Uwierz w miłość / Spróbujmy jeszcze raz
Przedstawiamy "Uwierz w miłość" oraz "Spróbujmy jeszcze raz", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.
Będący u kresu życia Aristeidis Kalathes prosi przybraną córkę Elenę, by sprowadziła do Grecji jego syna, Atticusa. Przed laty na skutek rodzinnej tragedii ojciec i syn zerwali kontakt. Elena dociera na karaibską wyspę, gdzie mieszka Atticus. Usiłuje go namówić, by pogodził się z ojcem, lecz Atticus nie zamierza wracać do rodzinnego domu. Nie przekonują go argumenty Eleny, za to ona sama bardzo mu się podoba. Nie wyobraża sobie, by miał się z nią więcej nie spotkać…
Betsy poślubiła greckiego biznesmena Nika Christakisa z miłości. On jednak nie potrafił okazywać uczuć; uważał, że zapewnienie życia na wysokim poziomie powinno zadowolić żonę. Betsy czuje się osamotniona w tym małżeństwie, lecz największym szokiem okazuje się dla niej, że Nik zataił swoją bezpłodność. Nie może mu tego wybaczyć i wnosi o rozwód. W trakcie rozwodu Betsy zachodzi w ciążę…
Fragment książki
Elena Kalathes z niejakim rozdrażnieniem obserwowała wysepkę pośrodku Morza Karaibskiego. Soczyście zielona dżungla, piaszczyste plaże, woda w kolorze turkusu. Trudno było odmówić jej malowniczości. Idylliczne i niemal nietknięte przez cywilizację miejsce. Tak opowiadali o nim ludzie w Kingston. Raz w miesiącu na wyspę dostarczana była żywność i wszystko, czego potrzeba, by wygodnie żyć. Jedyny jej mieszkaniec sporadycznie pojawiał się w Port Antonio, ale nie były to regularne ani zapowiadane wizyty.
Nikt nawet nie wiedział, gdzie dokładnie mieszka, w każdym razie nikt poza nią i trzema pracownikami firmy Kalathes Shipping, których Elena wcześniej wysłała na Jamajkę, by odnaleźli jej przybranego brata.
Był jej bratem właściwie tylko z nazwy. Nie wychowywali się razem i nie widziała go od czasu, kiedy uratował ją z ruin domu po tragicznym trzęsieniu ziemi, które nawiedziło mały czarnomorski archipelag szesnaście lat temu. Przywiózł ją wtedy do greckiej posiadłości Kalathesów i tam zostawił. Nie był więc jej rodziną, raczej fantazją czy może mitem, który tkwił gdzieś w najdalszych zakamarkach jej pamięci.
Atticus Kalathes. Prezes Eleos zarządzał swoją fundacją z bezimiennej wysepki, której praktycznie nie opuszczał. A nawet jeśli, nikt dokładnie nie wiedział, kiedy i na jak długo. Jego życie było owiane tajemnicą.
Silnik motorówki, którą wynajęła, by dostać się na wyspę Atticusa, ucichł. Sternik wyskoczył na nieduży pomost. Teraz wyraźniej słyszała nawoływania ptaków i szum fal uderzających o okoliczne skały i piasek.
Elena poczuła strużkę potu spływającą powoli po kręgosłupie. Może powinna wybrać się w tropiki w czymś bardziej na luzie, a nie w ołówkowej spódnicy, jedwabnej bluzce i dopasowanym kolorystycznie żakiecie, ale chciała zaprezentować się profesjonalnie. Jasny kolor żakietu i chłodny jedwab niewiele tu pomagały. Jej strój był ewidentną pomyłką. Podobnie jak pantofle na wysokim obcasie.
Spojrzała na nie i westchnęła. Cóż… lubiła drogie i eleganckie ubrania. Reprezentowała Aristeidisa Kalathesa, który był jej ojczymem, a także właścicielem znanej firmy i choćby z tego powodu jej wygląd miał znaczenie.
Sternik przywiązał łódź i stał teraz przed nią z wyciągniętą ręką. Chwyciła się jej i stanęła na drewnianych deskach. Na lakierowanej skórze pantofli dostrzegła parę kropel wody i skrzywiła się.
– Dziękuję, to nie powinno długo potrwać. Myślę, że najdalej za godzinę będziemy mogli wracać.
Sternik kiwnął głową i zeskoczył z pomostu na pokład. Zanim odwróciła głowę, zdążyła zauważyć, jak wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów.
Elena popatrzyła w stronę lśniącej w promieniach słońca plaży i westchnęła. Upał był nie do wytrzymania. Do tego wilgoć, która w kilka sekund przykleiła jej ubranie do ciała, utrudniając każdy ruch.
Miała nadzieję, że godzina jej wystarczy. Jej wysłannicy nie spędzili tu więcej niż dziesięciu minut. Inna sprawa, że żaden z nich nie był uratowaną przez Atticusa dziewczynką, którą przewiózł do Grecji i zostawił w swoim rodzinnym domu. Miała zamiar wykorzystać ten atut, jeśli będzie trzeba. Była skłonna posunąć się nawet do szantażu emocjonalnego, zwłaszcza że chodziło o wypełnienie ostatniej woli jej umierającego ojczyma.
Aristeidis chciał zobaczyć swojego syna przed śmiercią i pojednać się z nim. Elena zrobiłaby wszystko, by mu w tym pomóc. Aristeidis dał jej dom, nazwisko i wychowanie. Była mu za to ogromnie wdzięczna. To dzięki niemu uwolniła się od traumy, jaką było trzęsienie ziemi, w którym zginęła cała jej rodzina.
Przez ostatnie lata, gdy ojczym zaczął niedomagać, z wdzięcznością spłacała ten dług.
Zamierzała sprowadzić Atticusa Kalathesa do Grecji, czy mu się to podobało, czy nie.
Elena schyliła się lekko, by wygładzić spódnicę, poprawiła żakiet i ruszyła pewnym siebie krokiem wzdłuż ścieżki.
Nieopodal plaży, pod strzelistymi palmami stał dom zbudowany z ciemnego drewna. Nowoczesna konstrukcja przypominała porozrzucane pudełka połączone ze sobą korytarzami. Panoramiczne okna wychodziły na plażę i morze. Do domu prowadziła kręta dróżka wysypana tłuczonymi muszlami z dyskretnym oświetleniem po bokach. Elena przeszła nią kilka kroków, by po chwili przystanąć i odwrócić głowę, gdy kątem oka dostrzegła jakiś ruch.
W jej stronę zmierzał wysoki mężczyzna. Musiał wyjść spomiędzy skał, które widziała wcześniej. Przez ramię miał przewieszony jakiś pakunek, który przytrzymywał ramieniem. Opalonym nagim ramieniem, uświadomiła sobie, wlepiając spojrzenie w muskularny fragment ciała. Zresztą nie tylko jego ramię było nagie, stwierdziła po chwili. Mężczyzna nie miał na sobie spodni ani nawet szortów. Był kompletnie nagi i najwyraźniej nieświadomy tego, że ktoś na niego patrzy.
Elena zaczerwieniła się i odwróciła głowę. Oczywiście, że był nagi. Był przecież u siebie. To ona była tu intruzem, który w dodatku pojawił się bez zapowiedzi. No, prawie bez. Wysłała mu mnóstwo mejli i nagrała się na poczcie głosowej, informując o przyjeździe. Jednak on nie raczył na żadną z pozostawionych wiadomości odpowiedzieć. Albo rzeczywiście ich nie odebrał, albo może odebrał, ale nie chciał udzielić odpowiedzi. Ludzie z Kalathes skarżyli się, że był gburem, z kolei ci w Kingston wypowiadali się o nim w samych superlatywach.
Elena nie była pewna, którą z wersji za chwilę pozna, podejrzewała, że tą pierwszą. Może jednak powinna wrócić do łodzi i tam zaczekać, aż mężczyzna pójdzie do domu i się ubierze.
Zawróciła i zrobiła krok do przodu.
– Stój! – rozkazał męski głos.
Elena uważała siebie za nowoczesną kobietę i zdecydowanie nie lubiła, gdy ktoś jej mówił, co ma robić, chyba że był to Aristeidis. Mimo to przystanęła i dopiero po chwili odzyskała rezon. Już miała powiedzieć, że nie jest psem, aby słuchać komend, ale głos uwiązł jej w gardle.
Atticus Kalathes stał całkiem blisko, jego sylwetka skąpana w karaibskim słońcu przypominała męską wersję Wenus Boticellego. Brakowało tylko długich blond włosów i muszli pod stopami.
Był bardzo wysoki, barczysty, a jego opalona skóra lśniła od kropli wody. Muskularne ciało wyglądało niczym wyrzeźbione w bursztynie. Miał wąskie biodra, umięśnione uda, a pomiędzy nimi…
Elena poczuła, jak jej twarz ginie pod silnym rumieńcem. Przeniosła spojrzenie wyżej, na jego twarz, ale to też nie był dobry wybór. Wiedziała, oczywiście, jak Atticus wyglądał. Aristeidis miał albumy pełne zdjęć roześmianego chłopaka o kruczoczarnych włosach i jeszcze ciemniejszych oczach. Także nastolatka, po którym już było widać męską urodę. Miała także własne wspomnienia z tamtego dnia dawno, dawno temu, gdy Atticus ją uratował z ruin, gdzie niechybnie zginęłaby z głodu. Zapamiętała jego regularne rysy i pełne współczucia spojrzenie, którym ją obdarzył.
Pomyślała wtedy, że mógłby być jakimś księciem. Instynktownie wiedziała, że może mu zaufać. W nadziei, że ją uratuje, wyciągnęła ku niemu ramiona…
Oczy, które teraz na nią patrzyły, nadal były czarne jak najciemniejsza noc. Rysy twarzy nadal świadczyły o bezkompromisowości. Ale dziś patrzyła na niego oczami dorosłej kobiety, nie dziecka. Widziała i czuła, jak seksownym stał się mężczyzną. Po prostu Apollo, który zstąpił na ziemię, by uwodzić kobiety.
O tym też wiedziała. Oglądała zdjęcia, gdy jeszcze prowadził zwykłe życie, czytała każdy z nim wywiad. Obudzona w środku nocy mogłaby nawet wyrecytować ich fragmenty. Ostatniego wywiadu udzielił dwa lata temu, od tamtej pory nie pojawiał się publicznie.
Elena poczuła, jak mocno bije jej serce. Słońce opromieniło wilgotne pasma jego włosów. Drobne kropelki wody widoczne były nawet na czarnych jak sadza rzęsach.
Widziała wcześniej nagich mężczyzn na zdjęciach. Oglądała rzeźby, ale, prawdę mówiąc, zawsze zastanawiała się, co w tym pięknego. Teraz już wiedziała. Teraz rozumiała i nie mogła oderwać oczu od kuszącej jak zakazany owoc sylwetki.
On natomiast nie wydawał się ani trochę zażenowany tą niecodzienną sytuacją. Nie przeszkadzało mu, że jest nagi i przez ramię ma przewieszone świeżo złowione ryby. Tak samo prezentowałby się, mając na sobie trzyczęściowy garnitur czy długą szatę i koronę. W każdej wersji ubioru przyciągał spojrzenia niczym władca siedzący na tronie.
Cóż, powinna chyba coś powiedzieć, może o tym, że ojciec jest umierający i pora, by wrócił do domu, ale tak jak przed paroma chwilami, słowa nie chciały przejść jej przez gardło.
– Ja… tylko…
– Jesteś tutaj nielegalnie – rzucił złowieszczo.
Elena poczuła, że jest jej strasznie gorąco, ale nie od upału ani wilgoci.
– Chyba mnie nie poznajesz. Jestem…
– Wiem, kim jesteś, Eleno, ale to niczego nie zmienia. Nie masz prawa przebywać na wyspie bez mojego pozwolenia.
A więc rozpoznał ją, czego tak naprawdę się nie spodziewała. Minęło szesnaście lat, odkąd widzieli się po raz ostatni.
– Wysłałam ci kilka wiadomości, nawet dzwoniłam…
– Rzeczywiście, ale czy choć raz otrzymałaś odpowiedź, że chętnie się z tobą zobaczę?
Elenę zirytował ton tej rozmowy.
– Nie, ale pomyślałam, że moje mejle nie dotarły.
– Dotarły.
– Ale…
– Moje milczenie powinno być wystarczającą odpowiedzią, że nie życzę sobie żadnych wizyt.
Wyglądało na to, że Atticus Kalathes postanowił pokazać się jej od najmniej przyjemnej strony, ale czy powinna się tym przejmować? Miała do wykonania zadanie i nic, nawet nagi mężczyzna, piękny jak grecki bóg, nie był w stanie jej powstrzymać.
– Obawiam się, że nie mogę tego zrobić – stwierdziła, odzyskawszy rezon. – On umiera, Atticusie, i chce, żebyś wrócił do domu.
Atticus wiedział, kto znajduje się w motorówce, gdy wypatrzył ją z brzegu jakieś pół godziny wcześniej. Akurat łowił ryby na kolację, a warkot silnika w oddali zwrócił jego uwagę, co więcej zepsuł mu humor.
Celowo nie odpowiadał na wcześniejsze mejle Eleny oraz ignorował jej telefony, ponieważ ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, było zajmowanie się czymkolwiek, co mogło mieć związek z ojcem. Myślał, że jego milczenie będzie dość wymownym sygnałem, który ją odstraszy, ale najwyraźniej się pomylił.
Jaki zresztą sens miało zaszycie się na odległej wyspie, którą ciężko byłoby znaleźć na mapie, jeśli można go tu było tak łatwo znaleźć?
Nie zamierzał też bawić się w uprzejmości. Jeśli Elena była tak zdeterminowana, żeby pojawić się na wyspie wbrew jego woli, powinna zmierzyć się z tym, jak tutaj funkcjonował na co dzień. Nagość była jego ulubionym strojem i tak też postanowił ją przywitać. To ona naruszyła jego spokój. Nie zamierzał zmieniać swoich przyzwyczajeń ani planu dnia z jej powodu. Tak w każdym razie myślał, obserwując motorówkę, która przybiła do brzegu, a potem drobną figurę odzianą w formalny i zupełnie niepasujący do okoliczności strój.
Dopiero gdy postanowił podejść bliżej i przyjrzał się Elenie uważniej, zaniemówił, wracając myślami do przeszłości. Szesnaście lat temu Elena była ośmioletnią dziewczynką w podartych ubraniach, miała podrapane do krwi kolana i ręce. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, ściskała w piąstce scyzoryk, gotowa bronić się do upadłego. Oczy pełne złości i żalu patrzyły na niego podejrzliwie. Grube blond warkocze lekko drżały, sygnalizując gotowość do ucieczki w każdej chwili.
Atticus stał na czele małego oddziału skierowanego do pomocy ocalałym z trzęsienia ziemi. Od razu wyczuł, że Elena jest przerażona i wyczerpana. Od razu też wyobraził sobie, co mogłoby się stać, gdyby jej nie wypatrzył. Wszędzie grasowały bandy usiłujące wzbogacić się na czyjejś krzywdzie. Pamiętał, że oddał kilka strzałów w powietrze, żeby odstraszyć potencjalnych rabusiów. Myślał nawet, że i Elena ucieknie, ale ona stała wpatrzona w jego twarz, jakby badając, czy może mu zaufać. Potem upuściła nóż, a on wziął ją na ręce i zabrał ze świata, który przestał dla niej istnieć.
Nigdy nie zapomniał tamtej chwili, być może dlatego, że na widok skrzywdzonego przez los dziecka poczuł drgnienie serca. Wzruszenie, jakiego dawno nie czuł.
Przypomniał sobie o tym teraz, kiedy patrzył na zaróżowioną od upału twarz Eleny i jej kostium, pasujący raczej do sali konferencyjnej, a nie tropikalnej wyspy.
Zmieniła się. Zamiast warkoczy nosiła nisko upięty kok. Jej twarz straciła dziecięcą krągłość, ale w spojrzeniu pozostała dawna zadziorność i duma. Wyrosła na piękną kobietę o kształtnych ustach i brązowych oczach, w których można się było zatracić.
Nie uszło jego uwadze, że usilnie starała się nie zwracać uwagi na jego nagość. I może sprawiłoby mu to przyjemność, gdyby była dla niego kimś zupełnie obcym i gdyby nie upłynęło tyle czasu, odkąd ostatni raz miał kochankę. Jego libido było równie martwe jak serce. Atticus nie czuł potrzeby, by je w sobie wskrzesić.
Poza tym nie była przypadkową kobietą. Uratował ją, gdy była dzieckiem, a potem pozostawił ze swoim ojcem. Ojcem, który, jeśli wierzyć Elenie, zbliżał się do kresu swojego życia.
Widział wiadomości od niej w skrzynce mejlowej, ale nie zadał sobie trudu, by na nie odpowiedzieć. Czuł jednak, że jeśli Elena zdobyła się na tak daleką podróż, musiała mieć ważne powody.
Sam nie rozmawiał z ojcem od szesnastu lat i nie planował się z nim spotykać, ale gdy powiedziała, że ojciec umiera, jakieś mgliste wspomnienie zadrżało w jego pamięci. Stłumił je w sobie, zanim zdążyło przerodzić się w głębszą emocję.
– I co z tego? – spytał obojętnym tonem.
Elena przymrużyła lekko oczy, dając do zrozumienia, że nie podoba jej się takie nastawienie.
– Co z tego? – powtórzyła. – Słyszałeś chyba, co powiedziałam.
– Że ojciec umiera i mam wrócić do domu. Tak, słyszałem. Po pierwsze, nic mnie to nie obchodzi, po drugie, nigdzie się stąd nie ruszę, więc możesz wracać do domu.
Elena obrzuciła go zszokowanym spojrzeniem i przez chwilę myślał, że faktycznie zastosuje się do jego polecenia, odwróci na pięcie i pójdzie w stronę łodzi. Tak się jednak nie stało. Jej twarz szybko zmieniła wyraz i teraz jako żywo przypominała tamtą zranioną i zdeterminowaną ośmiolatkę, która nie zamierzała się poddać.
– Nie ma mowy! – Jej podniesiony głos zabrzmiał jak cięcie skalpelem. – Po pierwsze, obiecałam ojcu, że sprowadzę cię do domu, po drugie, nigdzie nie wracam.
Atticus wyprostował się, czując nieprzyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Ludzie nigdy nie zwracali się do niego w podobny sposób. To on wydawał rozkazy, a reszta była od ich spełniania. Nie był przyzwyczajony do tego rodzaju krnąbrności, jaki prezentowała w tej chwili Elena. Przeszkadzało mu jej spojrzenie, którym próbowała w nim wywołać poczucie winy.
– To nie była prośba – stwierdził.
Wyprostowała się dumnie.
– Nie jestem jednym z twoich pracowników, żebyś mi wydawał polecenia.
– Ale jesteś na mojej wyspie i jeśli sama się stąd nie wyniesiesz, każę cię stąd wywieźć.
Elena rozejrzała się wokół z lekko kpiącą miną.
– A kto niby miałby mnie wywieźć? Nie widzę tu nikogo, prócz ciebie.
Dobrze myślała. Atticus mieszkał na wyspie zupełnie sam.
– Ja to zrobię – odparł, po czym przechylił bark w dół, zabierając się do odłożenia złowionych ryb na bok.
Nie do końca był to blef. Gdyby go zmusiła, zaniósłby ją do motorówki i kazał sternikowi zabrać ją na ląd. Pojawiła się tu nieproszona, więc powinna liczyć się z konsekwencjami. Chyba nawet uwierzyła w groźbę, bo uniosła ręce do góry w obronnym geście.
– Zaczekaj! – wyjąkała, już mniej pewna siebie. Kropelki potu u nasady jej szyi ściekły wąską strużką w dół po krągłej wypukłości piersi. – Nie przyjechałam tu, żeby się z tobą kłócić.
Nie usłyszał jej, zdekoncentrowany obserwacją, która w całości go pochłonęła.
– Więc co jeszcze tutaj robisz? – spytał rozdrażniony. Nie chciał jej na wyspie i na pewno nie chciał, by jej obecność wywoływała w nim niepokój, wręcz rozedrganie, z którym walczył. Nagle przypomniał sobie, czym jest pożądanie. A przecież on nie ulegał tak prostackim pokusom. Nie powinien tak na nią zareagować, a jednak…
– Obiecałam mu, Atticusie, zrozum to. Powiedziałam, że jeśli wrócę, to tylko z tobą.
Ojciec. Aristeidis Kalathes. Głowa rodu. Właściciel wielkiej firmy spedycyjnej. Były wojskowy. Dumny, arogancki i nieugięty jak stal.
Po śmierci matki, która odeszła zbyt młodo, został z dwójką dzieci na wychowaniu, ale ojcem był tylko dla Doriana, starszego brata Atticusa. Kiedy zmarł także Dorian, Atticus miał szesnaście lat. Ojciec nigdy nie przebolał tej straty, co więcej nie wybaczył Atticusowi, że ten przyczynił się do jego śmierci. Karał go za to przez resztę życia.
Dlatego Atticus opuścił rodzinną wyspę. Za to też ojciec go nienawidził. I jeśli teraz chciał jego powrotu, to na pewno nie dlatego, żeby się pogodzić. Bez względu na to, co powiedział Elenie, i co ona sama o tym myślała.
Fragment książki
– Można się rozwieść w cywilizowany sposób – stwierdził Claudio Ravelli z wystudiowanym taktem.
Tylko szacunek wobec starszego o dwa miesiące przyrodniego brata powstrzymał Nika Christakisa przed pogardliwym parsknięciem. Co Claudio, od niedawna szczęśliwie żonaty, mógł wiedzieć o paskudnych, wyczerpujących rozwodach i innych nieprzyjemnych stronach życia? Claudio był prostolinijny i mocny jak opoka, w jego duszy nie istniały żadne mroczne zakamarki. Nie potrafił sobie nawet wyobrazić tego, przez co musiał przejść Nik.
– Pewnie się zastanawiasz, jakim prawem próbuję ci udzielać rad – zauważył Claudio trzeźwo. – Ale przecież kiedyś było wam ze sobą dobrze. Gdybyście spróbowali trochę złagodnieć i pozbyć się napięcia, obojgu wam wyszłoby to na zdrowie.
Ciemna, przystojna twarz Nika ściągnęła się w ponurym grymasie.
– W takim razie pewnie się ucieszysz, kiedy ci powiem, że mam się jutro spotkać z Betsy w obecności prawników, moich i jej. Mamy dojść do ugody finansowej.
– To tylko pieniądze, Nik. Dio mio – westchnął Claudio, myśląc o olbrzymim imperium biznesowym, które zbudował jego brat pracoholik. – Masz przecież mnóstwo pieniędzy.
W zielonych oczach Nika błysnęła wściekłość.
– Nie o to chodzi. Betsy próbuje zagarnąć połowę wszystkiego, co mam.
– Nie rozumiem, dlaczego domaga się aż tyle. Mógłbym przysiąc, że nie jest materialistką. Próbowałeś z nią porozmawiać?
– A dlaczego miałbym z nią rozmawiać? – zapytał Nik ze zdumieniem, jakby uważał tę sugestię za niedorzeczną. – Wyrzuciła mnie z domu, wystąpiła o rozwód, a teraz próbuje ukraść mi miliardy.
– Miała powód, żeby cię wyrzucić – przypomniał mu Claudio z żalem.
W odpowiedzi Nik tylko zacisnął usta. Miał własne zdanie na temat przyczyn, dla których ich małżeństwo popadło w ruinę. Ożenił się z kobietą, która twierdziła, że nie chce mieć dzieci, a potem zmieniła zdanie. Owszem, zataił przed nią pewne informacje, ale sądził, że jej pragnienie dziecka było tylko kaprysem i minie równie szybko i nieoczekiwanie, jak się pojawiło.
– To był mój dom – odpowiedział bezbarwnie.
– Chcesz jej zabrać jeszcze dom, tak jak zabrałeś psa? – westchnął Claudio.
– Gizmo należał również do mnie. – Nik popatrzył na psa, który był pod jego opieką od dwóch miesięcy i przez cały ten czas wykazywał objawy psiej depresji. Leżał teraz przy oknie, otoczony nietkniętymi piszczącymi zabawkami, z pyszczkiem smutno opartym na kudłatych łapach. Miał wszystko, co można było kupić za pieniądze, ale pomimo wysiłków Nika wciąż tęsknił za Betsy.
– Czy zdajesz sobie sprawę, jak była załamana, kiedy zabrałeś jej psa? – zapytał Claudio.
– Owszem. Przysłała mi listę instrukcji, jak mam się nim zajmować. Trzy kartki papieru poznaczone śladami łez – odrzekł Nik szyderczo. – O mnie nigdy się nie martwiła tak jak o tego psa.
– Uwielbiała cię jeszcze rok temu – odparował Claudio.
Nik musiał przyznać, że tak było i że było to bardzo przyjemne, dopóki trwało. Ale potem uwielbienie zmieniło się w gwałtowną nienawiść i Betsy zaczęła mu zadawać pytania, na które nie mógł odpowiedzieć – a właściwie mógłby, gdyby rzeczywiście musiał, ale nie potrafiłby znieść wyrazu grozy i litości na jej twarzy. Niektóre rzeczy były zbyt przerażające, by o nich mówić, i człowiek miał prawo zachować je dla siebie.
Claudio zawahał się.
– Kiedy prosiłeś po waszym rozstaniu, żebym porozmawiał z Betsy i okazał jej życzliwość, myślałem, że chodzi ci o to, żebym był pośrednikiem między wami, bo wciąż ją kochasz i chcesz, żeby do ciebie wróciła.
Twarz Nika przybrała twardy wyraz.
– Nie kochałem jej. Nigdy nikogo nie kochałem – przyznał zimno. – Lubiłem ją i miałem do niej zaufanie. Była dobrą panią domu.
– Panią domu? – Claudio zdumiony był tym staroświeckim określeniem. Na ogół Nik nie miewał konserwatywnych zapędów.
– Dobrą panią domu – powtórzył Nik spokojnie. Claudio wychował się w przyzwoitym domu i zapewne nie rozumiał, jak bardzo pociągający może być tego rodzaju talent u kobiety. – Ale zawiodła moje zaufanie i absolutnie nie chcę, żeby do mnie wróciła.
– Jesteś pewny?
– Ne… Tak – potwierdził Nik po grecku. Rozwód nie został jeszcze orzeczony, ale on już ruszył dalej ze swoim życiem. Betsy nigdy nie była typową żoną milionera. Pojawiła się w jego życiu podczas burzliwego okresu i przeminęła razem z nim. A teraz przed Nikiem jawiły się nowe, obiecujące perspektywy. Żyli w separacji już od pół roku. Przez ten czas Nik zmienił się i był z tego bardzo dumny. Odrzucił bagaż obciążeń wyniesiony z dysfunkcyjnego dzieciństwa. Teraz mógł działać szybciej i skuteczniej. Nie miał najmniejszego zamiaru powtarzać błędów przeszłości, a Betsy była bardzo poważnym błędem.
Betsy czekała w eleganckiej sali konferencyjnej w towarzystwie swoich prawników i choć bardzo się starała to ukryć, była napięta jak struna. Jej zdenerwowanie było zrozumiałe, w końcu nie widziała Nika już od sześciu miesięcy. Nie próbował się z nią spotkać ani w żaden sposób wyjaśnić swojego niezwykłego zachowania. Z dnia na dzień zmieniła się ze szczęśliwej mężatki, która próbuje po raz pierwszy zajść w ciążę, w zdradzoną, gorzko zranioną, nic nierozumiejącą żonę.
To ona wyrzuciła Nika z domu, ale tak naprawdę to on ją porzucił. Oszukał ją okrutnie i zaatakował z taką siłą, że odeszła od niego, nie oglądając się za siebie. Zachowywał się tak, jakby trzy lata małżeństwa, które jej wydawały się szczęśliwe, dla niego zupełnie nic nie znaczyły. Zbyt późno przyszło jej do głowy, że wyszła za mężczyznę, który nigdy nie powiedział, że ją kocha, a wręcz powtarzał, że nie wierzy w miłość, i który przy każdej okazji udowadniał, że priorytetem w jego życiu są interesy.
Po tym ostatnim, najokrutniejszym odrzuceniu nie mógł się chyba dziwić, że Betsy w końcu zdecydowała się odpłacić mu pięknym za nadobne. Wiedziała, że Nik ją za to znienawidzi, ale to było lepsze od dotychczasowej obojętności. Nic już jej nie obchodziło, co myśli o niej Nikolos Christakis. Miłość zmarła, gdy Betsy uświadomiła sobie w końcu, jak nisko Nik ceni ją i ich małżeństwo. A teraz po prostu próbowała się odegrać i wymierzyć mu karę.
Zemsta. Nie było to ładne ani kobiece słowo, a poza tym to była ostatnia rzecz, jakiej taki manipulant i rekin biznesu jak Nik mógł się spodziewać po swojej niegdyś uległej żonie. Nie obchodziła go Betsy, ale obchodziły pieniądze. Bezwzględna pogoń za zyskiem była dla niego najważniejszym celem w życiu i Betsy wiedziała, że jeśli chce go zranić, to musi uderzyć go po kieszeni. I rzeczywiście, dopiero niedorzeczne żądanie połowy majątku skłoniło go, by zechciał się z nią spotkać twarzą w twarz. Było jasne, że pieniądze znaczą dla niego więcej niż ona i ich związek.
Na korytarzu rozległy się kroki. Betsy zesztywniała. Klamka drgnęła, ale drzwi pozostawały zamknięte.
– Proszę pozwolić, że to my będziemy mówić – przypomniał jeszcze raz jej pełnomocnik, Stewart Annersley. Równie dobrze mógł powiedzieć wprost, że Betsy nie poradzi sobie sama w starciu z Nikiem i jego prawnikami. Dobrze o tym wiedziała. Spędziła trzy lata w bogatym świecie Nika, a jednak wciąż pozostawała naiwna i łatwo było ją zaskoczyć. Czyżby to znaczyło, że jest głupia, nie zna się na ludziach i nie potrafi ocenić ich motywacji? Czuła się wstrząśnięta, gdy Nik zabrał jej Gizmo. Pies był jej jedyną pociechą, a on uparł się go zabrać, choć nie przepadał za zwierzętami. Dlaczego to zrobił? Zapewne dlatego, że miał obsesję na punkcie kontroli i nie lubił pozbywać się niczego, co do niego należało – chyba że chodziło o porzuconą żonę. Próbował jej odebrać także dom, którego nigdy nie lubił, a który ona kochała. Był jego właścicielem i zapłacił za remont, ale kupił go tylko po to, by sprawić jej przyjemność. Ale czy rzeczywiście tak było? Może uznał Lavender Hall za obiecującą inwestycję? Betsy coraz częściej poddawała w wątpliwość wszystkie jego motywy.
Drzwi otworzyły się gwałtownie i Nik stanął w progu. Bardzo wysoki i dobrze zbudowany, emanował seksem i charyzmą. Niezwykłe jasne oczy błyszczały w ciemnej, przystojnej twarzy jak dwa szmaragdy. Serce Betsy zabiło gwałtownie i przypłynęła do niej fala wspomnień – od pierwszego spotkania, poprzez sielankowy miesiąc miodowy, aż do twardego zderzenia z rzeczywistością.
Wzięła się w garść, postanawiając twardo, że nie pozwoli się wytrącić z równowagi. Uniosła wyżej głowę, wyprostowała ramiona i oddała mu równe spojrzenie. Nie mogła jednak przestać się zastanawiać, jak to się stało, że mężczyzna, którego kiedyś uwielbiała, stał się jej najgorszym wrogiem. Gdzie popełniła błąd? Co takiego zrobiła?
Przez chwilę groziło jej, że zacznie popadać w paranoję i użalać się nad sobą, ale naraz usłyszała w głowie głos Nika. „Skończ z tym kompleksem prześladowczym i przestań się obwiniać – powiedział jej kiedyś. – Nie wszystko jest twoją winą. Nikt nie wymierza ci kary za jakiś grzech popełniony na tym czy na tamtym świecie. Złe rzeczy czasami po prostu się zdarzają”.
Patrzył teraz na nią przenikliwie. Wydawała mu się jakaś mniejsza, jakby się skurczyła. Nigdy nie była wielka – ważyła niecałe pięćdziesiąt kilo – a teraz wydawała się jeszcze drobniejsza przy stojących obok prawnikach. Z całą pewnością schudła. Zastanawiał się, czy dobrze się odżywia. Znów odezwał się w nim instynkt opiekuńczy, ale natychmiast stłumił te niestosowne zapędy. To nie była jego sprawa. Nie było jego sprawą również to, że jej prawnik, Annersley, pochylał się do niej zbyt blisko, patrząc z uznaniem na jej delikatny profil. Naturalnie, jeśli uda jej się wyszarpać choćby ułamek jego majątku, wielu mężczyzn uzna ją za zdobycz godną pożądania.
Usiadł z rozmachem na krześle, które przysunęli mu prawnicy, powtarzając sobie, że nic go to nie obchodzi. Betsy była piękną kobietą i w jej życiu z pewnością pojawią się inni mężczyźni. Zawsze przypominała mu szklaną figurkę, delikatną, kruchą i bardzo proporcjonalną. Należała do kobiet, które mężczyźni pragną chronić. Ale tak jak wielu innych głupich mężczyzn, rycerska postawa doprowadziła go tylko do rozwodu i utraty majątku, pomyślał cynicznie. Chcę mieć dziecko, oświadczyła Betsy ze łzami w niebieskich oczach i drżącymi ustami. Złamała przedmałżeńską umowę, egoistycznie próbowała zmienić jej warunki i nawet nie zauważyła, że w chwili, gdy wypowiedziała te słowa, świat Nika stanął na głowie. Oczywiście, teraz będzie mogła urodzić to wymarzone dziecko jakiemuś innemu mężczyźnie. Na tę myśl żołądek zacisnął mu się na supeł.
Parząc sobie usta, wypił kawę, którą podsunął mu jeden z prawników. Betsy próbowała go okraść ze wszystkiego, tak jak jego ojciec, żigolak Gaetano, kiedyś próbował okraść jego matkę Helenę. Ale Helena Christakis była zbyt inteligentna, żeby dać się oszukać Gaetanowi Ravellemu, a Nik odziedziczył inteligencję po matce. Poza tym Betsy nic go już nie obchodziła. Był jak alkoholik na odwyku. Jego terapią było to, że znów na nią patrzył i nie czuł nic. Patrzył na nią i doszukiwał się w niej wad. Lekki garbek na nosie, ledwo widoczne piegi. Poza tym była za niska i zbyt mało kształtna. Fizycznie wiele jej brakowało do doskonałości. Cóż on, do diabła, kiedyś w niej widział?
Bez ostrzeżenia podniosła wzrok na jego twarz. Na widok jej oczu w kolorze głębokiego morza natychmiast zaślepiło go pożądanie. Własna reakcja wstrząsnęła nim do głębi. Poczuł krople potu gromadzące się nad górną wargą i musiał użyć całej siły woli, by zapanować nad sobą. Oczywiście, to była tylko wyuczona reakcja warunkowa, nic innego.
Gdy prawnicy omawiali formalności, Betsy wpatrywała się nieruchomo w stół. Nik siedział przy drugim końcu, na tyle daleko, że mogła go ignorować, choć przez cały czas musiała się pilnować, by nie odwracać głowy w jego stronę. Naraz jednak podniosła wzrok i na ułamek sekundy jej spojrzenie zderzyło się ze spojrzeniem jego zdumiewająco zielonych oczu. Zabrakło jej tchu i oblała się rumieńcem. Poczuła ulgę, gdy on pierwszy odwrócił wzrok.
Jak to możliwe, że wciąż działał na nią tak mocno, choć przeciągnął ją przez piekło, milczał, kiedy powinien mówić, upokorzył ją, zatajając przed nią prawdę? Dopiero od jego brata dowiedziała się, że ich małżeństwo od samego początku było kpiną.
– Pożałujesz tego – ostrzegł ją tamtego dnia, gdy wyrzuciła go z domu. Ale wtedy żałowała tylko jednego: że nie odkryła wcześniej tego, co przed nią ukrywał.
Z perspektywy dostrzegała, że zachowywała się wtedy jak wariatka. Jej świat rozsypał się w gruzy, a ona sama stała się chwilowo niepoczytalna. Krzyczała, wrzeszczała, przeklinała go, a on stał nieruchomo jak granitowa skała pośrodku rozszalałego morza, zupełnie nieporuszony jej gniewem, łzami i błaganiem o wyjaśnienia. Nic właściwie nie powiedział, przyznał tylko cicho i bez emocji, że to, czego dowiedziała się od jego młodszego brata Zarifa, jest prawdą. W wieku dwudziestu dwóch lat Nik przeszedł zabieg wazektomii i nie mógł dać jej dziecka. To było absolutnie niemożliwe. A jednak nie zająknął się o tym nawet słowem, gdy ona miesiąc po miesiącu próbowała zajść w ciążę. Tego nie umiała mu wybaczyć. Dlaczego nie powiedział jej prawdy? Dlaczego? – dopytywała się jak oszalała, a on patrzył na nią w zaciętym milczeniu. Nie doczekała się żadnych wyjaśnień.
U boku Nika siedziała Marisa Glover, znana prawniczka specjalizująca się w rozwodach. Popatrzyła na Betsy chłodnymi błękitnymi oczami i zapytała spokojnie, dlaczego kobieta, która przed małżeństwem była cierpiącą na dysleksję kelnerką bez grosza przy duszy i od tamtej pory nie pracowała, uważa, że należy jej się połowa majątku męża.
– Powiedzmy to wprost: nie ma pani dzieci na utrzymaniu – dodała.
Betsy pobladła i zakręciło jej się w głowie. A zatem powiedział im o dysleksji. Poczuła się tak, jakby wylano na nią kubeł zimnej wody. Jeszcze bardziej okrutnym ciosem był argument o braku dzieci, zważywszy, że to Nik odmówił jej tego, czego najbardziej pragnęła.
Jej prawnik wtrącił się do rozmowy i skierował ją w stronę bardziej praktycznych zagadnień.
Nik patrzył na pobladłą twarz Betsy. Widział, że czuje się zraniona i upokorzona. Marisa zachowywała się jak pirania. Była najlepszą specjalistką od rozwodów w całym Londynie, a Nik zawsze zatrudniał najlepszych fachowców. Zacisnął dłonie w pięści. Betsy chyba nie oczekiwała, że będzie dla niej miły? Nie powinna liczyć na to, że on uzna cokolwiek za święte i nie wyciągnie na jaw wszystkich sekretów. Przecież to niemożliwe, by wciąż była taka naiwna!
Czekał, aż z kolei jej prawnicy zaatakują. Z pewnością nie brakowało im amunicji. Było jasne, że Nik nie ma ochoty rozprawiać publicznie o swojej potajemnej wazektomii. To była prywatna sprawa, jego zdaniem znacznie bardziej intymna niż dysleksja, której tak się wstydziła Betsy. Mimo wszystko widok jej wstrząsu i cierpienia nie zostawił go obojętnym. Poczuł zniecierpliwienie i niechęć do Marisy za to, że upokorzyła Betsy publicznie.
Annersley przypominał właśnie, że Nik w czasie trwania ich małżeństwa nie chciał się zgodzić, by Betsy pracowała. W uprzejmych, gładkich słowach próbował go odmalować jako tyrana. Marisa z kolei zauważyła, że Betsy nie miała żadnego wykształcenia i mogłaby wykonywać tylko najprostsze prace fizyczne, a od człowieka o statusie Nika trudno było oczekiwać, że się na to zgodzi.
Naraz Nik poczuł, że nie zniesie tego dłużej. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, oparł dłonie płasko na stole i podniósł się z miejsca tak gwałtownie, że wszyscy siedzący w sali drgnęli.
– Dość już tego! – warknął. – Wystarczy. Mariso, dobrze wiesz, że Betsy samodzielnie prowadzi sklep w Lavender Hall.
– Tak, wiem, ale…
– Skończyliśmy na razie – przerwał jej tonem niedopuszczającym dyskusji. – Nie będę tego przedłużał.
– Przecież jeszcze nie doszliśmy do żadnej ugody – zdziwił się Annersley.
Betsy również zerknęła na Nika ze zdumieniem. Nie mogła uwierzyć, że próbuje zakończyć tę upokarzającą sesję. Chyba nie zrobił tego dla niej? Musiał istnieć jakiś inny powód. Gdyby chciał ją chronić, nie wywlekałby na światło dzienne jej dysleksji i faktu, że nie skończyła szkoły. Była wściekła, bo to ostatnie było jego winą. Skarżył się i narzekał, gdy próbowała chodzić na wieczorowe zajęcia przygotowujące do egzaminów na poziomie szkoły średniej, więc w końcu zrezygnowała. Nik przez większość czasu podróżował po świecie, ale gdy był w domu, oczekiwał, że ona również tam będzie.

