Wyrafinowana zemsta żony / Umowa się skończyła, ale…
Przedstawiamy "Wyrafinowana zemsta żony" oraz "Umowa się skończyła, ale…", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.
Josselyn Christie tuż po ślubie dowiaduje się od męża, sycylijskiego arystokraty Cenza Falconego, że jest dla niego jedynie narzędziem, by się odegrać na jej ojcu. Chce od niego uciec, lecz wtedy Cenzo ma wypadek i na skutek uderzenia traci pamięć. Josselyn postanawia odpłacić Cenzowi za to, jak ją potraktował. Mówi mu, że jest jej służącym…
Brazylijski milioner Caio Salazar i Ana Diaz zawierają związek małżeński, który ma potrwać rok i obojgu przynieść korzyść. Caio zmieni swój wizerunek playboya, który coraz bardziej przeszkadza mu w interesach, a Ana uwolni się od despotycznego ojca. Gdy przychodzi czas rozwodu, Ana uświadamia sobie, że zakochała się w Caiu, ale wie, że on nie odwzajemnia jej uczuć. Podpisuje dokumenty i planuje jak najszybciej wyjechać. Rozwiedzeni małżonkowie niespodziewanie dowiadują się, że grozi im niebezpieczeństwo. Na jakiś czas będą się musieli razem ukryć…Everett Drake właśnie zakończył pracę agenta rządowego. Nareszcie będzie żył bez stresu i natłoku zadań. W samolocie do Miami poznaje Biancę Palmer i umawia się z nią na randkę. Na tym jego spokój się kończy. Bianca jest ścigana przez grupę przestępczą. Everett siłą rzeczy zostaje wciągnięty w sprawę, zresztą i tak nie zostawiłby pięknej Bianki bez pomocy…
Fragment książki
Josselyn Christie nie oczekiwała, że dzień jej ślubu będzie dniem radości.
Nie był to ten ślub. Ona nie była tą panną młodą, które marzą o długiej białej sukni, tłumie wesołych dzieciaków i przesyconej miłością ceremonii. Tu nie chodziło o młodą parę, lecz tylko o sam ślub. Po prostu – musiał się odbyć. I tyle. Nie mogło być inaczej, bo przyszli małżonkowie ledwie się znali.
Josselyn wiedziała też, że nie będzie to ceremonia z czułymi zapewnieniami o romantycznej miłości i wierności aż po grób.
O radości nikt tu nawet nie myślał.
Ale panna młoda miała nadzieję, że pan młody wykaże się pewną subtelnością i klasą.
Przyjęcie weselne w sali balowej historycznej rezydencji ojca Christie trwało w najlepsze. Był to jeden z najbardziej eleganckich i ekskluzywnych adresów w Pensylwanii, a więc i w całej Ameryce.
Stare pieniądze. Stare rody. Ich przodkowie z pokolenia na pokolenie budowali bajeczne fortuny. Goście dostojnym krokiem przechadzali się po sali, uśmiechali do siebie i wymieniali zwykłe uprzejmości.
W ich żyłach płynęła błękitna krew. Josselyn zawsze wiedziała, że jest skazana na taką przyszłość, jaka zaczęła się dla niej tego wieczora. I nie marzyć, że uda jej się uniknąć przeznaczenia – poświęcenia się w imię rodziny. Bo taką samą ofiarę w świecie, w którym żyła, składały przed nią wszystkie panny młode.
Ludzie, którzy odziedziczyli te wielkie fortuny, nie nazywali już siebie Starymi Filadelfijczykami. Mówili, że są Prawdziwymi lub Wiecznymi Filadelfijczykami. Jakby chcieli odciąć się od przeszłości. Ale zgadzali się w jednym – prawie wszyscy byli w prostej linii spadkobiercami pierwszych rodzin, które kiedyś osiedliły się tu, zakładając emigrancką kolonię Ye Olde Pennsylvania. Mieli poczucie, że stan ten – i Ameryka – zawdzięcza im wszystko.
– Błądzisz myślami, moja córko – usłyszała obok siebie głos ojca.
Głos ten wyrwał ją z ponurych rozmyślań o tym, że pochodzenie i ofiara nie pozwalają żadnej pannie młodej tryskać radością na swoim weselu.
Ale od razu się uśmiechnęła. Górę jak zwykle wziął przypływ uczuć do ojca.
Nawet dziś.
Zwłaszcza dziś.
Bo kochała go bez pamięci. Zrobiłaby dla niego wszystko. Uśmiechnęła się doń, przypominając sobie czas, gdy zdawał się jej większy i silniejszy. Był dla niej tarczą przed złem tego świata. Mijające lata sprawiły, że podstarzały już Archibald Christie jakby zmalał. Ale dziś nie posiadał się z radości. Wreszcie spełniały się jego marzenia. Córka zaczynała nowe życie, a on był pewien, że pomógł jej w tym najlepiej, jak umiał.
Bo wierzył, że małżeństwo da jej bezpieczną przystań. Josselyn straciła matkę i brata. Choć tragedia wydarzyła się dawno temu, córka zawsze wiedziała, że dla ojca najważniejsze jest dać jej poczucie bezpieczeństwa.
Nawet za taką cenę.
Mimowolnie spojrzała na salę balową i na postać wysokiego postawnego mężczyzny zanurzonego w rozmowie z grupą miejscowych miliarderów. Wszyscy z uwagą chłonęli jego słowa. Josselyn odwróciła jednak wzrok i skierowała go na twarz ojca.
Po co się lękać o przyszłość. Lęk i tak jej nie zmieni.
– Początek małżeństwa wymaga trochę zamyślenia… – odparła.
Objęła ojca ramieniem, próbując nie widzieć, że wydał się jej słabszy, niż powinien. Ba taka myśl tylko na nowo rozdarłaby jej biedne serce, a ono miało dziś i tak aż nadto trosk.
– I trochę trzeźwej refleksji. Jasności myśli i spokoju wobec tego, co nadejdzie – dodała.
Stali obok siebie, patrząc na tańczące pary i sączących drogie drinki gości. Josselyn wiedziała, że po weselu nikt z nich nie poświęci jej już żadnej myśli.
Żadnej.
Bo brała udział w ceremonii, na którą przychodzi się z setek powodów, ale żaden nie ma nic wspólnego ze świętowaniem miłości. Josselyn mogła jednak winić tylko siebie i własne wyobrażenia, że w jej sytuacji miłość mogłaby kiedykolwiek się liczyć.
Była naiwna.
– Wiem, że może nie jest to tym, czego pragnęłaś – powiedział Archibald nieco szorstkim, ale przepełnionym uczuciem tonem. – Mogę być starym głupcem. Wierzę jednak, że nie do końca ulegam złudzeniom.
– Oczywiście, tato – odparła ciepłym głosem.
Setki razy powtarzała sobie, że nie powinna pocieszać i uspokajać ojca, bo nadszedł dla niej najwyższy czas ruszyć naprzód i zacząć własne życie. Wylecieć z gniazda. Nigdy jednak nie dotrzymywała dawanych sobie obietnic.
Bo tak działa miłość. Uczucie do ojca kazało jej działać wbrew własnemu dobru. Zresztą aż do dzisiaj niewiele sobie z tego robiła.
– Możesz myśleć, że jestem zdziecinniały i naiwny. Ale z czasem zrozumiesz, że wszystko to posłuży ci jak najlepiej.
– Rozumiem – odparła spokojnym głosem. – Gdyby było inaczej, nigdy bym się nie zgodziła.
I tu pies pogrzebany, pomyślała.
Zgodziła się.
Tego popołudnia szła do ołtarza spięta jak struna. Ale przecież nikt jej do niczego nie zmuszał. Nikt nie przyłożył jej pistoletu do skroni. Nie groził i nie naciskał. Szła, trzymając ojca pod rękę z własnej wolnej woli… w stronę swojego przeznaczenia.
Archibald wdał się w pogawędkę ze starym przyjacielem rodziny, a Josselyn została na miejscu. Wygładziła dłońmi wspaniałą suknię ślubną – wierną kopię tej, w jakiej kochająca matka brała ślub z jej ojcem.
Josselyn próbowała zmusić się do uśmiechu, ale jej wzrok znów skierował się stronę mężczyzny, który kilka godzin temu został jej mężem.
Cenzo Falcone wyróżniał się wśród innych, choć jak miał w zwyczaju nie narzucał nikomu swojej obecności. Ten typ mężczyzny przyciąga uwagę samą swoją posturą i wyglądem. Bano się go i jednocześnie podziwiano tak bardzo, że sam dźwięk jego imienia wywoływał poruszenie. Wystarczyło, że ktoś szepnął „Cenzo”. Nic więcej.
Korzenie jego rodu sięgały europejskich rodzin królewskich. Ten sycylijski arystokrata był właścicielem wielu zamków na całym świecie. Nic z tego, że wiele z nich wraz z wiekami podupadło, bo wciąż świadczyły o wspaniałej historii rodu. Cenzo był też posiadaczem tak ogromnej fortuny, że od lat bez trudu mieścił się w elicie najbogatszych ludzi w Europie.
Cenzo Falcone. Jej mąż.
Boże zlituj się nad jej duszą.
Już wkrótce Josselyn będzie musiała opuścić rodzinną posiadłość.
Wraz z nim.
Jako jego żona.
Może gdyby nie bała się nazywać go mężem, wszystko byłoby bardziej realne. Lub mniej przytłaczające. Bo tyle kobiet ma mężów i są szczęśliwe. Nie ma powodów, by bać się tego słowa.
Nawet patrząc z daleka, czuła siłę bijącą od tego mężczyzny. Energię przyczajonego tygrysa gotowego do skoku. Cenzo miał pierwotnie zmysłowe i szlachetne rysy twarzy.
Josselyn poczuła, że wyschły jej wargi.
Było coś w tych nieuchronnie przyciągających wzrok oczach koloru miedzi i złota. Jakby Cenzo w głębi duszy drwił ze wszystkich miejscowych pensylwańskich baronów, których rodziny budowały majątki w dziewiętnastym stuleciu na wyzysku miejscowych biedaków.
Przed ślubem spotkała go tylko dwukrotnie.
Pierwszy raz dwa lata temu w Northeast Harbor w stanie Maine, gdzie jej rodzina od ponad dwóch wieków spędzała letnie wakacje. Kilka lat przedtem Josselyn skończyła studia i pracowała jako osobista sekretarka ojca.
Tego dnia przeglądała korespondencję Archibalda w tym samym eleganckim salonie, gdzie jako małej dziewczynce matka czytywała jej bajki.
Josselyn mogłaby przysiąc, że od tej chwili jej życie podzieliło się na czas przed i po owym nieszczęsnym, choć nieuchronnym, spotkaniu.
Robiła ręczne notatki, bo ojciec lubił podkreślać swoje staromodne podejście do świata i nie używał komputera. Mawiał, że to tajemnica jego sukcesu. Ale oboje wiedzieli, że prawdziwa tajemnica tkwiła w tym, że miał szczęście urodzić się jako Christie. I jako męski potomek.
Po pracy planowała popływać łódką, choć wiedziała, że ojciec patrzył na to niechętnym okiem. Przedtem miała jeszcze przygotować kolację, bo gosposia miała wolne.
Zwykły spokojny letni dzień w samym sercu tego, co Josselyn uznawała za szczęśliwe życie. Zawsze myślała, że jest szczęściarą. Do chwili kiedy… wszystko uległo nagłej zmianie.
– Chodź przywitać się z naszym gościem – usłyszała biegnący z głównego salonu podekscytowany głos ojca.
Wstała z pochmurną miną, bo nie oczekiwała żadnych gości. W czasie pobytów w Maine, Archibald zwykle grywał w golfa lub odwiedzał miejscowy klub biznesmenów, a czasem wydawał przyjęcia.
Josselyn wiedziała jednak, że w tym uroczym zakątku wakacje spędza też wielu długoletnich przyjaciół rodziny. Wszyscy oczywiście z filadelfijskich wyższych sfer. Każdy z nich mógł wpaść z niespodziewaną wizytą.
Przeszła do salonu. Ojciec siedział w swoim ulubionym fotelu z promiennym uśmiechem na twarzy. Ale nie ten uśmiech przykuł jej uwagę, lecz coś innego. Na widok gościa w jej głowie odezwał się dzwonek alarmowy.
Cenzo Falcone stał oparty o ozdobny parapet wiekowego kominka.
Wysoki mężczyzna o ciemnej cerze. Niedostępny i zamyślony. Josselyn pamiętała, że unosiła się wokół niego jakaś mroczna otoczka. Przez chwilę widziała w salonie tylko jego. Biła z niego siła i pewność siebie. Jego oczy patrzyły tak, jakby chciały ją przeniknąć. Skojarzyły jej się z dwiema starożytnymi monetami, które jego przodkowie musieli bić w swoich dawno utraconych królestwach. Był uosobieniem idealnie wyrzeźbionego męskiego piękna. Niemal obcego w swojej srogiej wyniosłości. Krótko przycięte czarne włosy, nos jak u rzymskiego cesarza. Miała dziwne poczucie, jakby na szerokich barkach tego mężczyzny kwitły i upadały całe dawne narody.
W szklano-betonowych amerykańskich miastach ktoś taki byłby człowiekiem sprzed wieków. Tu, na wybrzeżu Maine, jawił się bardziej jako mroczny sztorm, który w jednej chwili sprawił, że Josselyn poczuła, jak opuszcza ją siła i pewność siebie.
Dzwoniło jej w uszach. Serce waliło. Brakowało jej tchu, ale jednocześnie wdzierał się w nią jakiś dziki poryw. Pragnęła pędem wypaść z rezydencji, która zawsze była jej bezpieczną przystanią, i biec. Biec przed siebie, by dopaść brzegu spowitego mgłami Atlantyku. Poddać się nurtowi i płynąć aż fale wyrzucą jej ciało może gdzieś na brzegach Islandii.
Choć w chwili, gdy Cenzo spojrzał na nią pierwszy raz, nawet perspektywa utonięcia zdała jej się przyjemną alternatywą.
Josselyn stała przykuta do swojego miejsca. Tymczasem ojciec uprzejmie przedstawił ją gościowi i wyszedł z salonu.
Została sama z Cenzem, który patrzył na nią tak, jakby ona sama była winna sytuacji. Nie ukrywał, że niezbyt obchodzi go młoda dziewczyna.
– Nie… Nie wiem, co powiedział ci ojciec – powiedziała z wahaniem.
– Minimum tego, co potrzebne – odparł.
Pierwszy raz usłyszała jego głos. Niski, groźny i z akcentem, który przywiódł jej na myśl europejskie stolice i falujące wzgórza Włoch. Zadrżała i poczuła gęsią skórkę.
Znów zapragnęła uciec.
– Nie rozumiem – powiedziała.
– Więc ci powiem – odparł.
Stał przy kominku na drugim końcu salonu. Wysoki i barczysty zdawał się władać miejscem, które przez pokolenia należało do jej rodziny. Jakby było jego. Jakby sama Josselyn należała do niego.
– Twój ojciec, który dawno temu dzielił z moim pokój na kampusie Uniwersytetu Yale, złożył mi intrygującą propozycję. Przyjąłem ją.
– Propozycję…? – powtórzyła.
I zrozumiała. Bo zawsze wiedziała, że nie ucieknie przed losem. Dziwiła się tylko, że już przedtem ojciec nie usiłował wydać jej za mąż. I własnej naiwności, że może porzucił tę myśl. Wiedziała przecież, że Archibald nigdy nie odpuszcza. Niczego.
– Weźmiemy ślub. Ty i ja, Josselyn.
W spojrzeniu Cenza dostrzegła coś okrutnego. Ukrytego w brutalnej wyniosłości, która odbijała się w jego rysach, choć tonowanej skrywaną pod nią samczą zmysłowością. Nóż może być stępiony, ale dalej jest nożem, pomyślała.
– To życzenie twojego ojca, a ja wyraziłem zgodę.
– Nawet mnie nie widząc?
Cenzo tylko się uśmiechnął. Z ich pierwszego spotkania zapamiętała zwłaszcza ten uśmiech. Jakby właśnie nim, niby najtępszym nożem, jaki miał, wbijał się w jej serce i obracał ostrzem dokoła.
– Nasze spotkanie to tylko formalność, kochanie – powiedział. – Ślub jest już przesądzony.
Josselyn biegiem wypadła z salonu. Towarzyszył jej głośny i bezlitosny śmiech Cenza.
Przez następny rok aż za często wspominała ten złowieszczy śmiech. Prześladował ją w snach. Rozbrzmiewał wszędzie.
Ojciec nie słuchał jednak żadnych argumentów. Nie chciał słuchać, że dręczy ją pamięć śmiechu Cenza. Wybrał jej męża. Reszta to urojenia i mrzonki młodziutkiej jeszcze kobiety. Obiecywała sobie, że tym razem się postawi. Zaprotestuje. Prawda, że przez lata powtarzał, że pragnie, by była bezpieczna, gdy sam odejdzie z tego świata. I czego od niej oczekuje. Jednak przez myśl jej nie przeszło, by naprawdę oczekiwał, że wyjdzie za obcego mężczyznę.
Ale tak było.
Szukała pocieszenia w tym, że choć nie znała Cenza, ich rodziny znały się od dawna. Ojcowie razem studiowali. Jej ojciec często bywał z przyjacielem i jego matką w Londynie i południowej Francji, gdzie spędzali czas w luksusowych restauracjach i rezydencjach znajomych milionerów. Było to długo przedtem, zanim Archibald ożenił się matką Josselyn, którą kochał wielką miłością. Długo przed śmiercią ukochanej żony.
I przed śmiercią ojca Cenza.
Archibald opowiadał jej o tych czasach jeszcze jako dziecku.
Przez cały rok, jaki minął od ich spotkania, Josselyn myślała więc, że to, że ona i ów posępny mężczyzna stracili bliskich, powinno ich jakoś łączyć. Oboje przecież wciąż przeżywali żal i smutek z powodu utraty rodzica.
Wierzyła w tę myśl.
Po roku znów spotkała Cenza Falconego.
Tym razem podczas… ich przyjęcia zaręczynowego, które wydano w obsypanej gwiazdkami Michelina ekskluzywnej restauracji na ostatnim piętrze jednego z wysokościowców w Filadelfii. Nie zabrakło nikogo z miejscowej śmietanki towarzysko-biznesowej. Josselyn wykonała wolę ojca, choć wielu przyjaciół ostrzegało ją przed błędem. Chcieli nawet podstawiać samochód, by w ostatniej chwili mogła czmychnąć tylnymi drzwiami budynku.
Była gotowa na zaręczyny.
Nie poddała się bez walki. Myślała o różnych wymówkach. Ale nie mogła uciec przed własnym losem, bo jej dramat polegał na tym, że rozumiała ojca. Wiedziała, dlaczego pragnął dla niej tego archaicznego spektaklu. Poza tym nigdy nie zdobyłaby się na stanowczy protest, bo za nic w świecie nie chciała zranić Archibalda. Od lat mieli tylko siebie. I tylko oni oboje wiedzieli, co stracili. Tylko oni wciąż odczuwali wszędzie obecność duchów Mirabelle Byrd Christie i młodego Jacka.
Josselyn nie mogła postawić się ojcu. Nie wtedy, gdy prosił ją jedynie o to, by zrobiła to, co robiło przed nią wiele kobiet.
Także jej matka Mirabelle.
Ten argument najbardziej przemawiał do jej serca. On najlepiej uśmierzał lęk i niepokój. Mirabelle zaręczyła się z Archibaldem, gdy miała dziewiętnaście lat. Rok później za niego wyszła. W następnym roku urodził im się Jack. Małżeństwo zaaranżował znany z surowego charakteru jej ojciec, Bartholomew Byrd. Rankiem w dniu ślubu Mirabelle wypłakała się w poduszkę i zamknęła w łazience apartamentu luksusowego hotelu, gdzie później para spędziła pierwszą noc miodowego miesiąca.
Ale mimo tych złowróżbnych początków, rodzice Josselyn zapłonęli do siebie wielką miłością.
Jeszcze w dzień przyjęcia zaręczynowego, Archibald zapewniał córkę, że pragnie dla niej tylko tego, co sam przeżył z jej matką.
Szczęścia i miłości.
Pragnęła ich również Josselyn. Naprawdę pragnęła.
Specjalnie wybrała elegancką kreację. Była pewna, że spodoba się ona nawet tak twardemu i nieugiętemu mężczyźnie, jakiego miała poślubić. A nawet gdyby nie, bo mężczyzn trudno do czegoś przekonać, z pewnością sama Josselyn będzie pięknie wyglądać na towarzyskich stronach filadelfijskich dzienników. Ojciec poczuje się z niej dumny. Postanowiła przyjąć wszystko z otwartym sercem i głową. I ufać ojcu, bo przecież nigdy nie wybrałby dla niej kogoś tak nieludzko twardego, jak na pierwszy rzut oka wydawał się Cenzo.
Zostawiła z boku wszystkie plotki i pogłoski o nim, jakie wyczytała i usłyszała w ciągu roku. Zdjęcia oszałamiająco pięknych i sławnych kochanek, które na łamach tabloidów łkały teraz o swoich złamanych sercach, ale nie dawały powiedzieć o nim złego słowa.
Dobrze poznała życiową drogę przyszłego męża.
Jak jego ojciec, Cenzo przybył do Ameryki po naukę. Ukończył prywatne liceum i podjął studia w Yale. W tej jednej z najlepszych uczelni na świecie szybko dał się poznać jako wybitny intelekt i świetny gracz amerykańskiego futbolu. Po studiach wstąpił do prestiżowej Business School na Harvardzie i drobną część swojej fortuny zainwestował w firmę, która szybko rozrosła się do biznesowego imperium wymienianego w pierwsze pięćsetce największych na świecie. Pięć lat temu sprzedał je z ogromnym zyskiem liczonym w miliardy euro. I stworzył nowe. Z pewnością nie ostatnie.
Fragment książki
– Panie Salazar?
Caio Salazar obrócił się do swojego prawnika, który właśnie rozkładał dokumenty na dębowym biurku. Dopisane ołówkiem ptaszki wskazywały, gdzie należy złożyć podpis.
– To są dokumenty niezbędne, żeby złożyć wniosek o rozwód. – Mężczyzna wyciągnął rękę z długopisem.
Rozwód. Caio Salazar wziął od niego długopis i usiadł.
Nigdy nie zamierzał się ożenić. To nie była część jego planów, nie po tym, jak przez całe dzieciństwo obserwował toksyczny koszmar, jakim było małżeństwo jego rodziców. Na całe szczęście miał starszych braci, którzy wzięli na siebie brzemię legendarnej fortuny i medialnego koncernu Salazar de Barros, pozwalając Caiowi uniezależnić się i przy okazji stracić „de Barros” z nazwiska.
Sukces jego firmy położył kres plotkom, jakoby miał nie poradzić sobie bez pomocy rodziny. Nie tylko przetrwał, ale też znalazł się w gronie najbogatszych osób w Brazylii. A co najlepsze, przed nikim nie musiał odpowiadać.
Na początku korzystał ze swojej wolności, ile tylko się dało, co zaskarbiło mu reputację playboya buntownika. Zaliczanie legendarnych klubów nocnych i najpiękniejszych kobiet w Brazylii było całkiem zabawne, ale jeśli Caio miał być szczery, to kierowała nim bardziej chęć zirytowania ojca niż zaspokojenia własnych zachcianek. Zresztą to życie już od jakiegoś czasu go nudziło. Miał wrażenie, jakby działał siłą rozpędu. Kiedy jego pierwsze inwestycje w Europie i Stanach Zjednoczonych spaliły na panewce, zrozumiał, że grozi mu zrujnowanie wszystkiego, co zbudował. A było wielu ludzi, którzy chętnie zobaczyliby jego upadek.
Nie zamierzał dać im tej satysfakcji. Dlatego zdecydował się rozważyć to, co wcześniej wydawało mu się nie do pomyślenia: strategiczne małżeństwo z odpowiednią kobietą. I dlatego, ku zaskoczeniu wszystkich, poślubił kobietę z jednego z najbardziej szacownych rodów Rio de Janeiro.
Okazja pojawiła się, kiedy wszedł w układ z Rodolfem Diazem. Magnat medialny miał córkę, którą chciał jak najszybciej wydać za mąż. Fakt, że pochodziła z tego samego środowiska co Caio, był dla niego dodatkowym bonusem. Dzięki temu małżeństwo wyglądało bardziej autentycznie.
Oczywiście nie podjąłby tak ważnej decyzji, nie poznawszy wpierw kandydatki. Na pierwszy rzut oka nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia: długi woal czarnych włosów skrywał jej twarz, a luźne ubrania maskowały kształt ciała. Ale potem jej ojciec bezceremonialnie uniósł jej brodę, odsłaniając ładną, bladą twarz w kształcie serca. Jej usta były zaciśnięte buntowniczo. Wyrwała się ojcu z gniewnym błyskiem w oku.
– Nie jestem towarem, którym możecie sobie handlować! – oświadczyła.
Przez kilka sekund ona i jej ojciec patrzyli na siebie w napięciu, które można by kroić nożem. Caio widział, że niewiele brakuje, żeby Rodolfo rzucił się na córkę z pięściami. Wyczuł to, ponieważ sam znał to aż za dobrze.
Nigdy by się nie przyznał, że w tamtej chwili obudził się w nim opiekuńczy instynkt, który sprawił, że podjął taką, a nie inną decyzję. Ani że obudziło się w nim też coś innego, co uznał za chwilową aberrację.
Ich ślub był dyskretny, bez większego rozgłosu. Na początku wzbudzili zainteresowanie, które szybko minęło. Ostatecznie, strategiczne małżeństwa między członkami najbogatszych rodów Brazylii zdarzały się cały czas.
Pod wieloma względami ich małżeństwo okazało się pełnym sukcesem. Ana podróżowała z nim po świecie, podczas gdy on rozwijał swoją firmę, otwierając oddziały w Nowym Jorku, Londynie i Bangkoku. Z żoną u boku został zaakceptowany bez najmniejszego problemu przez międzynarodową społeczność biznesmenów. Nie był już playboyem, który w każdej chwili groził wywołaniem skandalu.
Spojrzał przez pokój na Anę, która wyglądała przez szklaną ścianę budynku na dzielnicę biznesową Rio de Janeiro. Jego żona nie miała już niemodnie długich włosów. Teraz były obcięte do ramion, miękko okalając jej twarz. Lekki makijaż podkreślał brązowe oczy o długich rzęsach. Jej oliwkowa cera była nieskazitelna. Nos miał mały, szlachetny garb. Ale to na punkcie jej ust miał obsesję: miękkich, naturalnie wydętych, które czasem nadawały jej bezbronnego wyrazu, a czasem zmysłowego, wręcz prowokującego.
Bezkształtne ubrania, które nosiła, kiedy się poznali, również zniknęły. Dzisiaj miała na sobie dopasowane czarne spodnie, szarą koszulę i czarne szpilki podkreślające jej szczupłe łydki. Nawet w szpilkach była o głowę niższa niż on.
Jego prawnik zakaszlał dyskretnie, przypominając mu o dokumentach rozwodowych czekających na podpisanie.
Co się z nim działo?
To małżeństwo od początku miało się datę ważności i Caio osiągnął dokładnie to, co zaplanował sobie rok wcześniej. Przełamując niezrozumiały opór, podpisał dokumenty i oddał długopis swojemu prawnikowi.
Ana Diaz Salazar usłyszała za sobą skrobanie długopisu po papierze. Jej mąż... podpisujący dokumenty rozwodowe. Zaraz jej kolej. Tylko dlaczego nie cieszyła się, że ta sprawa wkrótce będzie załatwiona?
Stała w tym samym miejscu, co rok wcześniej, kiedy przyjechała tu, żeby podpisać intercyzę. Wtedy, tak jak teraz, wyobrażała sobie, że może stąd dojrzeć poranne fale nad słynną plażą Copacabana.
Wolałaby znajdować się tam niż tutaj. To była jej ulubiona pora na spacery po plaży – rano, kiedy jeszcze nie dotarli na nią turyści. Albo jeszcze lepiej wolałaby być tam ze swoim ukochanym młodszym bratem Franciskiem. Tylko że Francisco już poleciał do Europy, gdzie miała do niego dołączyć jeszcze tego dnia, jako świeżo rozwiedziona milionerka. Caio był bardzo hojny. Gdyby się nie opierała, dostałaby od niego jeszcze więcej pieniędzy.
Czekała, aż ogarnie ją ekscytacja zbliżającą się podróżą do Europy, ale zamiast tego czuła frustrację. Żal. Czuła, że zostawia tu niedokończone sprawy. Nieodwzajemnione pożądanie, wyszeptał złośliwy głosik w jej głowie.
Stanowczo odepchnęła od siebie tę myśl. W ostatnich tygodniach balansowała na granicy zrobienia z siebie pośmiewiska, próbując sprawić, żeby jej mąż ją zauważył. Pożądanie, które poczuła do niego na początku, tylko przybrało na sile. Jak cierń pod jej skórą. Stałe przypomnienie, że jest słaba.
Dzięki Bogu rozwodzili się dzisiaj i będzie mogła wyjechać, zanim całkiem się wygłupi. Caio nigdy się nie dowie, jak go pragnęła. Ponieważ nigdy tak naprawdę jej nie zauważył.
– Pani Salazar? Zapraszam do złożenia podpisu.
Ana zesztywniała. „Pani Salazar”. Już niedługo z powrotem będzie Aną Diaz. Czuła wzrok męża na swoich plecach. Ale czy on w ogóle był jej mężem, jeśli nigdy nie skonsumowali małżeństwa? Mieszkali razem, owszem, razem podróżowali i pokazywali się publicznie, ale poza tym ich kontakt był minimalny. Pewnie spędzał więcej czasu ze swoimi partnerami biznesowymi. Pewnie znali go lepiej, niż ona… choć Ana czuła, że właściwie zna go całkiem dobrze. Od początku małżeństwa obserwowała go z ukrycia, poznając jego poglądy i zwyczaje. Szybko odkryła, że jest zupełnie innym człowiekiem, niż założyła z początku.
Caio był o wiele zbyt intrygujący, jak na jej gust. A kiedy zaciekawienie osobowością człowieka łączyło się z fizycznym pożądaniem, powstawało coś, co bała się nazwać.
– Ano?
Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. Wzięła głęboki oddech i obróciła się, w myślach przygotowując się na widok męża. Ale to nic nie dało. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, jak zawsze poczuła uderzenie adrenaliny, a jej serce zaczęło się tłuc jak oszalałe. Wiedziała, że jego obraz będzie na zawsze wypalony w jej pamięci. Jego ciemne oczy, które nie były całkiem ciemne. Miały złote plamki, które sprawiały, że czasem wyglądały jak roztopiony metal. Wiedziała o tym, bo pewnego razu widziała, jak płoną…
Tak często podróżowali, że przyzwyczaiła się do uczucia dezorientacji, kiedy budziła się w nowym miejscu – w hotelu albo w jednej z rezydencji Caia. Tamtej nocy poszła nalać sobie szklankę wody i wracała zaspana do swojej sypialni, kiedy usłyszała jakiś dźwięk. Podniosła głowę i zdawała sobie sprawę, że wcale nie weszła do swojej sypialni. Była w sypialni Caia, a on właśnie wychodził z łazienki w chmurze pary.
Jego widok sprawił, że stanęła jak wryta. Był całkowicie nagi. Wycierał włosy małym ręcznikiem. Jego oliwkowa skóra wciąż była mokra. Błyszcząca.
W tamtej chwili Ana zrozumiała, dlaczego tylu rzeźbiarzy obiera za temat swoich dzieł męskie ciało. Jego pierś była szeroka i rzeźbiona, mięśnie grały pod skórą, gdy wycierał włosy. Linia ciemnych włosków biegła przez sześciopak na jego brzuchu. Miał wąskie biodra, długie nogi i mocne uda.
Ana instynktownie zacisnęła uda, jakby mogła tym zdusić swoje pożądanie. Caio spojrzał na nią i to wtedy odkryła, że jego oczy potrafią wyglądać, jakby płonęły. Goręcej niż słońce.
Uciekła.
– Ano?
Głos Caia przywrócił ją do rzeczywistości. Jego brwi były ściągnięte, usta zaciśnięte. Nie powinien być weselszy? Ostatecznie, właśnie pozbywał się żony, którą poślubił tylko po to, żeby pomóc sobie w interesach. Mógłby teraz wyjść i zaspokoić swoje potrzeby z dowolną ilością pięknych kobiet. Wiedziała, że nie miał żadnych kochanek przez cały rok, kiedy byli małżeństwem. I nie miała pojęcia, dlaczego.
Zamrugała.
– Tak, jestem gotowa. – Spojrzała na prawnika, który podał jej długopis.
– Ostatni podpis, pani Salazar.
Ana wzięła od niego długopis, który wydał jej się niezwykle ciężki. Pochyliła się i podpisała imieniem i nazwiskiem. Długopis wypadł jej ze zdrętwiałych palców.
Dokonało się.
Aranżowane małżeństwo, któremu tak się opierała, okazało się zupełnie inne niż w jej wyobrażeniach. I właśnie dobiegło końca.
Caio patrzył, jak Ana podpisuje dokument. Wyglądała na… zdenerwowaną? Sposób, w jaki przygryzała wargę, sprawił, że poczuł znajome ściskanie w podbrzuszu. Naprawdę, im szybciej się jej pozbędzie, tym lepiej. Jego reakcja na nią była po prostu efektem seksualnego sfrustrowania po roku celibatu.
Tylko że przez ten rok nie miałeś ochoty na żadną kobietę poza nią, zauważył drwiący głosik w jego głowie. Caio zignorował go.
Oboje dostali to, czego chcieli; najwyższy czas o niej zapomnieć. Wyjdzie dzisiaj na miasto i spotka się z jedną ze swoich byłych kochanek, która ostatnio dawała mu bardzo wyraźnie do zrozumienia, że gdyby miał ochotę, to jest dostępna...
Gorzej, że ta perspektywa w ogóle go nie pociągała.
Skrzywił się, rozczarowany swoją postawą. Może życie rodzinne coś zmieniło w jego mózgu? Nawet jeśli było udawane?
Mogłeś uwieść Anę, zauważył inny głos w jego głowie.
Caio zdecydowanie odrzucił ten pomysł. Ana była dziewicą i w noc poślubną tak się bała, że spróbuje ją przymusić, że próbowała uciec z jego apartamentu. Obiecał, że jej tknie, a poza tym i tak nie sypiał z dziewicami.
Czas o niej zapomnieć.
Prawnik zebrał dokumenty z biurka, po czym spojrzał na Anę i Caia.
– Kiedy sąd ogłosi wyrok w waszej sprawie, wasze małżeństwo formalnie dobiegnie końca – oznajmił. – Ale praktycznie rzecz biorąc, możecie już uważać się za rozwiedzionych.
Ana przełknęła ślinę.
– Dziękuję – wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.
Prawnik uśmiechnął się lekko.
– Szkoda, że nie każdy rozwód przebiega w tak przyjaznej atmosferze. To bardzo ułatwiłoby życie.
Mężczyzna wyszedł z gabinetu Caia. Ana właśnie sięgała po swoją torebkę, kiedy jej mąż – były mąż – podszedł do niej od tyłu, sprawiając, że dostała gęsiej skórki. Im szybciej wydostanie się spod jego dziwnego wpływu, tym lepiej.
– Mój kierowca odwiezie nas do domu – powiedział.
Domu. Ana nie przyznałaby się, że zaczęła uważać apartament Caia w Rio de Janeiro za swój dom, ale fakt był taki, że zaczęła się w nim czuć bardziej jak u siebie niż w rodzinnej rezydencji. Na myśl, że nigdy więcej go nie zobaczy, poczuła dojmującą pustkę.
Pokręciła głową.
– Dziękuję, ale za kilka godzin mam lot do Europy. Pojadę prosto na lotnisko. – Podniosła wzrok na Caia. – Przecież nie musimy już udawać, prawda?
Caio wpatrywał się w nią intensywnie. Mięsień drgał na jego szczęce. Widziała teraz wyraźnie złote plamki w jego oczach i zastanowiła się, dlaczego tyle czasu minęło, zanim je zauważyła. Może dlatego, że długo unikała patrzenia mu w oczy. Bała się tego, co się z nią wtedy działo. A przez pierwsze tygodnie po ślubie w ogóle bała się na niego patrzeć, po tym, jak jej ojciec poniżył ją na jego oczach.
Kiedy Rodolfo Diaz usłyszał, że zgodziła się na ślub, uśmiechnął się szeroko.
– Doskonale! Zapewniam pana, panie Salazar, że dostanie pan żonę nie tylko ze znakomitym rodowodem, ale też całkowicie nietkniętą. Ile dwudziestodwulatek może się tym pochwalić w dzisiejszych czasach?
Rok później na wspomnienie tamtych słów Ana wciąż paliła się ze wstydu. Miała ochotę udusić swojego ojca, a potem zamknąć się w bunkrze. Ale Caio nie wydawał się zszokowany. Jak okazało się w noc poślubną, nie interesowało go, czy Ana jest dziewicą, czy nie.
Głos Caia wyrwał ją z bolesnych wspomnień.
– Co planujesz robić w Europie?
– Wynajęłam na pół roku mieszkanie blisko tego, w którym mieszka Francisco. Potem się zastanowię, co dalej.
Caio nie zareagował. Najwyraźniej nie obchodziło go, gdzie wyjeżdża – pewnie zapytał o to wyłącznie z uprzejmości. W Anie się zagotowało; naszła ją przemożna chęć, żeby zmusić go do porzucenia tej obojętnej uprzejmości, pokazania swojego prawdziwego oblicza.
Ale zanim zdążyła coś powiedzieć, sprowokować jakąś reakcję, ktoś zapukał do drzwi. Oboje odwrócili się i ujrzeli szefa ochrony Caia, Tomása.
– Panie Salazar, mamy problem.
– Co się dzieje? – zapytał ostro Caio.
– Niebezpieczeństwo porwania, bardzo realne. Porywacze są w mieście, zorganizowani i zmotywowani. Musimy natychmiast przewieźć pana i panią Salazar w bezpieczne miejsce.
Ana nie była szczególnie wstrząśnięta. Jako córka jednego z najbogatszych biznesmenów Brazylii nauczyła się żyć z groźbą napaści i porwania. Ochrona była zawsze obecna w jej życiu i z czasem musiała do niej przywyknąć. Gorzej, że to mogło opóźnić jej wyjazd.
– Dziś po południu zamierzałam wylecieć do Europy – odezwała się. – Tam chyba będę bezpieczna?
Tomás spojrzał na nią ponuro.
– Pani Salazar, mamy informację z pewnego źródła, że dwóch porywaczy zabukowało ten sam lot, co pani, i planują panią porwać zaraz po lądowaniu w Amsterdamie.
Anie odebrało mowę. Tomás przeniósł wzrok na Caia.
– Planują zrobić to samo z panem, panie Salazar. Zamierzają zamienić pana kierowcę na jednego ze swoich, przewieźć do swojej kryjówki i przedstawić żądania. Nie uwolnią ani pana, ani pana małżonki, dopóki żądania nie zostaną spełnione. Ci ludzie są doświadczeni i ściga ich każda agencja ochroniarska na świecie. To ten sam gang, który porwał córkę Federica Falluci we Włoszech.
Ana poczuła lodowaty chłód. Słyszała o tej sprawie. Biedna dziewczynka była tak przerażona, że przez kilka miesięcy po tym zdarzeniu nie odezwała się ani słowem.
– Tym razem po raz pierwszy udało się zinfiltrować gang i dowiedzieć się, kto będzie następnym celem – dodał Tomás.
Zanim Ana zdążyła odpowiedzieć, odezwał się Caio.
– Jaki jest plan, Tomás?
Ana obróciła się do niego.
– Jaki jest plan? Plan jest taki, że wylatuję dzisiaj do Europy. Wzięli się za nie tę osobę, co trzeba! – Caio nigdy nie zdecydowałby się oddać porywaczom swojego majątku, żeby ją ratować.
Ochroniarz pokręcił głową.
– Obawiam się, że to niemożliwe, pani Salazar. W sprawę jest zaangażowany Interpol. Sytuacja jest już poza naszą kontrolą. Zorganizowaliśmy bezpieczne schronienie, ale muszą państwo zostać do niego przewiezieni w tej chwili.
Ana spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
– Przewiezieni? Dokąd? Na ile?
– Obawiam się, że nie mogę wyjawić, dokąd. A co do tego, na ile... przynajmniej na dobę. Tyle mamy, żeby złapać gang, zanim zdadzą sobie sprawę, że ktoś ich wsypał.
– Dobę...? – powtórzyła słabo Ana.
Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Winda techniczna zabrała Anę i Caia na podziemny parking, gdzie wsadzono ich do nieoznakowanego SUV-a z przyciemnionymi szybami. Z przodu siedziało dwóch mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych i pod bronią. Anie i Caiowi polecono się położyć; Ana posłusznie zwinęła się na tylnym siedzeniu, a Caio nie miał innego wyjścia, jak przykryć ją własnym ciałem. W rezultacie, zamiast się od niego uwolnić, była bliżej niego niż kiedykolwiek wcześniej.
Pojazd ruszył, wjechał po rampie i wytoczył się na ulicę. Ana była boleśnie świadoma bliskości Caia. Jego dłonie leżały jej przed oczami, duże i męskie. Jego zapach wypełnił jej nozdrza. Czuła ciepło jego ciała.
Zazwyczaj ubierał się casualowo, ale tego dnia zaskoczył ją, zakładając garnitur i granatowy krawat. Wcześniej tylko dwa razy widziała go w garniturze: na ślubie i wtedy, kiedy podpisywali umowę przedmałżeńską. Wtedy wydał jej się w nim onieśmielający. Teraz wiedziała, że garnitur jest tylko rekwizytem; liczył się mężczyzna, który był pod nim.