Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Wszystko na jedną kartę / Weekend w tropikach
Zajrzyj do książki

Wszystko na jedną kartę / Weekend w tropikach

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2103-3
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329121033
Tytuł oryginalnyThe Billionaire's Accidental LegacyHis Most Exquisite Conquest
TłumaczJulia RyczyńskaJanusz Maćczak
Język oryginałuangielski
Data premiery2025-12-30
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Wszystko na jedną kartę" oraz "Weekend w tropikach", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Ojciec hazardzista zmuszał Jessie i jej siostrę do gry w pokera. Gdy Jessie kończy osiemnaście lat, chce z tym skończyć. Rozgrywa swoją ostatnią partię, w której przeciwnikiem jest szkocki książę Ewan Kincaid, przystojny tak bardzo, że mąci jej umysł. Mimo to Jessie wygrywa grę. Stawką jest jego arystokratyczny tytuł i zamek w Szkocji, ale Jessie nie docieka, dlaczego Ewan pozbywa się swojego dziedzictwa. Dla niej ta wygrana oznacza nowe życie. Nie potrafi też odmówić sobie nocy z Ewanem, przekonana, że nigdy więcej się nie spotkają…

Gdy Lucy poznaje Michaela Finna z miejsca ulega jego urokowi. Jeszcze tego samego dnia zaczyna się ich romans. Lucy zakochuje się w Michaelu, lecz wie, że nie powinna liczyć na nic poważnego. Nie należy przecież do eleganckiego, korporacyjnego świata. Dlatego postanawia zerwać tę znajomość, ale wcześniej nie potrafi sobie odmówić weekendu z Michaelem na tropikalnej wyspie…

Fragment książki

Jessie Hargreave dorastała w mocnym przekonaniu, że ludzie dzielą się tylko na dwie kategorie: przerażających i tych, którzy są przerażeni.

Wychowana wraz z siostrą przez narcystycznego i okrutnego miliardera, będącego przy tym władcą kryminalnego imperium, Jessie nauczyła się, że nie warto przywiązywać większej wagi do cudzych potrzeb i uczuć, a w życiu liczy się tylko to, czego się pragnie – i to, co można wyłuskać i zdobyć siłą i manipulacją.

Jej miękka, płochliwa mama nie zdołała nigdy przeciwstawić się mężowi, a ostatecznie odeszła gdzieś, gdzie trawa wydawała się zieleńsza, a mężczyźni łatwiejsi i bogatsi – tam, gdzie nie wymagano od niej zbyt dużo w zamian za życie w luksusie. Porzuciła Jessie i jej siostrę i nigdy nie obejrzała się wstecz.

– Teraz jestem przerażona, a nie przerażam. – Pamiętała wciąż płaczliwy szept swojej siostry Maren, gdy ta zakradła się do jej pokoju tej nocą, kiedy matka opuściła ich dom. Biedna mała Maren miała równie dziwaczny umysł jak Jessie, ale była mniej skupiona na faktach i cyfrach, a łatwiej przychodziło jej czytanie ludzkich słabości i emocji. Była w tym tak dobra, że czasem ją to przytłaczało.

Jessie czuła instynktowną potrzebę chronienia swojej słodkiej młodszej siostrzyczki i to obrała za swój najwyższy życiowy cel. Oddałaby za nią życie, choć przy ich zdolnościach umysłowych byłoby to zbędnie dramatyczne posunięcie. Były na tyle światłe, by rozwiązywać swoje problemy za pomocą intelektu, a nie desperackich decyzji.

– Musi istnieć jakaś trzecia opcja – rzuciła tak pragmatycznie, że natychmiast sama uwierzyła we własne słowa.

– Jaka, Jessie?

– Nie wiem. Coś wymyślę.

To właśnie zrobiła. Obie zrobiły. Przestały funkcjonować na czarno-białym spektrum przerażenia i przerażania, a w zamian zaczęły tańczyć po skali szarości, gdzieś pomiędzy ekstremami. Z czasem wyrosły na oportunistki wykorzystujące słabości ludzi, którzy wierzyli, że mogą je stłamsić i przestraszyć.

Jessie nie uważała się za żadnego Robin Hooda – głównie dlatego, że zatrzymała się na samym okradaniu bogatych. Nie rwała się do rozdawania niczego biednym, chyba że za potrzebującą uznałaby samą siebie. Przez długi czas była to nawet prawda, choć te czasy dawno już minęły.

Ani Jessie, ani Maren nie były biedne, ale zawdzięczały to jedynie własnej skutecznej pracy.

Spędziły ostatnie trzy lata, podróżując po świecie, grając w kasynach i na prywatnych rozgrywkach pokerowych, zbierając bogactwa, uprawiając mocny hazard i zmieniając wygrane w jeszcze większe pieniądze.

Dziś czekała je ostatnia gra.

Od ojca nie nauczyła się wiele poza jedną lekcją: jaką osobą się nie stać.

Gdy miały dwanaście lat, Jessie wraz z Maren postanowiły, że nie zostaną jedynie trybikiem w mechanizmie gier ukartowanych przez ich ojca, ale przed podjęciem jakiejkolwiek próby ucieczki musiały wypracować sobie jasną ścieżkę i solidny plan. Ich ojciec był taki sam jak one – nic mu nie umykało. Miały zatem tylko jedną szansę i wszystko musiało pójść perfekcyjnie. Musiały uzyskać dokumenty, których ojciec nigdy im nie zapewnił, akty urodzenia – rzecz jasna sfałszowane – a potem rozważyć, gdzie mogłyby się dalej podziać.

Wszystkie przemycone rzeczy schowały pod deskami podłogi w sypialni w domu ojca, by czekały, aż ułożą pełny plan.

Ojciec wykorzystywał zwykle ich zdolności przy rozbijaniu systemów bankowych – to był jego konik. Miał koszmarne ilości pieniędzy i zarabiał ich jeszcze więcej, pożyczając je na lichwę ludziom, którzy popadali następnie w jeszcze większe długi. Wówczas wykorzystywał ich do własnych celów.

Jessie wciąż pamiętała, jak ojciec kazał jej wyciągnąć wszystkie informacje od jakiegoś starszego mężczyzny na stacji kolejowej. Obcy mężczyzna zatroszczył się o nią, gdy zaczepiła go z prośbą o pomoc, udając, że zgubiła się na peronie kolejowym.

– Nazywa się Marcus – powiedziała potem ojcu. – Ma wnuczkę o imieniu Eloise, którą bardzo kocha. Dziewczynka mieszka z rodzicami w Londynie.

Gdyby tylko wiedziała, jak ojciec wykorzysta te informacje…

Czasem wciąż nawiedzały ją te obrazy. Każdy z nich. Więc zrobiła to, co zawsze – korzystała z wyjątkowych właściwości swojego mózgu, by łatwo rozwiązać problem.

Idea była prosta: musiała opanować emocje i wejść do ogromnego pomieszczenia istniejącego tylko w jej umyśle. Było przestronne, a wszystkie ściany wypełniały szafki z milionami szuflad i folderów, w których kryły się dane i wspomnienia. Następnie wyobrażała sobie tasiemkę z miękkiego niebieskiego jedwabiu – to właśnie ona stanowiła połączenie między jej uczuciami a myślami. Gdy połączenie było wyraźne, wystarczyło wyciągnąć parę lśniących nożyczek i przeciąć wstążkę, by raz na zawsze odciąć się od niewygodnych emocji.

Uczucia nie były jej do niczego potrzebne.

Wraz z Maren uciekły z domu dobre pięć lat temu. Miała wówczas osiemnaście lat, siostra siedemnaście. Znalazły tamtego dnia całkiem nowy cel w życiu, ale emocje nie miały z nim nic wspólnego. Wręcz przeciwnie.

Nie zamierzały być więcej zastraszone. Nie zamierzały być biedne. Już nigdy nie miały znaleźć się w sytuacji zagrożenia. Wykorzystały każdy zasób, jaki miały, by zapewnić sobie bezpieczeństwo i wygrać dzięki kartom takie życie, jakiego naprawdę pragnęły.

Zadecydowały również, że w pewnym momencie musi nastąpić definitywny koniec. Maczając palce w mętnej wodzie kradzieży i oszustw, łatwo się zatracić. Zatonąć. Z czasem moralność się rozpuszcza, brak wstrzemięźliwości rodzi ludzi takich jak ich ojciec. One nie zamierzały do tego dopuścić. Rozumiały, gdzie leżą granice.

A zatem tak – to miał być ostatni pokaz.

Pierwsza rozgrywka okazała się szokująco prosta, głównie dzięki temu, że były w towarzystwie całkiem nowe, młode, a do tego były kobietami – w dodatku pięknymi.

To śmiałe przekonanie nie wynikało wbrew pozorom z zadufania – piękno to bowiem formuła, nic więcej jak dobrze dobrana sukienka i jaskrawy makijaż. W pokerowych kręgach uroda to coś, co się zakłada i zdejmuje jak kostium. Nikt nie przyglądał się naprawdę rysom jej twarzy, wpatrywano się tylko w czerwone usta i odsłonięty dekolt. Koniec historii.

Rzeczonemu dekoltowi zawdzięczała zresztą to, z jaką łatwością nie doceniali jej inni gracze – mężczyźni lubili wierzyć, że są mądrzejsi i lepsi, że czytają z ludzi jak z książki, bo widząc kawałek ciała, stwierdzali, że dziewczyny takie jak Jessie nie mają nic więcej do ukrycia.

Wykorzystywała tę naiwność, ale nie czuła się z tego powodu winna. Jeśli grasz, możesz przegrać. A jeśli już na wejściu ignorujesz potencjał przeciwnika z błahych powodów – jesteś zwykłym głupcem.

Jessie wierzyła, że jest nuta prawdy w stwierdzeniu, że głupiec szybko rozstaje się ze swoimi pieniędzmi, a jeśli to ona miała być przyczyną tego przykrego rozstania, to tylko lepiej, szczególnie kiedy fundusze trafiały prosto do jej kieszeni.

Zadecydowały jednak wraz z Maren, że należy jasno ustalić limit.

Zdobycie zaproszenia na tę ekskluzywną rozgrywkę pokera było misją samą w sobie – głównie dlatego, że zwykle starały się nie rzucać za bardzo w oczy. To był ważny element ich taktyki. Pracowały ciężko nad tym, by przemknąć pod radarem, umknąć uwadze publiki, a przede wszystkich ich ojca. Pchanie się dobrowolnie na celownik i pierwsze strony gazet byłoby skończoną głupotą.

Młode kobiety wygrywające ogromne kwoty na pokerowych rozgrywkach mogłyby stać się łatwą sensacją, gdyby nie skupiały się na kameralnych, prywatnych spotkaniach, grach w otoczeniu członków rodzin królewskich, polityków, kryminalistów – ludzi, którzy niechętnie zwracali uwagę obcych na swoje niezdrowe nawyki.

W tych warunkach nie musiały nawet bawić się w przebieranki – wystarczyło zmienić czasem kolor włosów i fryzurę, wybrać inny styl makijażu. Starały się również nie grywać dwa razy w tym samym towarzystwie.

Dziś było jednak inaczej. Dzisiejsze wydarzenie było jednym z bardziej oficjalnych – dlatego miało być ostatnim przystankiem. Jeśli zdołają wygrać, będzie to ich największa jak dotąd wypłata, która w końcu pozwoli im zamknąć najciemniejszy rozdział życia. Dostaną szansę, by zacząć na nowo. Po swojemu.

To Maren zwęszyła tę grę. Sekretne pokerowe posiedzenie odbywało się w starym dworku na angielskiej wsi. Wstęp jedynie z zaproszeniem.

Specjalną bronią Maren była jej delikatność. Była urocza i śliczna, miała duże okrągłe oczy, które zawsze kryły cień smutku. Mężczyźni uwielbiają takie zranione ptaszki, więc Maren wzdychała i słuchała ich uważnie, a oni w zamian za uwagę byli gotowi dać jej wszystko.

O grze dowiedziała się, pracując w luksusowym klubie nocnym. Właśnie tylko na rzecz takich informacji podjęła się tej pracy – ciężko by było bowiem powiedzieć, żeby ona lub Jessie kiedykolwiek uczciwie zapracowały na dniówkę. Uczciwa praca nie popłacała.

Maren świetnie sprawdziła się jednak jako zbieraczka informacji. Doskonale grała głupiutką – ale to przecież nie jej wina, że dla wielu kobiecość jest czymś umniejszającym. Maren umiała ten fakt zgrabnie wykorzystać i stać się słodką owieczką, którą ktoś dobrotliwie poprowadził prosto na ekskluzywne pokerowe wydarzenie.

Dzięki pamięci fotograficznej z łatwością odtworzyła dokładny układ zaproszenia, które pokazał jej jeden z klientów. Następnie dowiedziały się, w jaki sposób rozsyłane będą zaproszenia i czy podrobienie jednego jest w ogóle możliwe.

Ostatecznie Jessie skontaktowała się z asystentką organizatora spotkania i przekonała ją, by przesłała zaproszenie aliasom jej i jej siostry, twierdząc, że to wujek opowiedział im o grze. Rzecz jasna miały na podorędziu wszystkie dane rzeczonego wujka. W tym numer seryjny jego biletu.

Dalej poszło już z górki, a dziś wchodziła na salony, wygładzając srebrną sukienkę, która zalśniła na jej krągłościach jak płynny metal. Maren prezentowała się dziś w złocie, które pięknie uzupełniało rudość peruki zakrywającej jej naturalny, cynamonowy odcień.

Nie chciały pokazywać wszem i wobec, że są siostrami, dla tego Jessie swoje naturalne ciemnobrązowe włosy ufarbowała dziś na kruczą czerń. Do tego zamierzały grać w różnych salach, przy różnych stołach. Konkurowanie ze sobą mijało się z celem. Jessie już zresztą wiedziała, kogo ma zamiar dziś ograć.

Ewana Kincaida. Księcia Kilmorack.

Książę – to tak staroświeckie, że aż komiczne, szczególnie że ostatnie lata spędził na trwonieniu swojego bogactwa przy każdym dostępnym stole do pokera, bezczeszcząc dobre imię swojej rodziny i własny tytuł. Wygrał też, co prawda, sporo pieniędzy i przez wielu był uważany za jednego z najlepszych graczy w konkursach o wysoką stawkę. Wciąż był jednak przeklętym kobieciarzem, hedonistą i niepohamowanym hazardzistą.

A przy tym był to najpiękniejszy mężczyzna, jakiego Jessie w życiu widziała.

Starała się o nim nie myśleć, ale Bóg jeden wiedział, że nie umiała się powstrzymać, od kiedy po raz pierwszy zobaczyła go na żywo. Rozpoznała go ze zdjęć w kasynie sprzed czternastu miesięcy, bo też nie dało się go pomylić z nikim innym – nie spodziewała się jednak, jak ją uderzy jego widok. Teraz nie umiała o nim zapomnieć.

Stał w głównej sali kasyna, nie w jednym z kameralnych pokoi, ale na samym środku, bo uwielbiał robić przedstawienie. Ona nie, więc przemykała tamtej nocy pod ścianami, szukając ustronnego stołu, przy których gra toczyła się o wysoką stawkę.

Wtedy ujrzała go pierwszy raz.

O głowę przewyższał resztę osób w pomieszczeniu, wyglądał magicznie w opinającym czarnym garniturze, podkreślającym szerokie ramiona i wąską talię. Kompletnie rozniósł wtedy jej zmysły i pragnienie bycia czymś, czego od lat się bała.

Czuła się bezecna.

Ich spojrzenia się zderzyły. Nie było na to innego słowa. W tej chwili poczuła, jak wstążeczka jej fantazji kompletnie się rozluźnia, jak delikatny jedwab jej myśli rozciąga się w nieznanych wcześniej kierunkach. Pragnienia płynęły przez nią jak narastająca symfonia prowadząca do wybuchu. Opętały ją wizje jego dłoni na jej ciele, myśl o silnych ramionach bez tej zgrabnej marynarki…

Od tamtej pory kompletnie pochłonął jej myśli.

Zobaczyła go ponownie miesiąc później, w Monako, choć jedynie z oddali. Zrobiła wszystko, co było w jej mocy, byle zachować bezpieczny dystans. Gapiła się na niego z wysokiego balkonu i uciekła, gdy tylko się odwrócił.

A potem było Capri. Tam siedziała w pokoju pełnym grubych ryb, wygrywała. Pojawił się jakby znikąd i zajął miejsce przy sąsiednim stole. Dostrzegł ją.

Gdy poszła odebrać swoją wygraną, ruszył za nią.

– Ja cię znam.

To był zaledwie moment. Została zauważona. W tej chwili zdawało się, jakby jedna z jej rozciętych niebieskich wstążeczek związała się na nowo. Serce zadrżało, gdy wróciło jedno z niechcianych uczuć, które nie miało prawa powrócić.

– Nie znasz. Jestem nikim.

– Byłaś kilka miesięcy temu w Las Vegas.

– Nigdy nie byłam w Vegas.

Kłamała. Urodziła się w Reno, w Nevadzie. Była w Vegas więcej razy, niż zdołałaby zliczyć, choć w tej chwili z trudem zmuszała się do myślenia, całkowicie zahipnotyzowana jego oczami. Były niebieskie, ale migotała w nich zieleń. Z drugiej strony jakby złoto…

– Kłamczucha.

– Pomyliłeś mnie z kimś.

– Niemożliwe. Nigdy się nie mylę.

Wtedy jej dotknął. Musnął opuszkami jej nagie ramię.

– Muszę iść, mam nagrodę do odebrania – powiedziała.

– Nie mam nic przeciwko, żeby stać się częścią twojego pakietu gratulacyjnego.

Uśmiechnął się, a jej serce zaczęło bić tak mocno, że zakręciło jej się w głowie.

– Nie dzisiaj.

Wtedy znów uciekła.

Była przerażona.

Obiecała sobie, że więcej do tego nie dopuści. Dlatego postanowiła, że tej nocy to ona podbije jego. Zemści się za to, że zalazł jej za skórę. Pokona go w jego własnej grze.

Rzecz jasna, w międzyczasie ani słowem nie wspomniała siostrze o jego urodzie ani o tym, co o nim myśli. Miały rygorystyczne zasady, gdy chodziło o mężczyzn. Zasady, które w tej chwili lekko naginała i była tego boleśnie świadoma.

Wiedziała, że musiała zacząć od niskich stawek przy jednym z okrągłych stołów, gdzie prawdopodobieństwo trafienia na niego było przytłaczająco niskie. Prawdę mówiąc, nie była nawet pewna, czy mogła liczyć na to, by zagrać w jego kręgach. Niemniej jednak chętnie by spróbowała…

Na samą myśl o znalezieniu się blisko niego jej ciało topniało.

Przeszła przez posiadłość, zgarniając w drodze kieliszek szampana. Mogła pozwolić sobie na trzy łyki; resztę wieczoru miała jedynie udawać, że popija. Nauczyła się już jednak, jak ważne jest wtapianie się w otoczenie. Tutaj stanowiły je narcystyczne osobowości. Bez wyjątków. Wszyscy ludzie są mniej lub bardziej narcystyczni. Wszystkich interesuje przede wszystkim nie to, co robią inni, ale jak sami wypadają na tle reszty. Najważniejszą społeczną zasadą jest, by nie kwestionować cudzych wyborów. Decyzja o abstynencji w tak hedonistycznym towarzystwie smakowałoby niemal krytyką. Nie zamierzała sobie na to pozwolić.

Kryło się w tym też pewne błogosławieństwo – im więcej Jessie udawała, że pije, tym chętniej pili też ludzie dookoła, a dobrze było przytępić zmysły przeciwników odrobiną alkoholu. Nie żeby naprawdę tego potrzebowała. Wygrałaby, nawet gdyby wszyscy byli w najlepszej formie. Nie chciała jedynie, by zauważyli, jak to zrobiła. Z jaką łatwością jej to przychodziło. Dlatego też zawsze celowo przegrywała kilka rund, by zmącić wodę.

Przysunęła się do kelnera. Nie do dziewczyny i nie do jednego z heteroseksualnych facetów. Dobrze wiedziała, z kim rozmawiać. Z kimś, kto nie czuł się zagrożony jej urodą, a jednocześnie nie pragnął jej dla siebie.

– Wiem, że nie powinnam pytać, ale nie wiesz może, przy którym stole gra Ewan Kincaid?

Mężczyzna spojrzał na nią i uniósł brwi.

– Skoro wiesz, że nie powinnaś, to czemu to robisz?

– Przepraszam… – Postarała się przyjąć postawę spłoszonego podlotka. – Trochę się w nim podkochuję i chciałabym przynajmniej na chwilę usiąść z nim przy jednym stole. Nie jestem zbyt dobra, prawdę mówiąc, przyszłam tylko po to, żeby… no wiesz…

Uśmiech kelnera przybrał przekorny wyraz.

– Liczysz, że ci się poszczęści, co?

– Zdecydowanie – odparła z uśmiechem.

Nie w sposób, jaki sugerował, ale owszem, liczyła, że fortuna się dziś do niej uśmiechnie.

– Umieszczono go w zachodnim skrzydle, grają na nieziemsko wysokie stawki. Ach, ten facet jest…

– Totalnie gorący, nie? Pieniądze nie grają tu roli. Mogę wykupić sobie miejsce w każdym z tych pokoi. W końcu mnie zaproszono.

– I chcesz przepuścić tyle pieniędzy za noc w jego łóżku?

– Słyszałam, że warto.

– Zdecydowanie tak wygląda, ale wiesz… On chętnie świadczy takie przysługi za darmo.

– Nikt nie rozdaje niczego dobrego – podkreśliła to słowo – za darmo.

– Też prawda.

Delikatnie dotknęła dłonią przedramienia chłopaka.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję.

Odeszła od niego niezgrabnie; ciasna sukienka nie pozwalała na wykonywanie długich kroków.

Fragment książki

Ukochana zmarła córka pochowana w niewłaściwej kwaterze.

Mężczyzna rozkopujący grób.

Pies, który dostał amoku na cmentarzu i poobtłukiwał głowy aniołków.

Co za początek poniedziałku, pomyślała, jadąc na cmentarz Greenlands, Lucy Flippence, której zlecono opanowanie tych sytuacji. I to właśnie dziś, w trzydzieste urodziny jej siostry, kiedy przydałoby się trochę luzu. Miło będzie zaprosić Ellie na lunch, zwłaszcza że Lucy bardzo chciała zobaczyć ją w nowych, barwnych ciuchach i z nową fryzurą.

Ellie przyda się ta odmiana. Przez ostatnie dwa lata ubierała się w czernie, szarości i ciemne brązy i tak bardzo pochłaniała ją praca osobistej asystentki Michaela Finna, że nie miała czasu na prywatne życie i nie zwracała uwagi na mężczyzn.

Lucy od niedawna lepiej pojmowała ten brak zainteresowania mężczyznami – a dokładnie odkąd okropny incydent w irlandzkim pubie w Port Douglas zepsuł jej weekend spędzany z przyjaciółmi. Poznany facet wydawał się początkowo obiecującym księciem z bajki, lecz okazał się wstrętnym typem. Lucy skłonna była sądzić, że ze wszystkich mężczyzn prędzej czy później wyłazi bydlę. W wieku dwudziestu ośmiu lat nie spotkała jeszcze takiego, którego czar szybko by nie zblakł.

Mimo to nie zamierzała przestać umawiać się z facetami na randki. Uwielbiała związany z tym dreszczyk podniecenia i poczucie, że jest kochana, choćby tylko przez chwilę. To było warte późniejszego nieuchronnego rozczarowania. Pragnęła doświadczać w życiu wszystkiego, co przyjemne. Tak radziła jej matka, która wyszła za obrzydliwego człowieka, ponieważ zaszła z nim w ciążę i urodziła Ellie.

„Nigdy nie popełnij takiego błędu, Lucy – mawiała. – Bądź ostrożna”.

I Lucy była ostrożna. Nieustannie.

Zwłaszcza że nie chciała mieć dzieci. Niewątpliwie odziedziczyłyby po niej dysleksję i miałyby w szkole takie same kłopoty, jak niegdyś ona. A jej problemy bynajmniej nie ustały po zakończeniu edukacji. Owo nieuleczalne upośledzenie zamykało wiele życiowych dróg dostępnych dla innych ludzi.

Wzdragała się na myśl o narażeniu niewinnej istotki na takie cierpienia. Nie zamierzała ryzykować – co oznaczało, że zapewne nigdy nie wyjdzie za mąż. Jaki miałoby to sens, skoro nie mogłaby założyć rodziny?

Zawsze jednak pozostawała nadzieja, że pozna wspaniałego mężczyznę, któremu nie zależy na posiadaniu dzieci albo także obciążonego jakąś wadą genetyczną. Kogoś, kogo zadowoli szczęśliwe życie małżeńskie we dwoje. Nie wykluczała takiej możliwości. To pozwalało jej zachować optymizm i energię.

Ujrzała teraz cmentarz Greenlands leżący na przedmieściach Cairns. Tonął w zieleni, jak wszystko w tym położonym na północy Australii tropikalnym stanie Queensland – zwłaszcza teraz, w sierpniu, po porze deszczowej, a przed dokuczliwymi letnimi upałami. Lucy cieszyło, że może napawać się blaskiem słońca, zamiast tkwić za biurkiem.

Wjechała furgonetką na parking i zobaczyła obok jednego z grobów starszego mężczyznę z łopatą. Nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego, toteż bez wahania zdecydowała się do niego podejść. Zresztą jej wygląd i ubiór zawsze rozbrajały ludzi.

Uwielbiała nosić ekstrawaganckie stroje kupowane na niedzielnych jarmarkach w Port Douglas. Teraz miała na sobie haftowaną minispódniczkę z brązowym skórzanym paskiem, luźną bluzkę i sandały z rzemykami krzyżującymi się na łydkach. Do tego ubioru świetnie pasowały drewniane korale i bransoletki. Wysoko upięte jasne włosy odsłaniały długie drewniane kolczyki. Nie wyglądała na urzędniczkę i dlatego budziła w ludziach zaufanie.

Starszy mężczyzna spostrzegł ją i przestał kopać. Wsparł się na stylisku łopaty i zmierzył wzrokiem nadchodzącą Lucy. Zobaczyła stojące obok niego dwie wielkie plastikowe torby z ziemią ogrodową, a za nimi wierzchołek różanego krzewu.

– Dziewuszko, jesteś miłym widokiem dla znużonych starych oczu – powitał ją z lekkim uśmiechem. – Odwiedzasz zmarłą bliską osobę?

– Tak, ilekroć tu bywam, zawsze zaglądam na grób matki – odpowiedziała również z uśmiechem.

Mężczyzna miał pobrużdżoną twarz osiemdziesięciolatka, ale zachował sprężystą sylwetkę, zapewne dzięki aktywnemu trybowi życia.

– Matki? Musiała umrzeć młodo – zauważył.

Lucy przytaknęła.

– Miała zaledwie trzydzieści osiem lat.

– Na co umarła?

– Na raka.

– Ach, to ciężka śmierć. – Smutno potrząsnął głową. – Chyba powinienem być wdzięczny, że moja żona odeszła szybko. Zawał. Dożyła siedemdziesięciu pięciu lat, niemal do naszego diamentowego wesela.

– Musieliście być szczęśliwym małżeństwem – skomentowała Lucy.

Zastanawiała się, czy to prawda. Zaobserwowała, że niektóre pary trzymają się razem tylko z przyzwyczajenia.

– Moja Gracie była cudowną kobietą – powiedział starzec z miłością i tęsknotą w głosie. – Byliśmy dla siebie stworzeni. Tak bardzo mi jej brak...

W oczach stanęły mu łzy.

– Przykro mi – rzekła łagodnie Lucy. Odczekała chwilę i spytała: – Sadzi pan te róże dla niej?

– Tak. Gracie kochała róże. Te przyniosłem z naszego ogrodu. Uwielbiała ich zapach.

– No cóż, panie... – Lucy urwała i pytająco uniosła brwi.

– Nazywam się Ian Robson.

– A ja Lucy Flippence. Pracuję w administracji cmentarza – oznajmiła. – Ktoś powiadomił nas, że rozkopuje pan grób, i przysłano mnie, żebym zbadała sytuację. Widzę jednak, że nie robi pan żadnej szkody.

– Tylko zasadzam krzak róży – wyjaśnił.

– Wiem. I nie mam nic przeciwko temu – uspokoiła go. – Ale potem posprząta pan i zabierze te puste torby, dobrze?

– Oczywiście. Zapewniam też, że będę dbał o te róże, podlewał je i przycinał, żeby kwitły pięknie dla mojej Gracie.

Lucy posłała mu serdeczny uśmiech.

– Nie wątpię, panie Robson. Miło było pana poznać. A teraz odwiedzę grób mojej matki.

– Życzę pani wszystkiego dobrego – rzekł na pożegnanie.

– Nawzajem.

Odchodząc, Lucy pomyślała, że Ian Robson z pewnością był wspaniałym mężem dla swojej Gracie. Tego rodzaju oddanie świadczy o prawdziwej, wiecznej miłości. Wprawdzie rzadko spotyka się takie głębokie uczucie, ale pocieszające, że jednak czasem się zdarza. Może przydarzy się także jej, jeśli będzie miała mnóstwo szczęścia.

Przystanęła przy grobie matki, westchnęła ciężko i odczytała napis na nagrobku ułożony przez Ellie:

Veronica Anne Flippence, ukochana matka Elizabeth i Lucy

Nie „ukochana żona George’a”, gdyż to byłoby wielkie kłamstwo. Ich ojciec opuścił rodzinę, gdy tylko u matki wykryto nieuleczalnego raka. Zresztą i tak nie na wiele by się przydał. Wcześniej, ilekroć przyjeżdżał do domu na urlop z kopalni w Mount Isa, upijał się i zachowywał grubiańsko. Lepiej, że pozostawił córkom opiekę nad chorą matką, chociaż dowiódł tym, że jest ostatnim łajdakiem.

Ellie odkryła, że wiódł podwójne życie – w Mount Isa miał inną kobietę. To dopełniło miary jego występków i oszustw. Lucy była rada, że wyniósł się na dobre. Wciąż go nienawidziła.

– Dzisiaj są urodziny Ellie, mamo – powiedziała na głos. – Kupiłam jej piękną wzorzystą bluzkę i pasującą do niej zieloną spódnicę. Przestała o siebie dbać i chcę ją trochę rozruszać. Mówiłaś, żebyśmy się zawsze troszczyły o siebie nawzajem, a Ellie ogromnie pomagała mi w moich kłopotach spowodowanych dysleksją. Chciałabym, żeby spotkała swojego księcia z bajki. Faceci zwracają uwagę na barwnie ubrane dziewczyny. Powinna dać sobie szansę, nie sądzisz?

Dziś rano Ellie oznajmiła jej przez telefon, że skróciła swe długie ciemnobrązowe włosy i ufarbowała je na rudo. Był to krok we właściwym kierunku, toteż Lucy przyjęła tę wiadomość z uśmiechem. Gdyby tylko jej siostra trochę się jeszcze rozluźniła, zaczęła okazywać więcej radości. Faceci to lubią i lgną do takich kobiet.

– Byłoby wspaniale, gdybyśmy obie poznały uroczych mężczyzn. Prawda, mamo? – Lucy znowu westchnęła, gdyż niezbyt w to wierzyła. – A teraz muszę już iść odszukać kilka odłupanych głów nagrobnych aniołków.

Dotarła na miejsce i przeraził ją rozmiar zastanych szkód. Ten pies musiał być wilczurem albo dogiem niemieckim. Niewątpliwie dostał szału. Podniosła z ziemi jedną głowę aniołka, ale zorientowała się, jak bardzo jest ciężka, i odłożyła ją z powrotem. Postanowiła podjechać bliżej furgonetką.

Załadowanie wszystkich odłupanych głów zajęło jej godzinę. Spojrzała na zegarek i zdecydowała, że zawiezie je do kamieniarza dopiero po lunchu. Jeśli nie dotrze do biura Ellie przed dwunastą, siostra może wyjść gdzieś sama. Lucy mogłaby wprawdzie do niej zadzwonić, ale wolała sprawić jej swą wizytą niespodziankę.

Znalezienie miejsca do zaparkowania w pobliżu siedziby Finn Franchises było niemożliwością. Lucy zostawiła samochód dwie przecznice wcześniej i resztę drogi przebyła biegiem. Zdyszana wpadła do gabinetu Ellie zaledwie kilka minut po dwunastej i uśmiechnęła się promiennie na widok nowego wyglądu siostry.

– Och, masz wspaniałą fryzurę! – wykrzyknęła z entuzjazmem, przysiadłszy na skraju biurka. – Jest taka seksowna. I pasuje do stroju. Świetnie go wybrałam. Wyglądasz fantastycznie. Powiedz mi, czy równie fantastycznie się czujesz?

Ellie uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem.

– Cieszę się z tej zmiany – oświadczyła, po czym w sposób dla siebie typowy zmieniła temat, by nie mówić o sobie. – Jak ci minął weekend?

– Och, średnio – odrzekła Lucy i wymijająco machnęła ręką. Nie chciała opowiadać o nieprzyjemnym zajściu w irlandzkim pubie. – Ale miałam dziś okropny poranek.

Zaczęła paplać o mężczyźnie rozkopującym grób i psie, który odłupał głowy aniołków. Spostrzegła jednak, że coś odwróciło uwagę siostry, która utkwiła wzrok gdzieś poza nią.

– Głowy aniołków? – rzekł z niedowierzaniem głęboki męski głos, którego brzmienie przyprawiło Lucy o zmysłowy dreszcz.

Odwróciła się szybko i ujrzała wysokiego, ciemnowłosego, przystojnego mężczyznę – istnego księcia z bajki!

ROZDZIAŁ DRUGI

Michael Finn zapomniał o wszystkim na widok tej olśniewająco pięknej dziewczyny siedzącej na skraju biurka. Najpierw rzuciły mu się w oczy jej długie piękne nogi, a potem upięte wysoko lśniące, jasne włosy. Miała na sobie białą spódniczkę sięgającą do połowy ud, luźną białą bluzkę i artystyczne kolczyki kołyszące się przy jej uroczej długiej szyi. Z twarzą zwróconą do Elizabeth opowiadała jej coś równie fascynującego, jak fascynujący był jej wygląd.

– Głowy aniołków? – powtórzył.

Zazwyczaj starannie oceniał kobiety, zanim zdecydował się nawiązać trwalszy związek – a i tak wkrótce rozczarowany zrywał każdy z nich. Jednak w tej dziewczynie było coś, co sprawiło, że bez namysłu zapragnął się do niej zbliżyć.

Odwróciła do niego głowę. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, a potem z seksownie uszminkowanych ust wyrwało się mimowolne westchnienie podziwu.

Michaela natychmiast ogarnęło erotyczne podniecenie, co nie zdarzało mu się nigdy przy pierwszym spotkaniu z jakąkolwiek kobietą – nawet gdy był jeszcze napalonym nastolatkiem. Obecnie, w wieku trzydziestu pięciu lat, stanowiło to dla niego całkiem nowe doświadczenie, które wprawiło go w lekkie zakłopotanie, jako że szczycił się swym opanowaniem.

– Jesteś szefem Ellie? – zapytała dziewczyna.

– Tak – zdołał wyjąkać. – A ty?

– Lucy Flippence, jej siostra. Pracuję w administracji cmentarza Greenlands i dlatego mam często do czynienia z nagrobnymi aniołkami – wyjaśniła. Zeskoczyła z biurka, podeszła do Michaela i wyciągnęła do niego rękę. – Miło mi cię poznać.

– Mnie ciebie również – rzekł, uścisnął jej ciepłą dłoń i przeniknął go zmysłowy dreszcz.

Do pokoju wszedł jego brat Harry, umówiony z nim na biznesowe spotkanie. Michael miał nadzieję, że Lucy nie wywarła na nim równie wielkiego wrażenia. Nie chciałby walczyć z bratem o kobietę, lecz w tym przypadku gotów był to uczynić. Opanował go pierwotny instynkt posiadania. Rzucił bratu spojrzenie ostrzegające, by nie wkraczał na jego terytorium i nie próbował z nim rywalizować. Dotychczas zawsze wzajemnie respektowali swe zainteresowanie wybranymi kobietami, lecz Lucy niewątpliwie wzbudzała pożądanie w każdym mężczyźnie.

– To mój brat Harry – przedstawił go i wezbrała w nim satysfakcja, gdy Lucy, nie puszczając jego dłoni, drugą ręką skinęła tylko na powitanie i rzuciła dość obojętnie:

– Cześć, Harry.

– Jestem oczarowany tym spotkaniem – oświadczył brat.

Jego ton podrywacza najwyraźniej nie wywarł na niej wrażenia. Natychmiast znowu zwróciła spojrzenie na Michaela i powiedziała:

– Zapewne nie wiesz, że dziś są urodziny Ellie. Chciałabym w przerwie na lunch zaprosić ją do jakiegoś miłego lokalu. Nie masz nic przeciwko temu, że wróci trochę później?

Ach, tak! – pomyślał radośnie Michael. Pragnął skorzystać z okazji, by lepiej poznać tę zachwycającą dziewczynę.

– Właściwie ja też wybieram się na lunch – oznajmił. – Do Mariners Bar.

Lucy rozbłysły oczy.

– To może pójdźmy tam razem i wspólnie uczcijmy urodziny Ellie – zaproponowała.

– Ja też się przyłączę – wtrącił Harry.

Michael uznał, że jest mu to w gruncie rzeczy na rękę. Brat będzie zabawiał Elizabeth, a on zajmie się Lucy.

– Co ty na to, Ellie? – zwróciła się do siostry. – W czwórkę będzie o wiele przyjemniej.

– W twoim towarzystwie niewątpliwie nie grozi nam kłopotliwa cisza – odparła Ellie z lekką nutą ironii.

– Zatem ustalone – rzekła ze śmiechem Lucy. – Idziemy na imprezę!

Lecz Michaela nie interesowała impreza. Skupiał uwagę wyłącznie na Lucy i pragnął ją mieć tylko dla siebie. Nie przyszło mu do głowy, że przespanie się z siostrą swojej osobistej asystentki to nie najlepszy pomysł. Myślał jedynie o tym, by dopiąć tego jak najszybciej.

Lucy nie mogła uwierzyć swemu szczęściu. Spodobała się temu księciu z bajki i chciał spędzić z nią czas. A w dodatku jest nie tylko szalenie przystojnym mężczyzną, lecz także miliarderem. Ellie opowiadała jej wcześniej o tym bajecznie bogatym właścicielu firmy Finn Franchises, lecz nigdy nie wspomniała, że jest również taki seksowny.

Zastanowiła się, dlaczego właściwie nie pociągał Ellie. Czy jest strasznie wymagającym, władczym szefem? Lucy nie przepadała za despotycznymi mężczyznami. Zanim zdecyduje się nawiązać romans z Michaelem Finnem, musi się dowiedzieć, dlaczego nie wzbudził zainteresowania w jej siostrze.

Chwilowo jednak cieszyła się pięknym dniem. Wyszli z budynku i ruszyli chodnikiem parami – ona z Michaelem przodem, a Ellie i Harry za nimi.

Michael rzucił jej uroczy uśmiech.

– Opowiedz mi o sobie – zagadnął. – Jak to się stało, że pracujesz w administracji cmentarza? Z twoją urodą powinnaś być raczej modelką.

Lucy była oczarowana zainteresowaniem Michaela – nawet jeśli było tylko przelotne. Opowiedziała mu o swoich doświadczeniach jako modelki – o zaletach i wadach tej pracy – i o tym, że później była przewodniczką wycieczek. Kiedy przeszła do relacji o okresie pracy w studiu tanecznym, zapytała:

– Czy lubisz tańczyć?

– Kiedy Harry i ja byliśmy dziećmi, matka nakłoniła nas do uczęszczania na lekcje tańca – odpowiedział z uśmiechem. – Twierdziła, że to niezbędna umiejętność towarzyska. Z początku narzekaliśmy, że przez jakieś dziewczyńskie tańce mamy mniej czasu na sport, ale w końcu nam się to spodobało. Odkryłem, że taniec dostarcza takiej samej adrenaliny jak uprawianie sportu.

– To dowód, że matka wie lepiej – zauważyła Lucy.

– Ona zawsze miała rację – rzekł ze smutkiem Michael.

Widząc zmianę jego nastroju, Lucy spytała łagodnie:

– Czy to znaczy, że twoja matka nie żyje?

– Rodzice zginęli w katastrofie lotniczej. Nie pamiętasz jej? Pisały o tym wszystkie gazety.

– Niestety nie – odparła, nie zamierzając się przyznać, że dysleksja utrudnia jej czytanie prasy.

– To się wydarzyło niemal dekadę temu. Może byłaś za młoda, żeby zwrócić na to uwagę. Ile masz lat?

– Dwadzieścia osiem. Przed ponad dziesięcioma laty moja matka umarła na raka i przez pewien czas nie obchodziło mnie nic innego.

– Rozumiem – rzekł współczująco.

– Nie mam też ojca – wyznała. – Porzucił nas jeszcze przed śmiercią mamy. Teraz zostałyśmy tylko Ellie i ja.

– Mieszkacie razem?

– Tak. Ellie to cudowna siostra – powiedziała.

W tej samej chwili usłyszała za sobą pełen rozdrażnienia głos swej cudownej siostry:

– To dlatego, że jesteś taki irytujący!

Zaskoczona Lucy obejrzała się szybko. Pragnęła, by nic nie zepsuło tego dnia. Michael też się odwrócił. Ellie przewróciła oczami, prychnęła ze złością i wyjaśniła:

– Nic się nie stało. Po prostu Harry zachowuje się jak zwykle.

Lucy poczuła wyrzuty sumienia. Czyżby nieumyślnie skazała Ellie w jej urodziny na towarzystwo nielubianego mężczyzny? Była tak zauroczona Michaelem, że nie spytała siostry, czy pomysł lunchu we czworo naprawdę jej odpowiada.

– Harry, bądź miły dla Elizabeth – rzucił kpiącym tonem Michael. – To jej urodziny.

– Jestem dla niej miły – zaprotestował brat.

Lucy wiedziała jednak, że Ellie nie wpada w złość bez powodu. Przyjrzała się Harry’emu. Opalony i muskularny brunet sprawiał wrażenie bardzo męskiego. Miał na sobie biały podkoszulek i szorty. Emanował pewnością siebie, którą kobiety uwielbiają – jednak u Ellie nie miałby żadnych szans, gdyby uznała go za playboya.

– Postaraj się bardziej – poradził mu Michael.

Przestał się zajmować tamtymi dwojgiem i delikatnie ujął Lucy za łokieć. Lecz jej niepokój nie rozwiał się tak łatwo.

– Czy Ellie nie lubi twojego brata? – spytała.

– Chyba nie w tym rzecz – odrzekł Michael. – Wszyscy go lubią, bo ma wrodzony wdzięk. Ale jego próby flirtowania irytują Elizabeth.

Są flirty i flirty, pomyślała Lucy. Niektóre potrafią być naprawdę

wstrętne.

– Nie przejmuj się – ciągnął Michael. – Teraz, kiedy go ostrzegłem, będzie się zachowywał grzecznie.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel