Ucieczka przed miłością / Noc z szejkiem
Przedstawiamy "Ucieczka przed miłością" oraz "Noc z szejkiem", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN GORĄCY ROMANS DUO.
Tuż przed ślubem Brett zrywa z narzeczoną i wkrótce wpada w kolejną pułapkę namiętności. Sarabeth na szczęście nie chce związku – po latach u boku dominującego męża ceni niezależność. Ale zgadza się na romans – mimo obaw, że Brett ją szybko rzuci, jest przecież od niego sporo starsza. Pożąda go jednak coraz bardziej, i to z wzajemnością…
Marzyła, by spędzić z nim całe życie. Niestety po pierwszej wspólnej nocy, pełnej żaru i namiętności, Maysa dowiaduje się, że jej kochanek musi poślubić inną. Kiedy spotykają się po latach, on jest władcą pustynnego królestwa, ona uwielbianą przez pacjentów lekarką. Oboje się zmienili, ale pożądają się równie mocno jak kiedyś...
Fragment książki
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Uciekający pan młody powraca.
Brett Harston skrzywił się, wjeżdżając na ranczo Heritage. Ręce trzymał na kierownicy nowiutkiego Forda-150 Limited, odebrał go w Dallas w drodze powrotnej z Kajmanów. Był zamożny, a najbardziej w swoim bogactwie cenił sobie to, że mógł wynająć prywatny samolot, dom na plaży z dala od tłumu turystów czy kupić najnowszy model samochodu. Co prawda z powodu zamieszania, jakiego stał się powodem w minionym miesiącu, można powiedzieć, że na to nie zasłużył.
Pomasował kark, po czym opuścił szybę w oknie. Do środka wpadło słodkie teksaskie powietrze; wciągnął je głęboko i napięcie trochę zelżało. W końcu wrócił do domu, marzył o tym przez ostatnie dwa tygodnie.
Wyjechał, by dać Lexi trochę czasu i przestrzeni, i aby ucichły plotki wywołane tym, że w dniu zaplanowanego ślubu wystawił ją do wiatru. Kompletnie go nie obchodziło, co plotkarze z Royal mieli do powiedzenia. Odkąd sięgał pamięcią, Harstonowie stanowili ulubiony temat plotek. Jednak o ile się orientował, Lexi Alderidge po raz pierwszy stała się przedmiotem zainteresowania i spekulacji.
Siedząc w luksusowym, oddalonym od świata domu na plaży, który zarezerwował na ich podróż poślubną, miał sporo czasu na myślenie o tym, jakim cudem tak mało brakowało, by został mężem Lexi.
Wszystko działo się szybko – został wzięty z zaskoczenia, gdy jego pierwsza miłość, jedna z niewielu osób, która nie zwracała uwagi na to, że jest synem miejscowej „pijaczki”, pojawiła się znów w jego życiu i roznieciła na nowo młodzieńcze uczucie.
Połączenie pożądania i wspomnień doprowadziło do tego, że rzucił się w to bez namysłu, ignorując fakt, że Lexi była tuż po rozwodzie i przeżyła zawód miłosny. Po kilku tygodniach spektakularnego seksu zasugerowała, by się pobrali, on zaś w półśnie odparł, że tak, zrobią to w bliżej nieokreślonej przyszłości.
Nie wziął jednak pod uwagę tego, że Lexi słyszy to, co chce słyszeć, nie docenił zdolności organizacyjnych jej i jej matki. Zanim zdążył oprzytomnieć, wieść o zaręczynach rozeszła się po Royal, zaś matka i córka postanowiły udowodnić światu, że w ciągu dwóch miesięcy zorganizują niezapomniany ślub.
Winston Alderidge od początku wyrażał dezaprobatę wobec tego związku. Ojciec Lexi miał wysokie mniemanie o sobie i swoim statusie, uważał zatem, że Brett mimo bogactwa nie jest wart jego córki. Brett wciąż czuł się przy nim jak biedny dzieciak pracujący po godzinach dla Tweeda Hugginsa, byle tylko się wykazać.
Teraz należał do najbogatszych właścicieli ziemskich w okręgu, był szanowanym hodowcą bydła i koni. Wciąż jednak dla niektórych, w tym dla Alderidge’ów, pozostał dzieciakiem z dzielnicy biedoty.
Gdy powróciła jego pierwsza miłość, gdy oczy Lexi po fantastycznym seksie i mnóstwie komplementów odzyskały dawny blask, Brett pomyślał, że wchodząc do jednej z najbardziej szanowanych rodzin w Royal, może nareszcie odnajdzie swoje miejsce. Niestety nie słuchał instynktu, który szeptał, że ślub z Lexi to błąd.
Na szczęście odzyskał rozum, zanim stało się za późno. Choć nie żałował ucieczki sprzed ołtarza, było mu przykro, że zranił Lexi. Dzwonił do niej, chciał ją przeprosić, ale nie odbierała telefonu. Za kilka dni znów spróbuje.
Nie był z siebie dumny, wstydził się, że wcześniej nie zerwał zaręczyn. Miał w końcu trzydzieści osiem lat. Skontaktował się z prawnikiem, gdyż chciał zwrócić Alderidge’om poniesione przez nich koszty. Miał też nadzieję, że z czasem Lexi mu wybaczy. A plotkarze w Royal będą mówić o jego ucieczce sprzed ołtarza dotąd, dokąd ktoś bardziej interesujący nie przyciągnie ich uwagi.
Skręcił w prawo i kątem oka dostrzegł ciemną czapkę z daszkiem i jasne włosy ściągnięte w koński ogon.
Zwolnił i patrzył, jak nastoletnia córka brygadzisty biegnie w stronę domu na ranczu. Stacy często tu biegała, a Brett musiał przyznać, że była utalentowaną sportsmenką.
Gdy nie zwolniła, Brett domyślił się, że ma w uszach słuchawki. W innym wypadku usłyszałaby szum silnika. Zerknął na zegar na desce rozdzielczej, potem na nadgarstek, by sprawdzić, czy się nie myli. Tak, jedenasta czterdzieści. Czemu, do diabła, Stacy nie jest w szkole?
Podjechał do niej powoli.
- Czemu nie jesteś na lekcjach? – spytał.
Palcem wskazującym podsunęła do góry daszek czapki i odwróciła się, a wtedy zamiast brązowych oczu spojrzały na niego rozbawione oczy niebieskie. Uciekł przed ich spojrzeniem, przenosząc wzrok na wysokie kości policzkowe, a potem na zmysłowe wargi. Choć minęło sporo czasu, natychmiast ją rozpoznał.
Sarabeth Edmond miała na sobie sportową koszulkę, spodnie do jogi i drogie sportowe buty. Strój podkreślał jej doskonałą figurę. Mój Boże, jest seksowna.
- Cześć.
Niby normalne powitanie, ale jej głos był schrypnięty, niższy niż zwykle. Brettowi przebiegły po plecach ciarki. Natychmiast zapragnął poczuć, jak Sarabeth obejmuje go nogami, a on w nią wchodzi… Westchnął i ściągnął brwi, rozdrażniony własną reakcją. Dwa tygodnie temu uciekł sprzed ołtarza, nie ma prawa interesować się inną kobietą, zwłaszcza byłą żoną Rusty’ego Edmonda.
Ale skąd ona się tu wzięła?
Zadał to pytanie, świadomy, że nie brzmi zbyt uprzejmie. Sarabeth usłyszała jego irytację. Uniosła brwi.
- Wynajmuję domek gościnny, agentka powiedziała mi, że właściciel wyjechał i mogę jeździć na wszystkich koniach oprócz ogiera.
Oczywiście. Zachował się jak debil.
Potarł brodę. Przypomniał sobie mejla od agentki z informacją, że wynajęła jego domek gościnny na trzy miesiące. Nie pamiętał, by pisała, kto jest najemcą, a może w całym tym szaleństwie zapomniał.
Wysiadł z auta i natychmiast zauważył, że Sarabeth jest wyższa, niż sądził.
- Źle mi powiedziała? Jeśli tak, to przepraszam.
Mówiła lodowatym tonem. Brett wyciągnął rękę.
- Nie, to ja przepraszam. Witamy na ranczu Heritage. Jestem Brett Harston.
- Sarabeth. – Podała mu dłoń, a on znów poczuł na plecach ciarki. Tak, podniecała go.
Fantastycznie. Podnieca go kobieta, której powrót do Royal wzbudzi równe zainteresowanie, co jego ucieczka sprzed ołtarza.
- I przepraszam za tę szkołę. Wziąłem panią za Stacy, córkę mojego brygadzisty.
W jej oczach pojawił się uśmiech. Boże, ten uśmiech! Wszystkie komórki jego ciała drżały z podziwu. Chciał wiedzieć, czy jej usta smakują tak dobrze, jak wyglądają.
- Niech pan nie przeprasza, że wziął mnie pan za nastolatkę. Dawno mi się to nie zdarzyło. Bardzo dawno.
Nie wierzył jej. Och, wiedział, że jest od niego starsza o jakieś dziesięć lat, wyglądała jednak na jego rówieśnicę. Zawdzięczała to doskonałej figurze i gładkiej oliwkowej skórze. Należała do osób, które pięknie się starzeją.
Zabrała rękę i oparła się biodrem o jego auto.
- Podróż poślubna się udała? A gdzie panna młoda?
Brett skrzywił się.
- Niestety odwołałem ślub wieczorem przed ceremonią. Podczas próbnego przyjęcia weselnego. Dziwię się, że jeszcze pani o tym nie słyszała.
Szeroko otworzyła oczy.
- Przyjechałam wczoraj wieczorem, nie słyszałam o tym. – Posłała mu współczujący uśmiech. – Pewnie plotkarze się pogubili i nie wiedzą, o czym mówić, o pana ucieczce sprzed ołtarza czy o moim powrocie do Royal i o tym, co knuję.
- A coś pani knuje?
W pięknych błękitnych oczach, w których widział rozbawienie, dostrzegł też cień strachu.
- Nie. Chcę tylko naprawić relację z synem i poznać wnuka.
Ross, syn Sarabeth, był do szaleństwa zakochany w Charlotte, matce swojego dziecka i szefowej Sheen, jednej z restauracji w Royal. Brett nie miał tyle szczęścia, miłość i dom rodzinny to coś, czego mu wciąż brakowało, i nawet gdy dostał to na talerzu, nie potrafił tego przyjąć.
Lexi cię nie kocha, ty też jej nie kochasz. Oboje się oszukiwaliśmy, pomyślał.
- Niech pani szaleje bez skrępowania, przynajmniej dadzą mi spokój – zasugerował.
Sarabeth zaśmiała się.
- Och nie, dopóki jestem w Teksasie, chcę zostać niezauważona i trzymać się z dala od kłopotów.
- Ja podobnie. Zawsze byłem tematem plotek.
Nie odwróciła wzroku, w jej oczach dojrzał zaciekawienie. Musiał jednak przyznać, że nie drążyła tematu. Zastanawiał się, czy pamiętała opowieści o jego mamie. Mało to prawdopodobne. Gdy mieszkała w Royal, była skupiona na Rustym i dwójce małych dzieci.
Słysząc znajome rżenie, odwrócił się i zobaczył Bellę, jedną ze swoich ulubionych klaczy, która stała przy drewnianym płocie padoku. Tak, ta dama szczerze za nim tęskni. Podszedł do ogrodzenia i pogłaskał ją po nosie.
- Ja też za tobą tęskniłem. – Zaśmiał się, gdy nosem dotknęła jego kieszeni, szukając marchewki, po czym delikatnie potarła jego policzek. – Flirciara z ciebie, przecież wiesz, że marchewki są wieczorem.
Oparł czoło o szyję klaczy i opuścił powieki. Dużo łatwiej komunikować się ze zwierzętami niż z ludźmi, nie stosują żadnych sztuczek. Nie lubił podstępów i gierek, sam zazwyczaj był brutalnie szczery.
Poza ostatnimi tygodniami, bo nie był szczery z Lexi. Boże, czuł się zażenowany i chory z powodu bólu i stresu, jakich jej przysporzył. Mógł pokryć koszty wesela, które się nie odbyło, ale reszty nie potrafił zmienić.
Pamiętał, jak na próbnym przyjęciu weselnym stał na uboczu i myślał o tym, że nie chce skrzywdzić Lexi, że wolałby sobie rękę odciąć. A jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to, co do niej czuł, jest skomplikowane i dezorientujące, że na jego emocje miało wpływ młodzieńcze pragnienie bycia akceptowanym.
Choć był właścicielem rancza i kierował jednym z najbardziej udanych przedsięwzięć w okolicy, ślub z Lexi umocniłby jego pozycję w Royal, w końcu należałby do jakiegoś kręgu. Tyle że najpierw musiałby sprzedać duszę.
Zaciskając zęby, wziął Lexi na bok i oznajmił, że nie może jej poślubić, że jej nie kocha i że ona także nie darzy go miłością. Lexi się rozpłakała, a on ją zostawił, zszokowaną i niemile zaskoczoną. Połowa Royal była świadkami katastrofy, w jaką zamieniło się ich próbne przyjęcie weselne. Boże, jest strasznym draniem.
Nagle poczuł delikatny dotyk i usłyszał ciche kobiece westchnienie.
- Ciężko być sobą, co?
Podniósł powieki i widząc Sarabeth, siłą woli lekko się uśmiechnął. Patrzyła na niego ze współczuciem, ale go nie oceniała. Nie żeby jej opinia była dla niego ważna, zresztą nie mogła myśleć o nim gorzej, niż sam o sobie myślał.
- Czemu pan uciekł? – spytała.
Nawet gdyby miał zwyczaj się tłumaczyć, nie dałby głowy, że jego wyjaśnienia mają sens. Jak miałby wyjaśnić, że nagle go olśniło, że nie są z Lexi dla siebie drugimi połówkami? Poza tym nie uważał się za materiał na męża. Był zbyt zamknięty w sobie, zbyt samodzielny, zbyt popaprany emocjonalnie, by zostać czyimś mężem i partnerem.
Delikatna ręka poklepała go po ramieniu.
- Nie musi pan odpowiadać.
Sam to wiedział i nie zamierzał tego robić.
- Mogę coś dodać? To minie, proszę mi wierzyć. Minie jak kamienie w nerkach, ból, ale minie. Wszystko mija. – Sarabeth uśmiechała się ze zrozumieniem.
Potem się odwróciła i ruszyła przed siebie. W pewnym momencie nasunęła czapkę niżej na czoło i uniosła dwa palce, salutując. Chwilę potem ruszyła biegiem, poruszając się z gracją. Do diabła, co za intrygująca kobieta.
Biegła szybko, aż dotarła do wynajmowanego domu. Zatrzymała się gwałtownie przy schodkach na ganek, oparła dłonie na udach i pochyliła się, łapiąc oddech.
Bieg pozbawił ją tchu – w wieku czterdziestu ośmiu lat wciąż przebiegała półtora kilometra w ciągu siedmiu minut. Brak tchu zawdzięczała też jednak Brettowi i jego ciemnozielonym oczom, czarnym rzęsom, brodzie pokrytej gęstym zarostem. Włosy miał brązowe, a nos odrobinę krzywy. A jego ciało… Boże! Długie nogi, szczupłe biodra, szeroka pierś. Mężczyzna w kwiecie wieku. Wyprostowała się i zakręciło jej się w głowie. Zrobiła to za szybko?
Usiadła na schodku i wyciągnęła przed siebie nogi, wciąż myśląc o brzuchu Bretta i o tym, co znajdowało się poniżej. O rety, już dawno o tym nie myślała. Spotykała wielu kowbojów, ale Brett był wyjątkowy. Powiedzenie „Oszczędź konia i ujeżdżaj kowboja” nagle nabrało sensu. Oczywiście nic takiego nie zrobi, ani z Brettem ani z żadnym innym kowbojem w Teksasie. W każdym razie nieprędko.
Oparła się na łokciach i uniosła twarz do słońca. Nie mogła uwierzyć, że znów znalazła się w Royal, po prawie dwudziestu latach. Chciałaby powiedzieć, że jest tym podekscytowana. Było jednak inaczej.
Gdy opuściła tę część Teksasu z czekiem na alimenty, samochodem i walizką ubrań, obiecała sobie, że nigdy tu nie wróci, a nie lubiła łamać obietnic, nawet tych składanych sobie. A jednak dla dzieci zrobiłaby wszystko. Zależało jej na relacji z Rossem, którego przed laty zostawiła.
Nigdy nie wybaczy Rusty’emu, że nie dopuszczał jej do dzieci. Opowiadał im, że to ona jest winna rozwodu, że nie chciała dłużej być ich matką. Cały czas walczyła o kontakt z dziećmi, a fakt, że wciąż przegrywała, łamał jej serce. Bywała tak zdesperowana, że chciała powiedzieć Ginie i Rossowi, że ich ojciec jest zdrajcą i oszustem, który wielokrotnie ją znieważał, uznała jednak, że jedno z rodziców musi zachowywać się jak dorosły.
Na szczęście Gina, gdy była już nastolatką, zaczęła kwestionować wersję ojca i jej relacja z matką była teraz dobra. Ross stanowił trudniejszy orzech do zgryzienia.
Mimo to niedawno nawiązał z nią kontakt, więc nie chciała stracić szansy na pogłębienie więzi z synem. Pragnęła też spędzić czas ze swoim wnukiem Benem. W wieku czterdziestu ośmiu lat została babcią. Na tę myśl się uśmiechnęła. Tylko dla dzieci i Bena wróciła do tej zapadłej dziury. Wolała, gdy od byłego męża dzieliły ją dwa stany i tysiące kilometrów.
On już nie może cię zranić, jesteś starsza, mądrzejsza i masz o wiele więcej środków finansowych niż wtedy, gdy opuściłaś Elegance Ranch, pomyślała.
To było dziwne, a raczej wspaniałe, że nie rozpoznawała tamtej Sarabeth, która poślubiła Rusty’ego kilka miesięcy po swoich osiemnastych urodzinach. Cicha, zamknięta w sobie, niepewna dziewczyna była już kimś innym, ale ta zmiana kosztowała Sarabeth wiele wysiłku.
Dzisiaj z uśmiechem przeglądała się w lustrze. Nie była ideałem, ale nie była też wrakiem człowieka jak wtedy, gdy porzuciła męża i chciała wszystkich zadowolić. Pogodziła się z tym, że szczęście do końca życia i bajkowi bohaterowie nie istnieją. Po latach rozczarowujących związków doszła do wniosku, że jej szczęście nie zależy od mężczyzny i tylko ona sama za nie odpowiada, i że miłość to mit.
Dotarcie do miejsca, w którym się teraz znajdowała, zabrało jej dużo czasu i kosztowało wiele łez. A jednak było warto. Stała się silna emocjonalnie i finansowo niezależna. Poradzi sobie z uganiającym się za spódniczkami oszustem, jakim był jej mąż, i plotkami, jakie wywoła jej powrót.
Z saszetki przypiętej do ramienia wyjęła telefon i sprawdziła liczbę pokonanych kilometrów, a także swoją prędkość. Bieganie na ranczu będzie miłą odmianą od sztucznej bieżni czy pokonywania brudnych ulic LA.
To jej jedyne uzależnienie. Kiedy była nastolatką, biegi przełajowe stały się jej sposobem na ucieczkę z domu, od matki, która miała obsesję na punkcie konkursów piękności. Sarabeth nie znosiła tego świata.
Kiedy Rusty Edmond – starszy, wytworny i bogaty – dał jej szansę na opuszczenie tego świata przez małżeństwo, skwapliwie z niej skorzystała. Jej matka Betty była zawiedziona, że nie doprowadziła córki do zdobycia tytułu Miss America, na szczęście ślub jedynego dziecka z bogatym teksaskim ranczerem jej to wynagrodził.
Zakończenie tego małżeństwa załamało Betty. Do dnia śmierci miała córce za złe, że nie wytrwała przy mężu. Podniosła się zirytowana. Dawno nie wracała myślą do matki, małżeństwa i konkursów piękności. Spędziła w Royal ledwie jedną noc, a bolesne wspomnienia już nie dają jej spokoju. O wiele przyjemniej jest myśleć o przystojnym gospodarzu…
Fragment książki
Król Rafik ibn Faiz Mehdi był przystojnym inteligentnym mężczyzną, mądrym i bogatym. To wszystko nie uchroniło go jednak przed tragedią, której stał się mimowolnym sprawcą.
Stojąc w promieniach zachodzącego słońca na dachu pałacu, niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w horyzont. Dręczyły go rozdzierające duszę myśli. Ciemna kręta droga o północy. Cisza i przerażenie.
Widok skalistej przepaści w świetle reflektorów. Poskręcany metal wraku samochodu.
- Gór nie da się poruszyć samym spojrzeniem.
Na dźwięk znajomego głosu Rafik odwrócił się i spojrzał na brata.
- Czego chcesz?
- To tak wita się człowieka, który ledwie rok temu hojnym gestem wręczył ci klucz do królestwa? – zapytał Zain, podchodząc bliżej i opierając się o kamienną ścianę.
Zain abdykował rok wcześniej z powodu miłości do kobiety.
Rafik był zdumiony tą decyzją.
- Wybacz, bracie. Spodziewałem się ciebie za miesiąc.
- Zakończyłem wstępny etap projektu ochrony wód, dlatego uznałem, że pora wracać.
- Przyjechałeś sam? – zapytał Rafik, który w normalnych okolicznościach cieszyłby się z wizyty brata, ale ostatnio wolał spędzać czas samotnie.
- Nie podróżuję bez rodziny.
- Madison ci towarzyszy?
- Tak. Dzieci również. Musisz wreszcie poznać bratanka i bratanicę.
Rafik nie podzielał jego entuzjazmu. Widok niemowląt tylko mu przypomni, co stracił.
- Gdzie są teraz?
- Z Madison i Eleną.
- To wspaniale, że Elena znów może podjąć dawne obowiązki. Pałac jest bez niej nie ten sam.
- Tak słyszałem – przyznał Zain. – Słyszałem również, że terroryzujesz służbę.
- Nie terroryzuję, tylko zwracam uwagę, kiedy zachodzi taka konieczność.
- Widocznie zachodzi codziennie od rana do wieczora. Słyszałem też, że nie układa ci się współpraca z radą.
- Rozmawiałeś z naszym najmłodszym bratem? – najeżył się Rafik.
- Od czasu do czasu kontaktuję się z Adanem – przyznał Zain.
- I, jak słyszę, rozmawiacie o mnie.
- Wspomniał jedynie, że jest ci ciężko po śmierci Rimy.
- Nie potrzebuję niańki – rozzłościł się Rafik.
- Rozumiem, jak straszna jest utrata żony i nienarodzonego dziecka…
- Skąd możesz wiedzieć? – wybuchnął Rafik, trawiony poczuciem winy i żalem. – Ty wciąż masz żonę i dwoje zdrowych dzieci!
- Rozumiem twój gniew, tym bardziej że nadal nie wyjaśniono do końca okoliczności wypadku. Pamiętaj jednak, żeby nie pogrążać się za długo w żalu. Może powinieneś trochę odpocząć.
- A kto będzie w tym czasie rządził krajem? – zapytał Rafik kąśliwie.
- Ja – odparł Zain niewzruszony jego gniewem. – W końcu do tego przygotowywałem się przez całe życie. A Adan mi pomoże.
- Adan nie zamierza władać Bajulem – odparł Rafik. – Interesują go tylko samoloty i kolejne kobiety. Poza tym ludzie nie zapomnieli, że ich porzuciłeś.
- Nadal kocham mój kraj. – Zain z trudem pohamował złość. – Nie zapominaj, że to ja jestem autorem projektu ochrony wód, który zabezpieczy przyszłość Bajulu. Zasłużyłem na szacunek.
- Wybacz – opanował się Rafik.
Nie powinien krytykować brata.
- Oczywiście doceniam twoje wsparcie, ale naprawdę nie potrzebuję urlopu.
- Przerwa w obowiązkach pozwoliłaby ci uporządkować uczucia.
- Moje uczucia nie są ważne – oznajmił Rafik, zmęczony już dyskusją. – Liczą się jedynie zobowiązania wobec Bajulu.
- Niestety twoje emocjonalne rozchwianie zaczyna odbijać się na obowiązkach władcy. Żałoba wymaga czasu, bracie, a ty go sobie nie dałeś.
- Minęło pół roku. Życie musi toczyć się dalej – odpowiedział, choć zżerał go żal dużo głębszy, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
- Czasami najlepszy plan po prostu się nie sprawdza – westchnął Zain, przeciągając dłonią po włosach. – Poniosłeś ogromną stratę i, jeśli nie przyjmiesz tego do wiadomości, nie odnajdziesz ukojenia.
- Wolałbym już o tym nie rozmawiać, więc wybacz…
Rafik urwał, słysząc czyjeś kroki.
Podeszła do nich jasnowłosa amerykańska żona Zaina ze śniadym dzieckiem w ramionach. Kiedy jej wzrok spoczął na Zainie, twarz Madison rozświetlił czuły uśmiech.
- Mam tu dziewczynkę, która pragnie pobyć z tatusiem.
- A jej tatuś będzie szczęśliwy, mogąc spełnić tę zachciankę – odparł Zain z ciepłym uśmiechem, wyciągając ręce po córkę.
Przekazawszy mu dziecko, Madison uściskała Rafika.
- Wspaniale cię widzieć, szwagrze.
- I ciebie, Madison. Wyglądasz pięknie, jak zawsze. Nie domyśliłbym się, że niedawno rodziłaś – powiedział.
Jak mógłby zapomnieć, że stało się to zaledwie kilka dni po pogrzebie jego żony...
- Dziękuję – odparła zarumieniona. – Elena prosiła, aby ci przekazać, że przyjdzie, gdy tylko uśpi Josepha. Radzi sobie z tym lepiej niż ktokolwiek inny, ale nic w tym dziwnego, skoro wychowała trzech Mehdich.
Zain podszedł bliżej do brata i uniósł dziecko.
- Cala, to twój stryj Rafik. Tak, jesteśmy do siebie podobni, tylko ja jestem przystojniejszy.
Serce Rafika boleśnie drgnęło, kiedy usłyszał, że Zain nadał córce imię ich matki. Prawie jej nie pamiętał, ale ogromnie ją szanował.
- Gratuluję, Zain. To piękne dziecko – wykrztusił.
- Chcesz potrzymać bratanicę?
- Może później. Teraz muszę przejrzeć dokumenty.
Rafik bał się uczuć, które wywołałby kontakt z dzieckiem. Pochylił się i pocałował Madison w policzek.
- Uczyniłaś wielki honor mojemu bratu, obdarowując go najpiękniejszym z prezentów. Jestem ci wdzięczny – powiedział i spróbował odejść.
Zain dogonił go przy drzwiach, oddając dziecko żonie.
- Zaczekaj, bracie.
- Co znowu?
- Wiem, że ciężko mówić o uczuciach, ale z kimś musisz porozmawiać. Najlepiej z przyjacielem, który zawsze rozumiał cię lepiej niż ty sam siebie.
Rafik znał tylko jedną taką osobę, ale od jakiegoś czasu już nie mógł nazywać jej przyjacielem.
- Jeśli chodzi ci o Szamila Barada, to wróci, dopiero kiedy remont ośrodka dobiegnie końca.
- Miałem na myśli jego siostrę, Maysę.
To imię przeszyło jego serce paroksyzmem bólu. Natychmiast napłynęły wspomnienia.
Przypomniał sobie, jak jej długie włosy spływały w dół pleców i muskały talię. Jak przy każdym uśmiechu robiły jej się dołeczki w policzkach. Przypomniał sobie też, jak wyglądała tamtej nocy, kiedy popełnili największy błąd i dali się ponieść pożądaniu.
Pamiętał ból w jej pięknych oczach, kiedy powiedział, że nie mogą być razem.
- Nie rozmawiałem z Maysą od lat. Zerwała znajomość, kiedy…
- Wybrałeś Rimę Acar?
- Nie pytano mnie o zdanie, kiedy nasi ojcowie zawierali umowę – powiedział z goryczą Rafik.
- Ach tak. Podejrzewam, że szejk Acar przebił ofertę ojca Maysy w kwestii posagu – mruknął Zain. – A ty o nią nie walczyłeś, nie wyznałeś, że to ona jest ci pisana.
- Zgodnie z tradycją nie miałem takiego prawa – odparł Rafik, choć do dziś żałował tamtej decyzji.
- To ta sama tradycja, która kazała mi wybierać pomiędzy władaniem krajem a żoną – oznajmił Zain z zaciętą twarzą. – Przestarzały zwyczaj, z którym powinniśmy skończyć. Zły wybór ojca Maysy zaowocował rozwodem, który ją prawie zniszczył, a i ty nie byłeś szczęśliwy ze swoją królową.
- Nic nie wiesz o moim związku z Rimą – warknął rozgniewany Rafik.
- Wiem tyle, ile widziałem, kiedy byłem w pobliżu – westchnął Zain, przyglądając się bratu. – Byłeś szczęśliwy, Rafik? A Rima?
- Zależało mi na niej. Przyjaźniliśmy się, zanim zostaliśmy małżeństwem. Jej śmierć mną wstrząsnęła.
- Wybacz, jeśli cię uraziłem – wycofał się Zain. – Jak już mówiłem, widać, że coś cię dręczy. Dlatego chciałem, żebyś porozmawiał z Maysą. Ona cię zrozumie.
- Nawet jeśli się zgodzi ze mną spotkać, wszyscy zaczną gadać. Jest rozwódką, a ja właśnie owdowiałem.
- Po pierwsze sugerowałem jedynie rozmowę, a nie ślub. Po drugie jeśli się obawiasz, że ktoś będzie podejrzewał romans, po prostu wymknij się z pałacu. Ja zawsze tak robiłem. Chętnie ci pomogę.
Rafik w to nie wątpił, bo Zain opanował znikanie z pałacu do perfekcji.
- Nie potrzebuję twojej pomocy ani rozmowy z Maysą.
- Nie upieraj się. Tylko ona pomoże ci przetrwać trudne chwile.
Kiedyś to byłaby prawda.
Maysa znała go lepiej niż ktokolwiek, rozumiała, była dla niego oparciem. Niestety, stanowiła też jego największą słabość, a on jej największe rozczarowanie. I właśnie dlatego powinien się od niej trzymać z daleka.
A jednak, kiedy dręczony wyrzutami sumienia wrócił do swoich komnat, zaczął się zastanawiać, czy nie skorzystać z rady Zaina. Dla odnowienia przyjaźni z Maysą warto zaryzykować.
Jako główny lekarz Bajulu, Maysa nieraz odpowiadała na nagłe wezwania do chorego dziecka albo rodzącej kobiety, dlatego nie zdziwił jej dzwonek do drzwi w środku nocy.
Nie spodziewała się jednak zobaczyć na progu Rafika Mehdiego, niedawno koronowanego i owdowiałego władcy Bajulu. Jej przyjaciela z dzieciństwa. Pierwszej miłości. Pierwszego kochanka.
Dostrzegła w nim subtelne zmiany. Nadal był szczupły i przystojny. Jego oczy wciąż były tak samo ciemne, ale teraz widniała w nich dojrzałość i płynąca z władzy pewność siebie. Moc, która przyciągała ją jak ćmę do światła. Maysa nie pamiętała już, kiedy ostatnio rozmawiali. Ciekawe, po co przyszedł.
- Dobry wieczór, Wasza Wysokość. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
- Muszę z tobą pomówić.
- Jesteś chory? – zapytała zaskoczona jego poważnym tonem.
- Nie. Wyjaśnię cel mojej wizyty, kiedy znajdziemy się w bardziej odpowiednim miejscu.
Maysa zauważyła czarny samochód przed domem, ale żadnego ze strażników.
- Gdzie twoi ochroniarze?
- W pałacu. Tylko parę osób wie, że tu przyjechałem.
Wolałaby poprosić go o powrót rankiem, jednak Rafik był jej władcą i nie wypadało sprzeciwiać się jego życzeniu. Przed laty zawsze spełniała jego prośby. Tamtej feralnej nocy również się nie zawahała.
Mimo wątpliwości i obaw, otworzyła drzwi.
- Myślę, że mogę poświęcić ci chwilę.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Chodź za mną.
Poprowadziła go korytarzem w stronę prywatnych pokoi. Po drodze natknęli się na służącą, która przystanęła zaskoczona widokiem mężczyzny.
Maysa machnęła ręką i poprowadziła Rafika w głąb rezydencji ojca, w której obecnie mieszkała. Był to ten sam dom, w którym przed laty uległa Rafikowi.
Kiedy dotarli do jej pokoi, zamknęła drzwi i wskazała kanapę.
- Może usiądziesz?
- Wolę stać – odparł i zaczął niespokojnie spacerować.
Maysa usiadła, podkuliła nogi i osłoniła się dokładniej błękitnym kaftanem. Postanowiła rozmawiać z władcą Bajulu po angielsku, na wypadek gdyby ktoś ze służby postanowił podsłuchiwać.
- Czym mogę ci służyć, Rafik?
- Mam kłopoty z zasypianiem – westchnął, odrywając wzrok od okna. – Od czasu…
- Wypadku – dokończyła za niego. – Bezsenność i niepokój są zrozumiałe. Śmierć Rimy była nagła i niespodziewana. Jeśli chcesz, przepiszę ci coś na sen.
Rafik popatrzył na nią z nieodgadnioną miną.
- Nie chcę pigułek. Wolałbym cofnąć czas i uratować żonę. I odnaleźć spokój.
- Kiedy traci się kogoś bliskiego, potrzeba czasu, żeby się z tym uporać – powiedziała.
Jego uczucia do królowej musiały być głębsze, niż podejrzewała.
- Minęło sześć miesięcy. Widać nie była mi wystarczająco bliska, żebym próbował zapobiec jej śmierci.
- Przecież to nie ty prowadziłeś samochód – zauważyła rozsądnie.
- Ale to ja doprowadziłem ją do stanu, w którym nie powinna prowadzić – westchnął, siadając na wprost niej w fotelu.
Maysa wcale nie była pewna, czy powinna znać szczegóły. Skoro jednak Rafik chciał mówić, powinna go wysłuchać.
- Pokłóciliście się, zanim wyszła?
Pochylił głowę i przesunął dłońmi po twarzy, jakby chciał zetrzeć bolesne wspomnienia.
- Tak. Zaraz po tym, kiedy wyznała, że jest w ciąży.
Ciąża Rimy była sekretem, ale nie dla Maysy. Bez wiedzy szejka jego żona przyszła do lekarki, żeby potwierdzić swój stan. Początkowo Maysa nie rozumiała, dlaczego królowa nie skorzystała z usług pałacowego lekarza. Przecież Rima wiedziała o jej przyjaźni z Rafikiem.
- Nie ucieszyłeś się?
- Byłem szczęśliwy na wieść o dziedzicu. To Rima nie była zadowolona.
- Powiedziała ci to? – zdziwiła się Maysa, która zauważyła niechęć królowej, ale złożyła ją na karb zaskoczenia.
- Nie wprost, ale widziałem, że jest nieszczęśliwa – westchnął. – Kiedy o to spytałem, nie zaprzeczyła. A potem wymknęła się z pałacu.
Maysa ucieszyła się, że władca Bajulu zdecydował się wreszcie z kimś o tym porozmawiać.
- Wiesz, dokąd się wybierała?
- Nie. I pewnie już się nie dowiem. Za to jestem pewien, że gdybym był dla niej bardziej wyrozumiały, nie czułaby potrzeby ucieczki.
- Rafik, możesz spędzić całe lata, zastanawiając się, co by było, gdyby… Albo ułożyć sobie życie od nowa.
- Parę godzin temu powiedziałem Zainowi, że ze wszystkim daję sobie radę. Ale nie wspomniałem, jakie to trudne.
- Może powinieneś poprosić brata, żeby przyjechał?
- Zjawił się dziś z Madison i dziećmi – szepnął, wpatrując się w podłogę.
- Musi być ci ciężko.
- Dlaczego sądzisz, że mój brat z rodziną nie jest tu mile widziany? – zapytał, podnosząc wreszcie wzrok.
- Nie powiedziałam, że nie cieszysz się z jego wizyty. Miałam raczej na myśli to, że niemowlę może przypominać ci o twojej stracie.
- Z tym sobie poradzę. Ale Zain doradzał mi urlop.
- Chyba ma rację. Potrzebujesz spokoju, żeby uporać się z osobistą tragedią.
- Nie ma racji. Po prostu muszę się przystosować do nowej sytuacji. Pogodzę to z moimi obowiązkami – oznajmił, marszcząc brwi.
Maysa odniosła wrażenie, że Rafik nieco przecenia swoje siły.
- Zain wie, że tu jesteś?
- Tak. To on nalegał, żebym cię odwiedził.
- Sądziłam, że przyjechałeś z własnej woli – odparła nieco rozczarowana.
- Nie chciałem ci się narzucać.
- To nie tak, Rafik. Zamierzałam złożyć ci wizytę kondolencyjną, ale nie byłam pewna, czy będę mile widziana.
- Zawsze jesteś mile widziana w moim świecie, Mayso – powiedział, patrząc jej w oczy.
Wspomnienie chwili, kiedy poprzednio wypowiedział te same słowa, wytrąciło ją z równowagi.
Stało się inaczej. Kiedy ogłoszono jego zaręczyny, kazano im zerwać tę znajomość. Jednak nadal spotykali się w tajemnicy. Te sekretne schadzki tylko podsycały tlący się płomień, aż pewnej nocy stracili kontrolę i kochali się po raz pierwszy. I ostatni.
Maysa zastanawiała się, czy Rafik pamięta tamte chwile. Była taka naiwna, łudziła się, że to zmieni jego zdanie w kwestii ślubu z Rimą.
Wytrącona z równowagi wstała, żeby nalać sobie wody z karafki. Pijąc, stała do niego tyłem. Nagle usłyszała jego kroki za plecami.
- Zdenerwowałem cię?
Sama jego obecność sprawiała, że czuła się nieswojo. Powracały niechciane wspomnienia. Odstawiła szklankę na stolik i się odwróciła.
- Po co przyszedłeś, Rafik?
- Zawsze to u ciebie szukałem pociechy – odparł niepewnym głosem.
- Nie zawsze. Od dziesięciu lat jesteśmy sobie niemal obcy…

