że ją zabrała.

Weszła do sklepu, a ochroniarz przy drzwiach ledwo na nią spojrzał. Chwyciła koszyk i wybrała z wystawy parę płóciennych butów, po czym pospieszyła do działu dziecięcego, żeby kupić pieluszki, mleko dla niemowląt i butelkę oraz kilka innych artykułów pierwszej potrzeby dla rodzeństwa, ciesząc się, że miała dość pieniędzy z niedawnego zwrotu podatku na pokrycie swoich zakupów. Kiedy wróciła do samochodu, Enzo rozmawiał przez telefon w innym języku – rozmawiał z Paolą i prosił starszą kobietę, by spotkała się z nim w domu. Choć skarżyła się, że znowu wyszedł bez ochroniarzy, on zamiast wyjaśniać, dlaczego, opowiedział jej o Skye i dzieciach. Chciała wiedzieć, dlaczego Skye nie chciała iść na policję. Enzo przyznał, że nie ma pojęcia i wahał się, czy napierać, żeby się nie przestraszyła. Myślał, że ważniejsze jest, żeby jej pomóc, niż żądać odpowiedzi na pytania w sprawach, które, ściśle mówiąc, nie są jego sprawą.

– Paola spotka się z nami w moim domu – zaproponował, kończąc rozmowę. – Jeśli dasz mi dziesięć minut, pójdę kupić kawę i kilka niezbędnych rzeczy, ponieważ nie mam w domu nic do jedzenia.

– Dlaczego? – zapytała.

Gdy wysiadł i oświetliły go światła sklepu, zobaczyła go po raz pierwszy wyraźnie i oddech uwiązł jej w gardle. Był wyjątkowo przystojny – miał wyraźne kości policzkowe, mocną, twardą linię szczęki i ciemne, głęboko osadzone oczy pod prostymi, hebanowymi brwiami. Jego włosy były czarne i gęste, krótko przycięte. Roztaczał wokół siebie aurę stylu i klasy, począwszy od fryzury, po modny krój garnituru.

– Przyjechałem dopiero dziś wieczorem. Nie miałam czasu, żeby cokolwiek kupić.

– Obejdę się bez kawy – powiedziała.

– Cóż, ja nie – odparł, unosząc idealnie ciemną brew.

Kiedy zniknął, zdała sobie sprawę, że ktoś całkiem nieznajomy był dla niej miły, podczas gdy mężczyzna, o którym myślała, że ją kocha, prawie ją zabił. Enzo wrócił z kilkoma torbami.

– Mieszkam niedaleko. Paola powie ci, czy uważa, że powinnaś jechać do szpitala.

– Jak miałabym jechać do szpitala z dziećmi? – zapytała ze smutkiem.

– Musiałaś być bardzo młoda, kiedy je urodziłaś – zauważył Enzo.

– To moje rodzeństwo – zwierzyła się. – Moja matka i ojczym zginęli w katastrofie kolejowej prawie rok temu. Shona miała zaledwie miesiąc.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel