Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Upadek
Upadek
Upadek
Upadek
Zajrzyj do książki
Liczba stron384
ISBN978-83-291-0031-1
Wysokość215
Szerokość145
EAN9788329100311
Seria/cyklSeria kryminalna z detektyw Louise Blackwell
Język oryginałuangielski
Tytuł oryginalnyTHE DESCENT
TłumaczRobert Ginalski
Data premiery2026-01-28
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Krawędź klifu to cienka granica, za którą nie czeka nic prócz śmierci. Tam nie ma nadziei.

Inspektor Louise Blackwell nie wierzy w zbiegi okoliczności. Śmierć kobiety, której zwłoki znaleziono u stóp klifu, łudząco przypomina sprawę sprzed zaledwie kilku miesięcy. Na miejscu zdarzenia natrafiono na list pożegnalny zawierający te same słowa co list pierwszej ofiary: „Śmierć to nie koniec”. To nie może być przypadek.

Weston-Super-Mare od czasu tamtej sprawy nie jest już spokojnym nadmorskim miasteczkiem. Teraz, kiedy wydarzyła się kolejna tragedia, Louise jest niemal pewna, że ktoś stoi za tymi desperackimi czynami. Okoliczności wskazują, że już niedługo ofiar może być więcej. Czyli to nie koniec.

Przełom w śledztwie pozwala Blackwell uwierzyć, że jest blisko rozwiązania, że ma sprawcę na widelcu. Ofiar jednak przybywa, a twardych dowodów wciąż brak. Czy inspektor Louise Blackwell zdoła powstrzymać maniaka, czy będzie musiała uznać, że wróg jest nie do pokonania?

Fragment

Prolog

Dzięki temu, że kościół Świętego Mikołaja w Uphill zbudowano na wzniesieniu, grupa miała niezrównany widok na Weston-super-Mare oraz okoliczną linię brzegową. W oddali wznosił się cypel Brean Down, a nieco bliżej widać było zarys kościoła Uphill i ujście rzeki Axe. Dokładnie pod nimi, zaraz za pionową ścianą urwiska, znajdowała się przystań, przez miejscowych zwana niekiedy cmentarzyskiem dla łodzi.

Amy Carlisle szczelniej otuliła się lekkim płaszczykiem. Wystarczyła godzina, by resztki dziennego ciepła znikły, a przy niewielkim ognisku, które rozpalili, nie sposób było się ogrzać. Kilka nocy spędziła w wynajętym pokoju, czekając na wieści od Jaya, aż w końcu o północy dostała wiadomość.

Ze swojego miejsca na suchej trawie przykościelnego cmentarza zerkała na Jaya, starając się, żeby nikt tego nie zauważył. Był starszy od członkiń grupy i niewątpliwie bardziej wyluzowany. Z ciała o długich rękach i nogach emanowały swoboda i rodzaj wdzięku właściwy tancerzom. Siedział po drugiej stronie ogniska i obejmował Claire. To jeszcze nie znaczyło, że akurat ona zostanie wybranką tej nocy, ale biorąc pod uwagę wydarzenia ostatniego miesiąca, należało się tego spodziewać. Amy myślała o tym z mieszaniną zazdrości i ulgi. Jej czas jeszcze nadejdzie, a jednak gdy tu siedziała, obserwując z góry rozświetlone miasto oraz morze, choć raz podczas pełni przypływu, ogarnęły ją wątpliwości. Ale trwały tylko kilka sekund. Po prostu musiała wrócić myślami do wynajętego pokoiku – o dziwo, zawsze zimnego mimo panującego ostatnio upału – i powodów, dla których się tu znalazła, do determinacji, z jaką postanowiła tutaj wrócić.

Kiedy zerkała na Jaya, pochwyciła spojrzenie Megan. Ta mała była najnowszą członkinią grupy i w blasku ogniska wydawała się niebywale młoda. Amy posłała jej uśmiech, na co dziewczyna podeszła i usiadła obok niej.

– Cieszę się, że jesteś z nami – powiedziała Megan.

Jay znalazł ją sześć tygodni temu. Na ostatnim spotkaniu poprosił Amy, by się nią opiekowała – wszystkie nowe kobiety polecał czyjejś opiece – i od tej pory regularnie kontaktowały się ze sobą na prywatnej grupie internetowej. Megan dobiegała trzydziestki i spała pod gołym niebem w Bristolu. Wyznała Amy, że Jay znalazł jej jakieś lokum, ale ponieważ nie wolno im było spotykać się poza grupą, nie zdradziła jej adresu.

– Ja też się cieszę, że tu jesteś – odparła Amy, a Megan przysunęła się bliżej; bił od niej zapach potu i mgiełki do ciała.

– Mam nadzieję, że on mnie wybierze – szepnęła Megan.

– Może będziesz musiała uzbroić się w cierpliwość.

Megan oparła głowę na ramieniu Amy. W poprzednim życiu Amy oburzyłoby takie naruszenie granic, teraz jednak przyjęła ten gest z zadowoleniem; ciało Megan było lekkie jak piórko. Jay wstał i krążąc wśród członkiń grupy, rozdawał im kubki herbaty, którą zaparzył nad ogniskiem. Napój nazywał się ayahuasca . Jay poczęstował nim Amy tej pierwszej nocy w Kewstoke, gdzie spała na plaży. Była wówczas lekkomyślna, uważała, że nie ma nic do stracenia. Choć dawka była niewielka, dzięki wskazówkom Jaya doświadczyła czegoś, co uważała za niemożliwe. Gdy doszła do siebie, miała wrażenie, że odlot trwał wiele godzin, choć minęło zaledwie kilka minut.

– Widzisz? – zapytał wtedy i w tej samej chwili wszystko się rozjaśniło.

Teraz kucnął między Amy a Megan.

– Miło widzieć, że się dogadałyście – odezwał się, podając im herbatę.

Amy miała mu dużo do powiedzenia, lecz milczała. Upiła tylko łyk napoju i uśmiechnęła się z zażenowaniem.

Postępując zgodnie ze wskazówkami Jaya, wszyscy wypili chłodzącą herbatę. Ayahuasca zawiera halucynogenną substancję DMT, więc chociaż Jay podał im małą dawkę, już wkrótce Amy odczuła jej działanie – rozchodzące się ciepło i wibrowanie w środku. Zamknęła oczy, obecna ciałem, ale nieobecna duchem; w głowie wirowały jej obrazy figur geometrycznych. Było inaczej, niż gdyby przyjęła pełną dawkę DMT. Trwało to zaledwie chwilkę i kiedy po kilku minutach doszła do siebie, miała ochotę na więcej. To samo pragnienie ujrzała u pozostałych kobiet. Gdy Megan wróciła na ziemię, wpatrywała się w nią szeroko otwartymi z podziwu piwnymi oczami.

Jay wstał i wszystkie się uciszyły. Amy kochała te chwile, gdy członkinie grupy kolejno wyjaśniały powody, dla których się tu znalazły, ale jednocześnie tego nie znosiła. Wysłuchiwanie tych relacji było bolesne, chociaż herbatka to ułatwiała. Gdy przyszła jej kolej, bez wstydu opowiedziała swoją historię, wdzięczna, że Megan siedzi obok niej.

– Aiden był pięknym dzieckiem. Bo wiecie, że noworodki czasami są brzydkie? Wiem, to brzmi okropnie – ciągnęła Amy, gdy grupa zareagowała cichym śmiechem. – Ale taka jest prawda. Niektóre dzieci zaraz po urodzeniu nie wyglądają dobrze. Są pomarszczone i pogięte, jakby nie uformowały się jak należy. Ale Aiden nie był taki. Odkąd po raz pierwszy wzięłam go na ręce, był już w pełni uformowany. Miał bujne rude włosy, taką piękną małą kępkę. Kiedy go przytuliłam, spojrzał mi w oczy i w tej samej sekundzie poznałam, że wie, kim jestem. Nie umiem tego wyjaśnić, choć Jay pomógł mi to lepiej zrozumieć, ale było tak, jakby w tamtej chwili Aiden przejrzał mnie na wylot. Czy to ma sens?

Grupa zareagowała pozytywnie, dodając jej otuchy, Amy zaś poczuła, że Megan wyciąga do niej rękę.

– No w każdym razie tak się wtedy czułam. Przejrzał mnie na wylot, a mnie się spodobała ta analiza. Połączyła nas więzami, których nikt nam nie odbierze. I choć zdawałam sobie sprawę, że on nie zapamięta tej chwili, to wiedziałam, że pozostanie z nim na zawsze, co mi dodało otuchy. Odebrali mi go tego samego dnia. Tak przewidywała umowa. Byłam za młoda. Nie miałam pieniędzy ani rodziny, nie mogłam zapewnić mu domu. A oni byli uroczym małżeństwem, nie mam do nich pretensji o to, co się potem stało. Sami nie mogli mieć dzieci, za to jego mogli obdarzyć wielką miłością. Nie powiedziałam im, że nadałam mu imię Aiden, a oni nie pytali. Czy płakałam, kiedy go zabrali? Oczywiście. Ale wiedziałam, co nas połączyło. Zobaczył mnie, a ja zobaczyłam jego.

Jay objął ją ramieniem, a ona się w niego wtuliła. Wiedział, czego się spodziewać, więc była mu wdzięczna za dodanie otuchy. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła przed grupą, powiedział jej, że może przerwać w każdej chwili, ale zmusiła się, by mówić dalej, i teraz zamierzała zrobić tak samo.

– Nigdy więcej go nie zobaczyłam. Wiedziałam, gdzie mieszka, ale jego widok by mnie dobił. Poza tym to by nie było w porządku wobec niego i jego nowych rodziców.

Przerwała, zaschło jej w ustach. Odetchnęła głęboko.

– Dowiedziałam się o tym przypadkiem. Dacie wiarę? – podjęła. Po zimnej twarzy spłynęły łzy. – Przeczytałam o tym w „Mercurym”, w dziale nekrologów. Gdybym akurat tego dnia nie wybrała się do biblioteki, chyba dalej bym tkwiła w nieświadomości. Pewnie nadal bym myślała, że on żyje.

Czuła, jak nowa przyjaciółka drży, gdy ciągnęła:

– Spokojnie, Megan. Mały Aiden odszedł tuż przed swoimi czwartymi urodzinami. Nie wiedziałam, że miał wadę serca. Ale rodzice zrobili dla niego wszystko, co się dało. Wiem o tym.

Chwyciła dłoń Megan, a Jay przytulił ją mocniej.

– Oczywiście byłam zdruzgotana. Nieważne, że nie widziałam go od dnia jego narodzin. Był moim synkiem i zawsze nim będzie. Popełniłam błąd i spróbowałam porozmawiać z jego rodzicami. Nie pojmowali tego, zwłaszcza matka. Teraz już rozumiem, że z żalu nie była sobą, ale kiedy powiedziała, że Finley… tak dali na imię małemu Aidenowi… nie jest moim synem, poczułam się, jakby przebiła mi serce. Szczerze mówiąc, kiedy się dowiedziałam o jego śmierci, byłam w głębokim dołku. Już wtedy piłam i ćpałam. Miałam gówniane życie, dopóki nie spotkałam Jaya.

W grupie rozległ się pomruk uznania, a Jay przytulił ją jeszcze mocniej.

– Wcześniej myślałam o tym, żeby się zabić, ale zabrakło mi odwagi. Wmawiałam sobie, że to by była zdrada wobec Aidena, ale przemawiało przeze mnie tchórzostwo.

Znowu przerwała i spojrzała na Megan, która mimo że znała już tę historię, była zalana łzami.

– Przyznaję też, że miałam duże wątpliwości, kiedy Jay próbował mnie namówić na DMT. Wtedy już wypróbowałam praktycznie wszystko, więc nie wierzyłam w jego zapewnienia. No i proszę, jak można się pomylić.

Te słowa wywołały chóralny śmiech.

– Chcę podziękować Jayowi za pokazanie, że coś na nas czeka i że Aiden nie przepadł na dobre. Podczas tych podróży doświadczam obecności synka i nie mogę się doczekać chwili, gdy znów się z nim połączę. Widzicie, w tej samej sekundzie, kiedy na mnie spojrzał, wypalił piętno w mojej duszy, a ja wiem, po prostu wiem, że on gdzieś tam jest i czeka na mnie.

Gdy grupa przetrawiała jej słowa, Jay obejmował ją jeszcze przez chwilę, po czym się przeniósł do Claire.

Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Jestem gotowa – oznajmiła, a Jay wziął ją w ramiona.

Amy wielokrotnie rozmawiała z tą kobietą. Była po trzydziestce i od dziesięciu lat tułała się po schroniskach. Jej czarne włosy wisiały w strąkach, a uśmiechając się do Jaya, pokazała, że brakuje jej wielu zębów.

– To twój wybór – odparł Jay kojącym tonem na tle dalekiego pomruku morza.

– Jestem gotowa – powtórzyła Claire, a po jej oczach i bezzębnym uśmiechu Amy poznała, że mówi prawdę.

Rozdział pierwszy

Inspektor Louise Blackwell zaparkowała i pobiegła do szkoły; na chwilę spowolniła ją solidna metalowa brama. Emily czekała na nią w sekretariacie, wyglądając przez okno niczym więźniarka. Nauczycielka z marsową miną nacisnęła brzęczyk i wpuściła Louise do środka.

– Louise Blackwell, ciotka Emily. Przepraszam, że tyle to trwało, ale jechałam aż z Weston. – Zerknęła na Emily, która siedziała na krześle po turecku, ze splecionymi rękami. Bratanica nie zrewanżowała się uśmiechem. Nadąsana wbijała wzrok w podłogę i widać było, że jest bliska łez.

– Na pewno jutro odezwą się ze szkoły i dowie się pani więcej – odparła nauczycielka, przytrzymując im drzwi. – Do widzenia, Emily, do jutra – dodała, gdy zgarbiona dziewczynka wlokła się do wyjścia.

– Witaj, kochanie – powiedziała Louise. – Wybacz, że jechałam tu tak długo. Pójdziemy coś zjeść?

Emily wbijała wzrok w buty, kiwając się w miejscu.

– Gdzie tata?

Louise przykucnęła, by ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. Telefon odebrała na posterunku. Czterdzieści minut wcześniej jej brat Paul powinien był odebrać córkę ze szkoły, lecz się nie zjawił. Zadzwoniła więc do mieszkających w pobliżu rodziców, włączyła się jednak poczta głosowa, dlatego sama musiała przyjechać tu autostradą M5 z Weston. Z Emily była twarda sztuka, ale oczy miała czerwone, a po lewym policzku spływała łza. Louise miała ochotę skłamać, lecz dziecko zasługiwało na prawdę.

– Na pewno nic mu się nie stało, po prostu nie zdążył.

– Znowu się upił?

Louise przytuliła bratanicę, zdruzgotana pytaniem, które nijak nie pasowało do zaledwie pięcioletniego dziecka.

– Na pewno nic mu nie jest, kochanie. – Dziewczynka dygotała w jej ramionach, a Louise po raz kolejny pożałowała, że nie jest w stanie jej przed tym uchronić… przed wszystkim, co ją spotkało w tak krótkim życiu.

Paul nie po raz pierwszy odstawił taki numer. Trzy lata temu matka Emily, Dianne, zmarła po krótkiej walce z rakiem. Stało się to tak szybko, że zaskoczyło wszystkich; rzecz jasna, najgorzej przeżył to Paul. Picie wymknęło mu się spod kontroli dopiero w zeszłym roku i Louise sądziła, że w ostatnim półroczu zdołał je opanować, jednak przed trzema tygodniami, w rocznicę śmierci Dianne, nałóg powrócił.

Louise miała sobie za złe, że do tego dopuściła, co jednak nie zwalniało jej brata od odpowiedzialności. Chciała go odszukać i wygarnąć mu, co myśli na jego temat, ale nie mogła tego zrobić w towarzystwie Emily.

Z samochodu znów zadzwoniła do rodziców.

– Witaj, Lou – powiedziała matka. – Wybacz, byliśmy z twoim tatą w mieście i dopiero teraz odsłuchałam wiadomość.

Louise chciała ją spytać, dlaczego mieli wyłączone komórki, ale ugryzła się w język.

– Mam Emily – poinformowała. – Jedziemy coś zjeść.

– Cześć, Emily.

– Cześć, babciu.

Louise zjechała na pobocze, by móc wyłączyć głośnik. Wysiadła z auta i lekko zatrzasnęła drzwi.

– Musicie podjechać do Paula i zobaczyć, co z nim.

– Tata już tam jedzie.

– Mamo, dłużej tak być nie może – szepnęła Louise, powstrzymując łzy.

– Wiem, kochanie, wiem. Jak już zjecie, przywieź Emily do nas. Mam tu jej szkolne ubranka, więc na razie może pomieszkać z nami.

Zawsze znajdowały jakieś tymczasowe rozwiązania. Paul odrzucał wszelkie propozycje pomocy, nie przyjmował do wiadomości tego, w jakiej sytuacji się znalazł. Był wspaniałym mężem, Louise nigdy nie widziała go równie szczęśliwego, jak w trakcie małżeństwa z Dianne. Gdy urodziła się Emily, dostał bzika na jej punkcie; po śmierci żony jego miłość do dziecka nie wygasła, ale to wyglądało tak, jakby obecność córki nieustannie przypominała mu kobietę, którą stracił. Louise była przekonana, że nigdy nie skrzywdziłby Emily umyślnie, tyle że nie rozumiał, jak wiele złego wyrządzał w jej życiu.

Zabrała bratanicę do Pizza Express. O nic się nie dopytywała, nie naciskała, siedziały więc w milczeniu. Ojciec przysłał esemesa, że znalazł syna w jego mieszkaniu. Był nieprzytomny, ale teraz już reaguje. Louise przekazała Emily, że ojcu nic się nie stało, lecz nie wdawała się w szczegóły. Dziewczynka uśmiechnęła się blado, z jej ust wysunął się wąs roztopionego sera. Co Louise mogłaby jej powiedzieć? Wcześniej dziewczynka spytała, czy Paul się upił, jednak była za młoda, by jej tłumaczyć, że tata potrzebuje pomocy i że zachowuje się tak z powodu tego, co spotkało jej mamę. Dosyć już wycierpiała. Po raz kolejny Louise korciło, by zabrać małą i uwolnić ją od tego wszystkiego.

Zamówiła dziewczynce lody, a sama zrezygnowała z deseru.

– Dzisiaj zostaniesz na noc u babci. Może być?

Emily kiwnęła główką.

– Tata jest chory, prawda?

Louise nie wiedziała, czy dziewczynce chodzi o to, że ojciec ma kaca, czy ogólnie o jego stan psychiczny, ale nie zamierzała w to wnikać.

– Wyzdrowieje, ale na razie będzie lepiej, jeśli zostaniesz u dziadków. U babci jest fajnie, prawda?

– Ty też będziesz z nami? – spytała Emily z nadzieją; po raz pierwszy, odkąd Louise odebrała ją ze szkoły, wydawała się szczęśliwa.

* * *

W domu Emily wpadła w otwarte ramiona babci, która przytuliła ją i spojrzała na córkę. Zmęczone oczy zdradzały, że chyba w ogóle nie spała.

– Tata jest w środku – powiedziała.

Ojciec Louise krążył nerwowo po salonie. Danny Blackwell, dobiegający siedemdziesiątki krępy, silnie zbudowany mężczyzna, był najbardziej uroczym człowiekiem pod słońcem. W dzieciństwie Louise go ubóstwiała, co pewnie źle się odbiło na jej późniejszych związkach. Dotychczas nie spotkała mężczyzny, który by mu dorównał, choć wiedziała, że takie porównywanie nie ma sensu; że jest to jej sposób obrony przed zaangażowaniem się w poważny związek.

Rzadko widywała ojca wściekłego, teraz jednak nie potrafił tego ukryć.

– W jakim był stanie? – spytała.

Ojciec przystanął. Nie miał pojęcia, że przyjechała, więc spojrzał na nią zdezorientowany.

– Nie powiedział żadnego sensownego słowa. Cuchnął alkoholem. Bełkotał coś o nasiadówce we wtorek rano w miejscowym pubie, a na stole stała na wpół opróżniona butelka whisky. Wpakowałem go pod zimny prysznic, a on ani drgnął. Louise, ja sobie zdaję sprawę, przez co przeszedł, ale to kawał samolubnego drania. Jak śmie robić coś takiego Emily?

– Wiem, tato. Wiem.

– Co ja mam zrobić? Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogę mu pomóc. – Opadł na kanapę, zaciekle walcząc z napływem emocji.

– Dziadek! – zawołała Emily, wbiegając do pokoju.

Kiedy pędziła do niego, ojciec Louise otarł oczy.

– Skarbku – powiedział, wyciągając ręce, by ją objąć.

Louise poszła do kuchni i nastawiła czajnik.

– Pewnie nie wypada mi napić się czegoś mocniejszego? – powiedziała matka, unosząc brwi.

– Mamo… – Louise pokręciła głową. Matki zawsze trzymał się czarny humor i zwykle pierwsza potrafiła rozbroić trudną sytuację.

Wypiły razem herbatę, ze śmiechem nasłuchując odgłosów zabawy Emily z dziadkiem, ale unikając poważnej rozmowy.

– Jak tam jest nad morzem? – zapytała matka.

– Lepiej, odkąd zrobiło się ciepło.

– Jakieś ciekawe sprawy?

Spytała o to tylko przez uprzejmość. Zawsze wspierała karierę Louise w policji i była z niej dumna, ale w gruncie rzeczy nie chciała znać szczegółów, nie chciała się mierzyć z realiami pracy córki.

– Niedługo powinnam wracać, ale najpierw musimy porozmawiać o tym, co się dzisiaj stało. Wiesz, że szkoła ma prawo zawiadomić opiekę społeczną? Czy masz pojęcie, co by było, gdyby go teraz odwiedzili? Emily mogłaby trafić do domu dziecka, mamo. – Louise czuła, że rozpierają ją emocje; nie mogła wyjść ze zdumienia, ile bólu potrafi sprawić jej brat nawet wtedy, gdy go nie ma.

Matka się uśmiechnęła. Na pozór nic nigdy nie było w stanie jej poruszyć, lecz Louise wiedziała, że dźwiga ciężar wszystkiego, co spotyka rodzinę. To ona była silna w ostatnich tygodniach życia Dianne i w traumatycznym okresie, który nastąpił potem. To ona spajała rodzinę, gdy Paul coraz bardziej popadał w alkoholizm. Louise rzadko o tym mówiła, ale miała szczęście, że rodzice pod każdym względem byli godni naśladowania.

– Omówiliśmy sytuację z twoim ojcem i uznaliśmy, że w najbliższych miesiącach, podczas letnich wakacji, zajmiemy się Emily – oświadczyła tonem tak wyzywającym, by Louise zrozumiała, że nie ma sensu protestować.

 

 

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel