Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Szachistka z Auschwitz
Zajrzyj do książki

Szachistka z Auschwitz

Data premiery2022-06-01
Liczba stron464
ISBN978-83-276-7974-1
Wysokość215
Szerokość145
Oprawamiękka
TłumaczBarbara Budzianowska-Budrecka
Tytuł oryginalnyThe Last Checkmate
EAN9788327679741
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Młoda Polka, osadzona w KL Auschwitz jako więzień polityczny, rozgrywa partie szachów, w których stawką jest jej własne życie.

Maria Florkowska jest kochającą córką, zapaloną szachistką, a także nad wiek odważną działaczką ruchu oporu w okupowanej Warszawie. Aresztowana przez gestapo trafia do Auschwitz, gdzie tylko przypadkiem unika losu swojej rodziny. Dostrzegając szachowe umiejętności Marii, sadystyczny zastępca komendanta Karl Fritzsch zmusza ją do rywalizacji, która ma dostarczać rozrywki jemu i strażnikom obozu. Nie ukrywa przy tym, że kiedy znudzi go jej gra, bez wahania ją zastrzeli.

Maria zaprzyjaźnia się z ojcem Maksymilianem Kolbem, który staje się dla niej wzorem i dodaje jej otuchy. Próbuje przezwyciężyć ból i za wszelką cenę przeżyć. Przez straszliwe obozowe lata opiera swoją strategię na trzech zasadach: Żyć. Walczyć. Przetrwać. Chytrze prowokując Fritzscha na oczach jego przełożonego, zamierza doprowadzić do jego upadku – tylko wtedy zdoła uniknąć jego groźby i dożyć chwili, gdy sprawiedliwość dosięgnie zbrodniarza.

Wobec zbliżającego się końca wojny Maria postanawia zrealizować swój plan do końca i stanąć do ostatniej rozgrywki z oprawcą, choć wie, że to oznacza życie lub śmierć, sprawiedliwość lub klęskę. Czy zdoła po raz ostatni stawić czoła Fritzschowi?

Fragment książki

Auschwitz, 20 kwietnia 1945 r.

Przed trzema miesiącami uciekłam z piekła, które więziło moje ciało. Wciąż jednak nie mogę uwolnić się z tego, które więzi duszę, jakbym nigdy nie zrzuciła szaro-niebieskiego pasiaka i nie wyszła za kolczaste druty pod napięciem. Wolność, której szukam, wymaga innej ucieczki. Mogę się na nią odważyć dopiero teraz, gdy tu wróciłam.
Drobny deszcz i mgła jeszcze bardziej potęgują grozę szarego poranka. Tak samo jak wtedy, gdy po raz pierwszy stanęłam w tym miejscu, wpatrzona w nawołujący z oddali żelazny napis:
ARBEIT MACHT FREI
Wyjmuję z małej torebki list i ponownie czytam słowa, które znam już na pamięć. Potem wyciągam pistolet, luger P08, i go sprawdzam. Niczym się nie różni się od tego, który ojciec zachował jako trofeum z pierwszej wojny światowej i z którego nauczył mnie strzelać.
Rzucam torebkę na ziemię, poprawiam bluzkę i wsuwam pistolet do kieszeni spódnicy. Gdy stąpam po żwirze, zapach świeżej ziemi miesza się z deszczem, ale mogłabym przysiąc, że czuję woń rozkładających się ciał, dymu papierosów, broni i krematoriów. Drżąc, krzyżuję ręce na piersi i głęboko wciągam powietrze, by upewnić się, że jest czyste.
Po przejściu przez bramę zatrzymuję się. Jest cisza. Nie słyszę tupotu żołnierskich butów, przekleństw i obelg, świstu pejcza i głuchych uderzeń pałek. Nie ma warczących psów i orkiestry wygrywającej niemieckie marsze.
Auschwitz opustoszał.
Podczas gdy w mojej głowie donośnie się odzywa ostrzegawczy głos, cichy szept przypomina, że oto nadszedł dzień, na który czekałam. Jeśli nie wykorzystam tej szansy, drugiej już nigdy nie będzie. Ruszam więc pustą ulicą, mijam kuchnię i obozowy burdel. Przy bloku nr 14 skręcam i docieram do celu. Ręką zanurzoną w drugiej kieszeni dotykam paciorków różańca.
Plac apelowy – miejsce naszych spotkań.
On już jest.
Sukinsyn stoi przy drewnianym baraku i wygląda tak, jak go zapamiętałam: niewiele wyższy ode mnie i niepozorny, wręcz pospolity. Pomimo deszczu jego wyprasowany mundur SS jest suchy, pistolet zwisa u boku, a na lśniących oficerkach nie widać odprysków błota. Świdruje mnie spojrzeniem, gdy przystaję kilka metrów od niego.
– Więźniarko szesnaście tysięcy sześćset siedemdziesiąt jeden – odzywa się Fritzsch – wolę cię w pasiaku.
I chociaż przez lata tak mnie nazywano, sposób, w jaki wymawia „szesnaście – tysięcy – sześćset – siedemdziesiąt – jeden”, odbiera mi głos. Dotykam kciukiem przedramienia, gdzie mój tatuaż ostro odcina się od bladej skóry, a potem przesuwam palcem nieco wyżej, do linii pięciu okrągłych blizn. Ten prosty gest przywraca mi mowę.
– Nazywam się Maria Florkowska.
Fritzsch rechoce.
– Jeszcze się nie nauczyłaś trzymać gęby na kłódkę, ty durna Polko?
Zaczyna się ostatnia rozgrywka. Mój mózg to mój król, mój ból jest hetmanem, pistolet to wieża, a ja jestem pionem. Moje bierki są już ustawione na ogromnej szachownicy. Biały pion naprzeciw czarnego króla.
Fritzsch skinieniem głowy wskazuje stolik pośrodku placu. Wszędzie bym rozpoznała tę szachownicę i te bierki. Nasze kroki na żwirze są jedynym odgłosem, który zakłóca ciszę. Zanim się zatrzymam, by usiąść po stronie białych, słyszę:
– Pamiętasz warunki naszej umowy? Jeśli mnie znudzisz, nie będę czekał na koniec gry.
Z ręką na pistolecie rusza, by zastąpić mi drogę. Wolno wciągam powietrze. Znów jestem dziewczynką otoczoną przez mężczyzn na placu apelowym. Wszyscy wpatrują się we mnie, gdy rozgrywam partię szachów z człowiekiem, który może wpakować mi kulę w czaszkę, jeśli da mi mata.
Ciężka cisza przeciąga się do chwili, aż uznaję, że powinnam się odezwać:
– Co mam zrobić?
Z jego gardła dobywa się pomruk zadowolenia. Nienawidzę się za to, że dałam mu tę satysfakcję.
– Znacznie lepiej służy ci uległość niż impertynencja – mówi, gdy patrzę, jak zbliżają się jego stopy. – Przejdziesz na drugą stronę.
Odbiera mi moje białe bierki oraz przewagę pierwszego ruchu tak beztrosko, jak odebrał mi wszystko. Ale nie potrzebuję przewagi, by go pokonać.
Przechodzę na drugą stronę szachownicy i wpatruję się w krople wody lśniące na czarnych bierkach. Fritzsch otworzy królewskim gambitem. Wiem, że tak zrobi, bo to moje ulubione otwarcie. Na pewno on też je zastosuje.
Mam rację. Pionek królowej na d4. Samotny biały pionek stoi dwa pola przed swoim rzędem, dążąc do opanowania centrum planszy. Kiedy pionek mojej czarnej królowej spotyka się z jego pionkiem w centrum, bije drugim pionkiem na lewo od pierwszego, kończąc w ten sposób otwarcie.
Potem opiera się łokciem o stół.
– Twój ruch, szesnaście tysięcy sześćset siedemdziesiąt jeden.
Tłumię cisnące się na usta: „Jawohl, Herr Lagerführer”.
Nie jest już zastępcą komendanta mojego obozu. Nie zamierzam go w ten sposób honorować.
Gdy milczę, zaciska kąciki ust. Pomimo chłodu tego szarego poranka, oblewa mnie gorąca fala satysfakcji. Z rękami na stole przyglądam się szachownicy, czując na kolanach ciężar pistoletu wciśniętego w kieszeń.
Fritzsch przygląda mi się, gdy sięgam po bierkę. Jego oczy błyszczą, jakby oczekiwał, że coś powiem. Kusi mnie, by to zrobić choćby jedynie po to, żeby się uwolnić od niego i tego miejsca. Ale nie, nie mogę. Jeszcze nie czas. Dopiero gdy ten czas nadejdzie, zażądam odpowiedzi na pytania, które wciąż czekają. Jeśli teraz mnie zawłaszczą, jeśli zapomnę o celu…
Wykonuję ruch i wygładzam spódnicę, szukając pretekstu, by ukryć ręce pod stołem. Nie pozwolę im drżeć. Ta gra jest zbyt ważna. Wciąż są spokojne, ale w każdej chwili może się to zmienić.
Kończ tę grę, Mario.
Szachy to moja gra. Zawsze tak było.
I teraz, po tym wszystkim, skończę ją tak, jak chcę.

Rozdział 2

Warszawa, 27 maja 1941 r.

Od kiedy razem z rodziną znalazłam się na Pawiaku, w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: „Zaraz przyjdzie po mnie gestapo”.
Siedziałam w kącie celi z podkulonymi kolanami i dotykałam kciukiem pękniętej dolnej wargi. Początkowo myślałam, że tajna niemiecka policja nie będzie chciała tracić czasu na kogoś takiego jak ja. Że wystarczy rzut oka na mój jasny warkocz i szeroko otwarte oczy, by uwolnić mnie z podejrzeń.
Ale było już na to za późno. Mieli w rękach dowody moich działań.
Na wąskiej żelaznej pryczy z brudnym siennikiem Zosia kurczowo obejmowała rękę mamy. Jakiś więzień wleczony przez straże, potykając się, mijał właśnie naszą celę, ale moja mała siostra nie wypuściła matki i nie przestała się wpatrywać w kraty na drzwiach. W korytarzu głośnym echem rozbrzmiewały błagania o litość, czym nieszczęśnik zasłużył jedynie na kopniaki i ciosy prowadzących go strażników. W końcu mama łagodnie uwolniła się z uścisku Zosi, a potem zaczęła się bawić jej złotymi lokami, zapewne licząc na to, że odwróci jej uwagę.
Natomiast Karol zdawał się nie pamiętać o scenie, która się przed nami rozegrała. Wstał z brudnej podłogi i podbiegł do siedzącego na drugim końcu pryczy ojca.
– Tato, kiedy wrócimy do domu, będę się bawić moimi żołnierzykami – oznajmił.
– A czy twoi żołnierze pokonają Niemców?
– Zawsze tak jest – zapewnił Karol. – Możemy już iść?
– Wkrótce. Już niedługo – odparł tata, jednocześnie wymieniając z mamą pełne zwątpienia spojrzenie, które często widziałam od chwili wkroczenia Niemców.
Nie umiałam sobie nawet wyobrazić, jak bardzo muszą mnie winić. Wprawdzie tego nie okazywali, ale musieli tak to odczuwać nawet jeśli nie ze względu na siebie, to na pewno z powodu Zosi i Karola. Moje czyny wtrąciły do więzienia dwoje niewinnych dzieci. Byliśmy tu zaledwie od kilku dni, ale ciche, bolesne westchnienia rodziców, ich daremne próby dodania nam otuchy, marudzenie siostry i płacz głodnego brata wciąż mi przypominały, że jestem sprawcą ich nieszczęścia.
Gdy Karol wspiął się na kolana taty, moją uwagę przykuł nowy odgłos. Kroki.
Rodzice wyciągnęli do siebie ręce. Był to zwykły gest, ale wykonali go jednocześnie, poruszając się w tym samym czasie i tempie, idealnie ze sobą zgrani. Dwie połówki całości. Ich ręce na chwilę się dotknęły, nim spojrzeli na mnie. Lepiej, by tak się nie stało, bo pochwytując wyraz ich oczu, poczułam, że uginają się pode mną kolana.
Mama zepchnęła Zosię i Karola na sam koniec pryczy, jakby ta zardzewiała żelazna konstrukcja mogła ich ochronić, a tata wstał. Jego chora noga przy obciążeniu mocno dawała się we znaki, więc krzywiąc się z bólu, oparł się dłonią o ścianę, by utrzymać równowagę. Tylko tyle mógł zrobić bez laski. Cisza wypełniła małą przestrzeń celi, podczas gdy odgłos ciężkich butów wyraźnie się zbliżał. Potem otworzyły się drzwi i stanęło w nich dwóch strażników. Gdy jeden z nich wskazał na mnie, zamarłam, tym bardziej że zaraz padł rozkaz:
– Wychodzić!
Wciąż powtarzałam sobie, że jeśli po mnie przyjdą, nie będę się opierać, by mnie nie poturbowali. Ale nie byłam w stanie się poruszyć.
Tata rzucił się do przodu. Nie wiedziałam, jak zdołał utrzymać się na nogach, ale stał aż do chwili, gdy jeden ze strażników powalił go ciosem na ziemię.
Mama przyciskała mnie do ściany, osłaniając własnym ciałem.
– Zostawcie ją! – Jej krzyki rozbrzmiewały w małej przestrzeni celi nawet wtedy, gdy mocne szarpnięcie odrzuciło jej głowę w tył. Wciąż ciasno mnie obejmowała, ale strażnik, który złapał ją za włosy, odciągnął nas od ściany i wyrwał mnie z jej uścisku.
Instynktownie wiłam się i wykręcałam, choć nie miało to sensu. Obojętni na moje żałosne wysiłki, po prostu wyciągnęli mnie z celi, zatrzasnęli drzwi i skuli nadgarstki ciężkimi kajdankami. W miarę jak się oddalaliśmy, cichły krzyki mojej rodziny, a mnie ogarnęło złowróżbne przeczucie: czy kiedykolwiek do nich wrócę?
Gdy posuwaliśmy się długimi, zimnymi korytarzami, naszym krokom towarzyszył brzęk kajdanków i głuchy łoskot butów. Nawet mój oddech był głośny. W powietrzu unosiła się woń metalu, krwi, potu i Bóg wie czego jeszcze. Gdyby cierpienie pachniało, byłaby to woń tego miejsca.
W końcu jeden ze strażników otworzył drzwi, drugi pchnął mnie przez próg i ukazał mi się świat skąpany w ostrym świetle. Oślepiona, potykając się, brnęłam przed siebie, aż wreszcie kolejne pchnięcie znów wtrąciło mnie w ciemność. Zamrugałam, a gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że jestem w ciężarówce. Siedziałam wśród innych więźniów na niskiej drewnianej ławce ustawionej wzdłuż bocznej ściany wozu. Nad moją głową rozciągała się czarna plandeka, blokując pole widzenia. Nagły ryk włączonego silnika niemal wyrzucił mnie z miejsca. Gdy ciężarówka z łoskotem potoczyła się przez ulice Warszawy, utrzymałam równowagę tylko dzięki temu, że byliśmy zbyt stłoczeni, by ktokolwiek mógł upaść.
Jazda nie trwała długo. Kiedy bezlitosna ręka wyciągnęła mnie z wozu, zobaczyłam, że stoję w alei Szucha przed numerem 25. Przed siedzibą gestapo.
Mocno zacisnęłam powieki, chroniąc się przed blaskiem słońca, a może przed widokiem potężnego gmachu, na którym powiewały hitlerowskie flagi. Jeden ze strażników coś wrzasnął, z czego zrozumiałam tylko kilka słów, w tym „polskie świnie” i „marsz”. Ruszyłam więc w ślad za innymi więźniami z Pawiaka, wchodząc przez dziedziniec do środka, a potem w dół schodami w otchłań potępienia. Zagłębiając się w wąskie, brudne i ciemne korytarze, z każdym krokiem pogrążałam się w gmachu gestapo, aż w końcu dotarliśmy do pustej celi. Tam złapał mnie strażnik i zarechotał, gdy przerażona odskoczyłam. Zdjął mi jednak kajdanki i polecił przejść do „tramwaju”. Uznałam, że chodzi mu o rząd drewnianych krzeseł, które ustawiono frontem do tylnej ściany.
Żelazne drzwi z łoskotem się zamknęły. Ciasne pomieszczenie cuchnęło krwią i uryną, fetor trwogi i grozy był tak ostry, że tłumiłam fale mdłości.
Byłam najmłodsza z więźniów.
Siedziałam na małym i twardym krześle za kobietą, której lewa ręka, spuchnięta i okaleczona, zwisała bezwładnie. Zapewne była złamana. Wpatrywałam się w tył jej głowy, zbyt przerażona, by się poruszyć i oddychać.
Kątem oka, gdyż bałam się obrócić, zauważyłam, że obok mnie na pomalowanej na czarno ścianie ktoś coś wydrapał. Może to było imię? Może bohaterski apel o wolność i niepodległość? A może ślad paznokci więźnia, którego wleczono na kolejne przesłuchanie, a on był przerażony, że tym razem się załamie?
Szmer naszych płytkich oddechów zakłócił inny dźwięk. Uniosłam wzrok ku otwartemu okienku, przez które docierały odgłosy z góry. Były to wrzaski śledczego, ledwie słyszalny szept więźnia, ciosy, krzyki i szlochy. Słuchanie odgłosu tortur było chyba jeszcze gorsze niż samo oczekiwanie.
Strażnicy kolejno wzywali więźniów z naszej celi. W daremnym wysiłku, by zachować spokój, zamknęłam oczy i próbowałam głęboko oddychać. Wdech i wydech, powoli i regularnie. Ale napełniło to tylko moje nozdrza fetorem krwi, uryny oraz brudnych, niemytych ciał. Za każdym razem, gdy jakiś strażnik przychodził po następnego więźnia, z łomocącym sercem oczekiwałam na swoją kolej.
Kiedy jednak usłyszałam w końcu:
– Maria Florkowska – ogarnęło mnie paraliżujące oszołomienie.
Moje ciało zdawało się przykute do krzesła, a ja gotowa byłam dać wszystko, by pozostać tu do końca życia, zamiast iść na przesłuchanie. Ale musiałam chronić rodzinę i organizację. Modląc się o hart ducha, wstałam.
Na górze usiadłam przy prostokątnym stole plecami do portretu Hitlera. Gdy rozglądałam się wokół, obok mnie stanęli dwaj strażnicy. Za biurkiem w kącie siedziała kobieta, która z obojętną miną trzymała dłonie na klawiaturze maszyny do pisania. Poza tym pokój był pusty, oprócz odległej ściany, przy której leżały bicze, gumowe pałki i inne narzędzia tortur.
Splotłam pod stołem dłonie, próbując powstrzymać ich drżenie.
Otworzyły się drzwi, zwiastując przybycie śledczego. Wszedł Sturmbannführer Ebner, ten sam, który nas aresztował.
Po wkroczeniu Niemców w 1939 roku, gdy ustały bombardowania i mogliśmy wyjść z piwnicy naszego domu, widziałam leżącego na ulicy martwego konia. Rozdziobywały go ptaki, odrywały mięso i żyły od kości, plamiąc ziemię czerwienią i pozostawiając rozkładowi zniekształconą krwawą masę. Gdy Ebner usiadł na wprost mnie, przyglądając się jego powierzchowności, począwszy od przedwczesnej łysiny aż po haczykowaty nos, nie mogłam się uwolnić od obrazu tych ptaków nad końską padliną.
– Nazywam się Wolfgang Ebner – rzucił lekko, jakbyśmy byli starymi znajomymi, którzy po latach się rozpoznają. – A ty jesteś Maria Florkowska, prawda?
Słysząc swoje nazwisko wypowiedziane przez jego usta, wzdrygnęłam się z obrzydzenia, ale nie potwierdziłam ani nie zaprzeczyłam, a kiedy rozległ się brzęk maszyny do pisania, aż podskoczyłam, mając nadzieję, że tego nie dostrzegł.
– Czy może powinienem powiedzieć Helena Pilarczyk? – W jego głosie brzmiała lekka ironia, a przed nim leżał mój dokument tożsamości, czyli fałszywa kenkarta. Otworzył ją, demonstrując sfabrykowane informacje oraz sfałszowane urzędowe pieczątki na mojej fotografii i podpisie. Gdy wciąż milczałam, odsunął kenkartę na bok. – Jeśli pamiętam, świetnie znasz niemiecki, ale mogę wezwać tłumacza, gdybyś wolała omówić tę sprawę w swoim rodzimym języku.
Tłumacz tylko by przedłużył całą procedurę, a ja modliłam się w duchu, by jak najszybciej się skończyła.
– Tak, dobrze znam niemiecki – jakimś cudem udało mi się odpowiedzieć spokojnym głosem.
Ebner skinął głową, po czym wyjął paczkę papierosów, zapalił i nieśpiesznie się zaciągnął, a potem powoli wypuścił z ust szary obłok. Gdy dym wypełnił przestrzeń między nami, przesunął paczkę w moją stronę, a kiedy nie skorzystałam z propozycji, schował papierosy do kieszeni.
– Chcę tylko prawdy. Jeśli będziesz współpracować, dojdziemy do porozumienia.
A ja jakbym usłyszała Irenę:
– Na Boga, Mario, ile już razy mówiłam, co ci bandyci z tobą zrobią?
Przyjaciółka z konspiracji nasyciła moją wyobraźnię opowieściami o bestialstwach gestapo, i te żywe opisy drastycznie przeczyły zapewnieniu Ebnera.
Maszyna do pisania hałasowała przenikliwie, a on palił, czekając, aż coś powiem. Gdy nie otwierałam ust, wyraz jego twarzy nie uległ zmianie, tylko w oczach rozbłysła irytacja.
– Przypuszczam, że wiesz, jakie kary grożą za pomoc Żydom – powiedział, a ja oczywiście wiedziałam.
Ale czy takiemu pionkowi, jakim byłam w ruchu oporu, mogła grozić jakaś poważniejsza kara? A tym bardziej kara śmierci?
Położył przede mną drugi dokument.
– Dostarczałaś podziemnej organizacji metryki chrztu?
Trudno było zaprzeczać, gdy dowody leżały na wprost mnie. Skinęłam.
– Jak ukryłaś tę działalność przed swoją rodziną?
– A czy pana rodzice wiedzieli o wszystkich pana wybrykach?
Zachichotał.
– Nie, raczej nie.
Moje kłamstwo musiało być znacznie bardziej przekonujące, niż mi się zdawało. Jeśli Ebner uwierzył, że rodzice nie wiedzieli o mojej działalności w konspiracji, to może uda się go również przekonać, że nie byli w nią zaangażowani. Wszystko, byle tylko oszczędzić im śledztwa.
Upuścił niedopałek na podłogę i zgasił go obcasem. Potem położył metrykę chrztu obok mojej kenkarty i powolnym, przemyślanym gestem nachylił się nade mną, świdrując mnie przenikliwym wzrokiem jak drapieżnik paraliżujący ofiarę. Chociaż starałam się nie drgnąć, zacisnęłam dłoń na krawędzi krzesła.
– Dla kogo pracujesz?
Nadal mówił spokojnym głosem, ale w jego pytaniu kryła się groźba. Desperacko pragnęłam zapobiec temu, co mnie czekało, jeśli mu nie odpowiem, ale oparłam się pokusie. Nie, nie pozwolę, by zmusił mnie do zdrady.
Bolały mnie już palce, które kurczowo zacisnęłam na krawędzi krzesła. Ebner posiadał nade mną władzę absolutną. Mógł zrobić wszystko, dosłownie wszystko zarówno mnie, jak i mojej rodzinie. Czekając na przesłuchanie, słyszałam, co gestapo robi z więźniami, którzy opierają się przed wyznaniem prawdy. Wszelkimi sposobami stara się tę prawdę z nich wydrzeć. I właśnie na mnie przyszedł czas. Wiedziałam, że tak.
– Moja rodzina mieszka w Berlinie – powiedział Ebner, sadowiąc się na krześle. – Ta rozłąka jest dla mnie bardzo trudna.
Czy ten gestapowiec, który przesłuchiwał młodziutką dziewczynę i roztaczał nad nią złowrogą aurę terroru, naprawdę myślał, że uwierzę, jak bardzo jest czuły i wrażliwy?

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.

Dbamy o Twoją prywatność


Sklep korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zamknij
pixel