Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Z toba chcę więcej / Ucieczka od przeszłości
Zajrzyj do książki

Z toba chcę więcej / Ucieczka od przeszłości

ImprintHarlequin
Liczba stron320
ISBN978-83-291-2100-2
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329121002
Tytuł oryginalnyA Wedding Negotiation with Her BossWhat the Greek's Money Can't Buy
TłumaczAnna NowakEwa Pawełek
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-01-27
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Z toba chcę więcej" oraz "Ucieczka od przeszłości", dwa nowe romanse Harlequin z cyklu HQN ŚWIATOWE ŻYCIE DUO.

Helen od trzech lat jest asystentką Gabriela de Luki. Gabriel wysoko ceni jej umiejętności i profesjonalizm, nie pozostaje też obojętny na jej urok. Gdy Helen przyjeżdża do Kalifornii, by pomóc mu w negocjacjach, Gabriel próbuje wykorzystać piękną scenerię, by zmniejszyć surowy dystans między nimi. Helen jest jednak bardzo stanowcza i odmawia jakichkolwiek prywatnych spotkań. Tylko jej rumieniec mówi Gabrielowi, że on również nie jest jej obojętny. Musi wymyślić jakiś sposób, by dotrzeć do serca Helen. Życie samo podsuwa mu rozwiązanie...

Praca u potentata naftowego Sakisa Pantelidesa jest dla Brianny Moneypenny spełnieniem marzeń. Ma dobrą pensję i poczucie bezpieczeństwa, którego zawsze jej w życiu brakowało. Nie powiedziała jednak szefowi wszystkiego o swojej przeszłości. Sakis zakochuje się w niej z wzajemnością, lecz Brianna boi się, że gdy pozna prawdę, nigdy jej nie wybaczy…

Fragment książki

– Proszę, powiedz, że cię nie obudziłem…

Helen Brooks usiadła prosto i zamrugała, zauważając, że program w telewizji zmienił się z serialu o detektywach, w dokument o wielkich posiadłościach. Odchrząknęła.

– Nie, oczywiście, że nie!

Była sobota, około dziewiątej trzydzieści wieczorem. No dobrze, może nie spała, ale z pewnością przysypiała. Lecz czemu tak właściwie jej szef dzwonił do niej w sobotni wieczór?

– Dzwonię, bo w Anglii jest chyba dopiero wpół do dziesiątej, prawda? – Najwyraźniej czytał jej w myślach. – A tak właściwie, to nie powinnaś być gdzieś na mieście?

Helen usłyszała rozbawienie w głosie Gabriela. Stanął jej przed oczami z tym swoim uśmieszkiem, nieznośnie seksowny, z czarnymi, iskrzącymi się oczami i muskularnym ciałem greckiego boga. Pracowała dla niego trochę ponad trzy lata i wiedziała, była tego wręcz pewna, że jej nieciekawe życie jest zabawnie niezrozumiałe dla człowieka, który nie był w stanie ustać w miejscu.

Ciężko pracował, jeszcze ciężej znosił nudę i zdawał się rozkwitać, kiedy praktycznie nie sypiał. Lubił towarzystwo pewnego typu blondynek, których przewinęła się przez jego życie cała parada, a które wszystkie zdawały się Helen identyczne: biuściaste, wydekoltowane, o perfekcyjnej sylwetce i zawsze w gotowości, by służyć swojemu panu. Irytowało ją, że w ogóle traciła czas na myślenie o Gabrielu i jego dziewczynach.

– Jak mogę panu pomóc?

– Czy to nie zbyt formalne?

– Gabrielu, dlaczego dzwonisz do mnie w weekend, skoro jesteś w Kalifornii i sam powinieneś… Właściwie którą macie tam godzinę?

– Pierwszą po południu.

– Więc czemu dzwonisz, skoro wiesz, że u mnie jest już późno?

– Niestety chodzi o pracę.

Helen nadstawiła uszu. Mógł liczyć na jej pomoc, ale przecież miał zażywać tygodniowego urlopu. Nie powinien zawracać sobie głowy pracą.

– Jest sobota. Praca na pewno może poczekać do poniedziałku. Poza tym myślałam, że jesteś tam z… – zawahała się. – Zapomniałam jej imienia.

– Fifi.

– Jasne, wybacz. Fifi.

Fifi, której prawdziwe imię brzmiało trochę bardziej prozaicznie Fiona, była grana od czterech miesięcy. Helen dwukrotnie wysyłała jej kwiaty, organizowała kilka randek w teatrze i drogich restauracjach, a nawet nadzorowała kupno diamentowej bransoletki. Miała okazję spotkać dziewczynę, gdy ta zjawiła się w odwiedzinach w niesamowicie szykownie urządzonej siedzibie firmy Gabriela.

– Czy nie mówiłeś mi, że musisz poświęcić… Fifi… trochę czasu, bo zaniedbałeś ją przez pracę?

– Taki był plan.

– Myślę więc, że nie będzie zachwycona, że zdzwaniasz się z sekretarką nawet w sobotni wieczór – wytknęła Helen.

Zwinęła się na sofie. Gdzieś w głębi duszy była się zła na siebie, że dźwięk jego głosu wprawiał ją w stan poddenerwowania.

Miała dwadzieścia osiem lat i może i powinna przeżywać teraz jakieś przygody, a nie oglądać telewizję i obżerać się wegetariańską lasagne z mikrofalówki. Nigdy jednak nie była typem imprezowiczki i nie uważała, że tylko dlatego, że mieszka w Londynie, powinna latać po klubach i barach. Miała kilka bliskich przyjaciółek, z którymi okazjonalnie robiła wypady do restauracji, teatrów czy kina. Nie chciała mieć wyrzutów sumienia, że w sobotni wieczór woli zamknąć się w domu. Być może wolała to, bo dorastała na kornwalijskiej wsi. Dopiero rozbawiony głos jej szefa sprawił, że zaczęła się nad tym zastanawiać.

Przyłapała się na tym, że bezwiednie pociera miejsce na palcu, gdzie kiedyś tkwił pierścionek zaręczynowy.

– Trudno powiedzieć, bo jej tu nie ma.

– Przecież zarezerwowałam jej pokój w tym samym hotelu. Pomyliłam loty? Byłam pewna, że rezerwowałam jej samolot, którym miała dotrzeć tam dzień po tobie, czyli dwa dni temu!

– Spokojnie, Helen. Dobrze zrobiłaś, dotarła.

– Nie rozumiem więc…

– Długo by opowiadać. A właściwie to nie, słuchaj: po prostu między nami się nie ułożyło, a ona wybiegła stąd rano i tyle ją widziałem.

– Aha.

– Czy słyszę oceniający ton w tym „aha”?

– Absolutnie nie. Przykro mi, że nie wszystko poszło zgodnie z planem, Gabrielu. Nadal jednak nie rozumiem, co to ma do rzeczy.

Oceniający ton? Helen nigdy nie przekroczyłaby granicy i nie powiedziała szefowi, co uważa o jego krótkotrwałych związkach, ale możliwe, że się tego domyślał. Nie miała pojęcia, co kobiety w nim widzą, bo oprócz doskonałego wyglądu i rozrzutności, był tylko bogatym gościem, który nie potrafił się zaangażować.

Głosik w jej głowie prychnął złośliwie, że przecież bardzo dobrze wiedziała, co widzą w nim kobiety, i tylko się oszukiwała. Był charyzmatyczny i piękny, ale przez tych kilka lat zauważyła, że każdy z jego związków trwał ledwie kilka miesięcy, a pomiędzy nimi następowały krótkie pauzy. W relacjach z kobietami był jak dziecko, które nudzi się po pięciu minutach. One przecież musiały to wiedzieć, bo co chwilę pojawiał się publicznie z coraz to inną dziewczyną zawieszoną na jego ramieniu. Istniały fizyczne, fotograficzne dowody na to, że nie jest człowiekiem stałym, po co więc w ogóle próbowały?

Nigdy nie zdecydowałaby się na wchodzenie z nim w bliższy kontakt emocjonalny, niezależnie od jego uroku i zawartości konta bankowego. Niestety jej ciało nie zawsze chciało współpracować i słuchać tego, co podpowiadał mu rozum, więc teraz nawet dźwięk jego głosu wprawiał ją w przyjemne drżenie.

Z rozmyślań wyrwało ją dopiero słowo „wypadek”, które usłyszała w słuchawce, więc natychmiast poprosiła go o powtórzenie.

– Poszedłem na siłownię po tym, jak zwiała, i chyba chciałem trochę za mocno sobie przyłożyć, bo na jednym z ciężarów zwichnąłem sobie nadgarstek.

– Zwichnąłeś nadgarstek?!

– Szokujące, wiem, ale jednak jestem tylko zwykłym człowiekiem.

– To okropne. Boli cię?

– Dzięki za troskę. Recepcjonistka zabandażowała mi całkiem sprawnie rękę i wystarczył tylko paracetamol. Możesz odetchnąć z ulgą.

– Przepraszam, że wtrącę, ale nie brzmisz na zbyt przejętego ucieczką Fifi.

– Nie przepraszaj i nie, nie jestem.

Usłyszała wahanie w jego głosie, tak jakby chciał jej opowiedzieć, co się stało. Nigdy wcześniej tego nie robił. Dziewczyny zmieniały się jak w kalejdoskopie, a ona dowiadywała się o tym, kiedy dostawała nowy adres, na który miała wysłać róże. Cóż, to była jego sprawa.

Byli bardzo dobrze dobrani, jeśli chodzi o pracę. Czasami zdawało się, że rozumieją się bez słów. Jednak Helen strzegła swojego życia prywatnego i dała to jasno do zrozumienia już na początku.

Oczywiście, coś tam wiedział – gdzie się urodziła, gdzie studiowała i jaka ścieżka zawiodła ją do strzelistych wież jego oszklonej siedziby. Były to jednak tylko informacje zawarte w jej robiącym wrażenie CV, które przedłożyła mu ponad trzy lata wcześniej.

Nie miał pojęcia o jej życiu romantycznym. Nic na temat mężczyzny, z którym była zaręczona, a który wydawał jej się ideałem. Nie wiedział, że była dziewczyną, która ceniła sobie bezpieczeństwo i stabilizację, a potwornie bała się ryzyka. To właśnie miał jej dać George Brooks, z którym chodziła do szkoły i spotykała od siedemnastego roku życia. Ich przyjaciele, jego rodzice i jej ojciec, wszyscy tylko czekali na nieunikniony ślub, który miał być zwieńczeniem ich bajkowej historii. Niestety happy end nigdy nie nadszedł.

Tak było lepiej, przekonywała siebie tysiące razy. Skoro nie czuł się dobrze, wcześniej czy później to małżeństwo by się skończyło. Był na tyle świadomy, by zakończyć wszystko, zanim padły przysięgi, a potem posłuchać swojego serca i znaleźć sobie kogoś innego w przeciągu zaledwie kilku miesięcy od ich rozstania. Starał się być bardzo delikatny i martwił się o nią, za co była mu wdzięczna.

Nic jednak nie mógł poradzić na fakt, że rozstania bolą. W końcu się podniosła, pożegnała pełnych współczucia przyjaciół i ruszyła do Londynu, zabierając tę bolesną lekcję ze sobą.

Zrobiła się twarda. Zbudowała wokół siebie mur, bo nie chciała więcej cierpieć. Jej przeszłość, zranione serce i kompleksy miały już nigdy nie ujrzeć światła dziennego, a z pewnością nie zamierzała zwierzać się szefowi, który nigdy by jej nie zrozumiał.

Teraz pomyślała, że jeśli Gabriel złamie ich milczącą umowę o nieprzekraczaniu tych granic, może kiedyś oczekiwać, że i ona to zrobi. A to nie wchodziło w grę.

– Więc po co do mnie dzwonisz? – Praca, powiedziała sobie, znajomy teren. Głos Gabriela złagodniał.

– Tak się składa, że Arturio jest w pobliżu. Postanowił zrobić sobie z żoną małe wakacje i sprawdzić winnice, by upewnić się, że nasze winogrona będą pasować do jego produktu najwyższej jakości. Wiesz przecież, że dla niego świętością jest utrzymanie czystości marki Diaz.

Helen uśmiechnęła się. Rozmawiała o tym sporo z Gabrielem, kiedy po raz pierwszy pojawiła się okazja kupienia toskańskich winnic Arturia. Choć Gabriel mieszkał w Londynie, jego korzenie sięgały Włoch i Stanów. Po śmierci jego rodziców okazało się, że spora część tego, co posiadali, została zainwestowana w kalifornijskie winnice, które uległy zaniedbaniu.

Przedsiębiorczy Gabriel zatrudnił odpowiednich ludzi, nie szczędził pieniędzy i pozwolił winogronom na siebie zapracować. Gdy tylko okazało się, że ta odrobina czułości wystarczy, by zacząć sprzedawać ich wino na całym świecie, Gabriel doszedł do wniosku, że picie dobrego wina nie jest nawet w połowie tak ciekawe jak uczestniczenie w jego produkcji, więc zaczął szukać włoskich winnic do kupienia, by oddać hołd swojemu pochodzeniu.

Początkowo stricte biznesowe poszukiwania doprowadziły go do odkrycia rodzinnej linii, o której nigdy nie wiedział. Arturio, jak się okazało, był krewnym jego dziadka, i tylko dzięki temu rodzinnemu połączeniu staruszek w ogóle zgodził się rozważyć ich propozycję.

Wysokiej jakości winnice Arturia były wręcz idealne, a Gabriel zaangażował się emocjonalnie w ten projekt.

– Nawet wyjazd Fifi ma sens – ciągnął teraz przez telefon. – Na pewno nie spodobałoby jej się, że zostaje odsunięta na boczny tor, kiedy ja zabawiam Arturia. On oczywiście ciągle mnie przepraszał, że przyjechał wcześniej, ale ja zaraz zorganizowałem mu wycieczkę po naszych winnicach. I bardzo dobrze się stało, cieszę się, że tu jest i mogę mu pokazać, że nie musi się niczego obawiać z mojej strony. Chcę, żeby był spokojny przed podpisaniem umowy. Ja też uważam, że to rodzinny biznes i podoba mi się, jak ostrożnie on do tego podchodzi. Tak więc przyspieszyliśmy wszystko o tydzień i będziesz mi potrzebna na miejscu.

– Przecież sam chciałeś się zająć tym kupnem!

– Na początku tak, ale skoro Arturio chce już zamknąć ten temat… Wiesz, on czeka, żeby móc przejść na emeryturę, ma w końcu ponad siedemdziesiąt lat. Ja nie wyobrażam sobie nic gorszego od emerytury, ale on mnie zapewnia, że ma tyle dzieci i wnucząt, że na pewno nie będzie się nudził. W każdym razie dopiero po tym, jak uściśniemy sobie dłonie, zacznie się prawdziwa robota, ustalanie detali i tak dalej, i chcę, żebyś się tym zajęła. Nie mogę robić wszystkiego sam, jeszcze z tą unieruchomioną ręką!

– Więc mam przyjechać do Kalifornii?

– Masz przyjechać do Kalifornii! Czy to problem?

– Właściwie to nie, ale…

– Chyba masz paszport, prawda?

– Oczywiście, tak.

– I to jest ważny paszport, mam nadzieję?

– Tak sądzę. Tak.

– Świetnie. Potrzebuję cię jak najszybciej, żeby przebrnąć przez wszystkie kruczki. Na przykład jutro.

– Jutro?

– Helen, czy słyszę w twoim głosie wahanie? Spędzisz tu najwyżej cztery dni. Sprowadziłem już prawników i liczę na to, że nie będzie żadnych opóźnień w podpisaniu umowy sprzedaży. To będzie tylko kilka spotkań i rozmów… – Nareszcie zrobił pauzę. – Wiem, że informuję cię bardzo późno, ale to jest naprawdę ważne. Niech twój facet zajmie się twoim psem przez kilka dni.

– Facet zajmie się psem? – powtórzyła za nim Helen, zbita z tropu.

– Nie umiem sobie wyobrazić żadnych innych przeszkód, które nie pozwoliłyby ci wsiąść do samolotu i pomóc mi przy tym kupnie, co, pozwolę sobie przypomnieć, jest twoim zawodowym obowiązkiem. A nie płacę mało.

– Wiem, Gabrielu – odparła Helen sztywno.

Oczywiście, że dobrze jej płacił. W ciągu tych trzech lat dostała już kilka podwyżek i dwa spore bonusy. W ten sposób chciał zapewnić sobie jej całkowitą lojalność i oddanie. Wiedziała, że jest dla niego prawie niezastąpiona.

Pogadała trochę ze znajomymi z pracy i dowiedziała się, że najdłużej pracowała dla niego pewna kobieta w średnim wieku, sekretarka, która była z nim właściwie od początku. W końcu jednak postanowiła przejść na emeryturę. Następnie zaliczył „serię niefortunnych zdarzeń”, jak to określała Karis z księgowości. Podobno dziewczęta, które zatrudniał, nie były w stanie przy nim normalnie funkcjonować. Denerwowały się, wstydziły i ledwo dukały pełne zdania, ale za to pojawiały się w pracy w coraz bardziej nieodpowiednich strojach, bo każda prędzej czy później się w nim durzyła. A on, choć tak niestabilny i beztroski w życiu prywatnym, traktował pracę śmiertelnie poważnie. Dlatego teraz nie mógł pozwolić sobie na to, by stracić osobę, z którą tak dobrze mu się współpracowało.

Więc na wiele jej pozwalał i starał się dogadzać. Choć oczywiście były pewne granice, jak właśnie mogła zauważyć. Usłyszała tę kategoryczną, stalową nutę w jego głosie.

– Nie mam psa – dodała szybko.

– A faceta?

– Nie twój interes – odparowała chłodno i usłyszała jego cichy śmiech. Chyba nigdy nie zapytał jej o to tak bezpośrednio. Pewnie w chaosie, jakim było jego życie prywatne, nie miał czasu zastanawiać się jeszcze nad innymi.

Czasami wyobrażała sobie, co by było, gdyby zderzyły się ich światy. Czy on kiedykolwiek mógłby zobaczyć w niej kobietę, a nie tylko zaufanego pracownika? Tylko że jej potrzeba bezpieczeństwa przenigdy nie pozwoliłaby jej się zbliżyć do takiej chorągiewki jak Gabriel. Cóż, pozostawało jej tylko ulegać jego seksapilowi w fantazjach.

– Masz rację, nie mój.

– Wiem, że nie przeszkadza ci, że świat zagląda ci do łóżka, ale nie każdy ma takie ekshibicjonistyczne zapędy. – Po drugiej stronie linii zapadła cisza, a Helen przeklęła w duchu, że nie ugryzła się w porę w język. Zaczęła coś mówić, żeby pokryć zakłopotanie. – Dam ci znać, jak kupię bilet na samolot. Nie wiem, czy będzie się to dało zrobić tak krótko przed wylotem.

– Nie ma problemu, Helen. W pierwszej klasie zawsze są wolne miejsca. Wiesz, gdzie mnie znaleźć. Najlepiej zarezerwuj sobie pokój w tym samym hotelu, możesz wybrać nawet najdroższy apartament. Chcę, żebyś się czuła maksymalnie komfortowo, kiedy już przylecisz.

Czyżby wyczuła nutę sarkazmu w tym zapewnieniu?

Helen kochała rutynę i swoją strefę komfortu. Nie mógł wiedzieć, co sprawiło, że teraz każde, nawet najmniejsze kroczki, które poza nią wykraczały, wydawały jej się wymagać ogromnej odwagi.

Pewnie nie byłaby tak zlękniona, gdyby nie wypadek, w którym zginęli jej matka i brat. Miała zaledwie osiem lat, gdy jej świat wywrócił się do góry nogami. O tragedii jeszcze długo rozpisywały się gazety, bo nie codziennie ogromny tir przejeżdża w poprzek przez trzy pasy autostrady, zabijając przy tym dwanaście osób i raniąc wiele więcej ofiar uwięzionych w swoich samochodach.

To doświadczenie całkowicie odmieniło jej ojca. Kiedyś, co pamiętała jak przez mgłę, był beztroskim lekkoduchem, ale te wspomnienia były tak odległe, że równie dobrze mogły być fantazją. Jej tata, zdruzgotany stratą żony i syna, padł ofiarą paranoicznego wręcz lęku o życie pozostałej przy życiu córki. Co wieczór owijał ją szczelnie wełnianym kocem i wbijał do głowy, że ma nigdy nie ryzykować.

– Najważniejsze jest bezpieczeństwo – powtarzał zawsze, nieważne, czy jej problem był natury fizycznej, czy psychicznej. A Helen kochała swojego tatusia, więc nie ośmieliłaby się z tym nie zgodzić.

Uczyła się wzorowo, nie brała udziału w wycieczkach szkolnych – szczególnie tych na narty, o zgrozo! – zawsze wychodziła z imprez przed dziewiątą, zanim mogły się na nich pojawić choćby rozmowy o alkoholu i narkotykach.

Kiedy zostali z George’em parą, ojciec był wniebowzięty. Znał spokojną naturę George’a, która popchnęła go do zostania księgowym i opiekowania się Helen tak, jak, zdaniem jej ojca, na to zasługiwała.

Teraz wiedziała, że to wizja bezpiecznej przyszłości tak ją uwiodła. Była zbyt młoda, by zrozumieć, że w związku do końca życia może liczyć się coś innego niż tylko bezpieczeństwo. Zakochała się w idei bycia zakochaną i dopiero później zdała sobie sprawę, że w tym związku wielu rzeczy jej brakowało, że jednak może być „zbyt bezpiecznie”.

Najodważniejszą rzeczą, jaką zrobiła w życiu, była wyprowadzka do Londynu.

Fragment książki

– No już, nie ociągaj się! Ruszaj! Dlaczego to ja zawsze muszę odwalać całą robotę?

Sakis Pantelides opuścił wiosła na nieznacznie rozkołysaną wiatrem wodę. Uwielbiał ten dreszcz radosnego podniecenia i adrenalinę, która towarzyszyła mu zawsze podczas uprawiania sportu. Uśmiechnął się w odpowiedzi na pełną irytacji uwagę brata.

– Przestań narzekać, staruszku. To nie moja wina, że łupie cię w kościach. – Tak naprawdę Ari był od niego starszy zaledwie o dwa i pół roku, ale nie cierpiał, gdy ktoś mu wypominał wiek, z czego Sakis skwapliwie korzystał, gdy chciał się z nim trochę podrażnić. – Nie denerwuj się. Następnym razem pływaj z Theo. On z pewnością nie będzie się ociągał.

– Już to widzę. Theo zamiast wiosłować, prężyłby muskuły, próbując imponować swoim przyjaciółkom patrzącym na niego z brzegu – skwitował cierpko Ari. – Wciąż nie rozumiem, jakim cudem pięć razy zdobył puchar w mistrzostwach świata.

Sakis miarowo poruszał wiosłami, z satysfakcją spostrzegając, że nie stracił formy pomimo kilkumiesięcznej przerwy w ulubionym sporcie. Myśląc o młodszym bracie, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.

– Tak, własny nieskazitelny wizerunek i kobiety, oto, co dla niego najważniejsze – odparł pogodnie. Wiosłował w doskonałej synchronizacji z bratem. Ich ruchy były płynne, rytmiczne, gdy pokonywali połowę trasy jeziora należącego do ekskluzywnego klubu wioślarskiego, kilka mil za Londynem.

Sakis uśmiechał się szeroko, czując, że spływa na niego kojący spokój. Minęło sporo czasu, odkąd był tu ostatnim razem, w dodatku w towarzystwie starszego brata. Zarządzanie trzema filiami przedsiębiorstwa Pantelides Inc sprawiało, że nie mieli dla siebie zbyt dużo czasu. Prawdziwym cudem było, gdy udawało im się zgrać terminarz tak, by wszyscy trzej mogli się spotkać w tym samym czasie. Długo planowali wspólną wyprawę do klubu żeglarskiego, ale Theo w ostatniej chwili odwołał swój udział. Prywatnym jetem leciał do Rio, by zażegnać kryzys na światowym rynku. Przynajmniej tak twierdził. Sakis nie zdziwiłby się, gdyby się okazało, że prawda jest zupełnie inna. Jego brat, playboy, był w stanie przelecieć tysiące mil, by spędzić jedną godzinę w towarzystwie pięknej kobiety.

– Jeśli się dowiem, że wystawił nas do wiatru, już ja mu pokażę! Skonfiskuję samolot na co najmniej miesiąc.

– Powodzenia – prychnął Ari. – Według mnie narazisz się na szybką śmierć, jeśli spróbujesz stanąć na drodze Theo. Sam wiesz, że ma fioła na punkcie kobiet. A skoro mowa o kobietach. Ta twoja wreszcie zdołała oderwać wzrok od tableta i patrzy prosto na…

– Wyjaśnijmy sobie jedną rzecz. Ona nie jest moją kobietą – zaprotestował ostro, spoglądając na brzeg.

Brianna Moneypenny, jego asystentka, stała przy limuzynie, patrząc wprost na niego. Miał wrażenie, że celowo ściąga go wzrokiem. Odkąd ją zatrudnił, minęło osiemnaście miesięcy i nie zdarzyło się, by w tym czasie zdradziła się z jakimikolwiek emocjami. Niezależnie od okoliczności profesjonalna, sumienna, skuteczna i zimna jak lód. Tym razem jednak coś było nie tak…

– Nie mów, że nie uległa twojemu urokowi – drążył Ari.

Sakis zmarszczył brwi, na próżno starając się zapanować nad słabością, do której za nic w świecie nie chciał się przyznać, a która ogarniała go zawsze, ilekroć myślał o swojej asystentce. Kiedyś, jako młody chłopak, dostał nauczkę, że lepiej trzymać romantyczne porywy na wodzy. Ulokowane niewłaściwie uczucia mogły pozostawić na duszy niezabliźnioną ranę i przypominać o straconych złudzeniach. Nauczył się tego, patrząc na matkę, która nigdy nie wróciła do równowagi po tym, jak ojciec złamał jej serce. Przelotne miłostki, proszę bardzo, ale żadnych trwałych związków. Natomiast romans w pracy był najgorszą rzeczą, na jaką mógłby sobie pozwolić. Już raz popełnił ten błąd i nie zamierzał powtórzyć go nigdy więcej.

– Och, zamknij się, Ari.

– Ja się po prostu martwię. Ta dziewczyna wygląda tak, jakby zamierzała zaraz wskoczyć do wody. Chyba nie może się ciebie doczekać. Proszę, powiedz, że zachowałeś zdrowy rozsądek i nie przespałeś się z nią. Pamiętasz, jakie miałeś kłopoty przez Giselle?

– Mógłbyś się wreszcie odczepić? To twoje niezdrowe zainteresowanie moim życiem seksualnym zaczyna mnie martwić.

Ponownie spojrzał na Moneypenny, która przestępowała nerwowo z nogi na nogę. Tknięty złym przeczuciem zapragnął jak najszybciej podpłynąć do brzegu.

– Czyli nic nie ma między wami? – naciskał Ari.

Jakaś dziwna nuta w głosie brata doprowadziła go do szału.

– Trzymaj się od niej z daleka. To najlepsza asystentka, jaką do tej pory miałem, i nie ręczę za siebie, jeśli spróbujesz ją podkupić.

– Wyluzuj, braciszku. Nic złego nie miałem na myśli – zaprotestował nieco rozbawiony. – Bronisz jej jak jakiś błędny rycerz. Coś mi się wydaje, że jednak zrobiłeś to, czego nie powinieneś.

Irytacja Sakisa rosła z każdą sekundą. Kiedy Ari wreszcie da mu spokój i zmieni temat?!

– Posłuchaj, to, że doceniam ją jako pracownika, nie znaczy, że poszedłem z nią do łóżka. Może porozmawiamy o twojej asystentce?

– Ja nie mam asystentki, tylko asystenta. To mężczyzna i mogę cię zapewnić, że nie jest tak interesujący jak panna Moneypenny.

– Panna Moneypenny jest przede wszystkim doskonałym fachowcem. Świetnie dba o moje interesy, prawdziwy rottweiler. Żadna z poprzednich asystentek się do niej nie umywała. Jest bardzo kompetentna, a to jest najważniejsze.

– No już dobrze, nie rzucaj się tak.

Sakis poszukał wzrokiem Brianny. Tym razem nie czekała przy samochodzie, tylko stała na pomoście, zasłaniając się ramionami przed zimnym wiatrem. Była wystarczająco blisko, by mógł dostrzec wyraz jej twarzy. Nie miał wątpliwości, że jest bardzo zdenerwowana i po raz kolejny w jego głowie rozległ się ostrzegawczy dzwonek. Ponadto trzymała w dłoniach ręcznik, a przecież wiedziała, że zawsze przed powrotem do biura korzystał z prysznica w klubie. Cokolwiek się stało, wymagało natychmiastowej interwencji, skoro oczekiwała, że od razu wsiądzie do samochodu.

– Coś jest nie tak – oznajmił. – Muszę wracać.

– Wyczytałeś to z ruchu jej warg, czy też jesteście ze sobą tak blisko, że potraficie czytać sobie w myślach?

– Mówię serio, Ari. Wracamy na brzeg. Natychmiast.

Gdy tylko zacumowali, Sakis ruszył przed siebie szybkim marszem.

– Nie martw się o mnie – zawołał za nim Ari. – Sam sobie poradzę ze sprzętem. I drinkami, które zostały dla nas zamówione.

Sakis nie zareagował, nie miał teraz ani czasu, ani ochoty na przekomarzanie się z bratem.

– Co się stało? – spytał ostro, a widząc, że dziewczyna się waha, ponaglił: – Niech to pani z siebie wreszcie wyrzuci.

Wziął od niej ręcznik i owinął wokół karku.

– Panie Pantelides, mamy problem.

– Domyśliłem się już – rzucił zniecierpliwiony. – Jaki problem?

– Jeden z naszych tankowców, Pantelides Szósty, osiadł na mieliźnie przy Pointe Noire.

Sakis, poczuł lodowaty dreszcz, mimo że stał w pełnym słońcu. Zmusił się, by przełknąć ślinę, nim podjął temat.

– Kiedy to się stało?

– Dostałam wiadomość pięć minut temu.

– Wiadomo coś więcej?

– Tak. Zaginął kapitan i dwóch członków załogi. Jest jeszcze coś…

– Niech pani mówi!

– Tankowiec wpadł na skały. Ropa naftowa wycieka do południowego Atlantyku, mniej więcej sześćdziesiąt baryłek na minutę.

Brianna miała na długo pamiętać to, co działo się potem. Sakis Pantelides pozornie wydawał się tym samym niewzruszonym, twardym potentatem, którego nic i nikt nie jest w stanie wyprowadzić z równowagi, ale domyślała się, że złe wiadomości musiały nim wstrząsnąć. Widziała, jak zbielały mu kostki, gdy zaciskał dłonie na ręczniku.

Ponad jego ramieniem dostrzegła Ariego, który cumował łódkę. Ich spojrzenia skrzyżowały się na jedną chwilę i najwyraźniej musiał się zorientować, że sprawa jest poważna, bo zostawił wszystko i ruszył w ich stronę. Był równie przystojny i pociągający jak jego młodszy brat, Brianna musiała to przyznać, mimo że na co dzień starała się ignorować męski urok szefa.

– Czy wiadomo coś o przyczynach wypadku? – spytał Sakis.

Pokręciła głową.

– Na razie nie. Nie mamy kontaktu z pozostałymi członkami załogi. Rozmawiałam z przedstawicielami straży przybrzeżnej. Będą nas na bieżąco informować. – Zrobiła krok w stronę samochodu. – Domyślam się, że będzie pan chciał od razu udać się na miejsce katastrofy. Wysłałam już wiadomość załodze samolotu. Są w gotowości.

Sakis kiwnął głową, po raz kolejny nie żałując, że zatrudnił Moneypenny. Zawsze trafnie odgadywała niewypowiedziane jeszcze polecenia.

– Idziemy. – Zdążył zrobić krok, gdy poczuł na ramieniu silny uścisk.

– Co się stało? – usłyszał głos starszego brata.

– Szóstka rozbiła się przy Pointe Noire – odparł, referując krótko to, co usłyszał od Brianny.

– Jedź. Ja zostanę na miejscu i będę stąd monitorował sytuację.

Sakis krótkim uściskiem dłoni pożegnał się z Arim i ponownie zwrócił się do asystentki:

– Muszę się skontaktować z prezydentem Konga.

– Oczywiście. – Brianna przyjmowała każde zadanie ze stoickim spokojem. – Powinien się pan przebrać. Przyniosę suche ubranie.

Kiedy wyciągała z bagażnika pokrowiec, usłyszała dźwięk rozsuwanego kostiumu sportowego. Nie odwróciła się, choć była pewna, że jej szef nie poczułby się skrępowany, nawet gdyby wlepiła w niego natarczywe spojrzenie. Była w gotowości przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, spędzała z nim więcej czasu niż ktokolwiek inny i wiedziała, że dla Sakisa Pantelidesa jest tylko sprawnie działającym, aseksualnym automatem.

Najpierw podała mu niebieską koszulę, a następnie ciemnografitowy garnitur od Armaniego. Na koniec wyjęła z bagażnika skórzane buty i skarpetki, po czym odwróciła się plecami, patrząc na lśniącą w słońcu taflę jeziora. Nie chciała patrzeć na szerokie, silne ramiona Sakisa, doskonale wyćwiczone, umięśnione ciało, jedwabiste włosy na piersi, ciągnące się pasmem w dół do twardego jak stal brzucha. Mogła pracować jak robot, ale przecież dalej była kobietą.

Męczącą ciszę przerwał dzwonek telefonu.

– Pantelides Shipping – rzuciła machinalnie, wsiadając do limuzyny. Po chwili miejsce obok zajął Sakis, dając znak kierowcy, by ruszał. – Przykro mi, ale na razie nie mogę udzielić żadnych informacji. Naprawdę nie mogę. Pantelides Shipping za godzinę wyda oficjalne oświadczenie. Tak, będzie dostępne na naszej stronie. Jeśli będzie miał pan jeszcze jakieś pytanie, proszę się kontaktować z biurem prasowym.

– Tabloidy czy mainstreamowe media? – spytał Sakis, gdy zakończyła rozmowę.

– Prasa. Chcieli zweryfikować to, co usłyszeli. – Nie tracąc czasu, otworzyła laptop, by na bieżąco sprawdzać skrzynkę mejlową. Co chwila spływały kolejne informacje od służb przybrzeżnych.

Po chwili znów zadzwonił telefon. Brianna, widząc na wyświetlaczu numer popularnej bulwarówki, nie odebrała. Były pilniejsze sprawy do załatwienia. Przez kolejne dziesięć minut próbowała się skontaktować z sekretariatem prezydenta. Wreszcie uzyskała połączenie i przekazała telefon Sakisowi. Z przyjemnością słuchała jego niskiego, mocnego głosu świadczącego o spokoju i pewności siebie. Tak mógł mówić tylko człowiek sukcesu.

– Panie prezydencie proszę pozwolić, że wyrażę głęboki żal i zaniepokojenie z powodu tego, co się stało. Oczywiście, moje przedsiębiorstwo poniesie pełną odpowiedzialność za wypadek i dołoży wszelkich starań, by naprawić skutki ekologicznej i ekonomicznej katastrofy. Tak, moi eksperci już są w drodze… Oczywiście, zgadzam się. Tak, będę na miejscu za dwanaście godzin. Dziękuję.

Ledwie zdążył się rozłączyć, ponownie rozległ się dzwonek.

– Życzy pan sobie, żebym to ja odebrała?

– Nie. To ja jestem szefem firmy i odpowiedzialność spoczywa na mnie. Najpierw musi być gorzej, żeby potem było lepiej. Rozumie pani, panno Moneypenny?

Brianna zmusiła się, by normalnie oddychać, gdy nagle z całą mocą powróciło wspomnienie sprzed dwóch lat, gdy, zmęczona płaczem, złożyła pewną uroczystą przysięgę. Od tamtej chwili miało być tylko lepiej. „Nigdy więcej na dnie”. To było jej kredo życiowe.

– Tak, rozumiem, proszę pana – odparła spokojnie.

– Pantelides, słucham – rzucił krótko, odbierając telefon. – Pani Lowell. Nie, przykro mi, wciąż nie mam żadnych wieści – tłumaczył ze współczuciem żonie zaginionego kapitana. – Proszę być dobrej myśli. Osobiście zadzwonię do pani, jak tylko się czegoś dowiem.

Rozłączył się i ponownie zwrócił do Brianny:

– Przyszła informacja, ile ekip pracuje na miejscu?

– Dwie, na dwunastogodzinnej zmianie.

– Niech pani zgłosi zapotrzebowanie na trzy. Nie chcę, żeby cokolwiek przeoczyli. I mają szukać, dopóki nie znajdą członków załogi, czy to jasne?

– Oczywiście.

Brianna o mało się nie potknęła, gdy wchodząc do samolotu, poczuła na plecach rękę Sakisa. Jeszcze nigdy jej nie dotknął, nie licząc służbowego uścisku ręki przy pierwszym spotkaniu. Oczywiście nie było w tym nic szczególnego, zwykły, uprzejmy gest, a mimo to zrobił na niej wrażenie. Zerknęła na Sakisa. Miał ściągnięte brwi, jak zawsze, gdy intensywnie o czymś rozmyślał. Poprowadził ją na miejsce i dopiero wtedy opuścił dłoń. Gdy usiadł obok niej, pierwsze, co zrobił, to zadzwonił do Thea, by go poinformować o niespodziewanych kłopotach. Brianna tymczasem otworzyła laptop i pracowała w milczeniu. Nie oderwała wzroku od ekranu, gdy samolot kołował na pasie, dopiero gdy wzbił się w powietrze, zamknęła oczy, pozwalając sobie na krótki odpoczynek. Najbliższe godziny, a może nawet i dni będzie musiała spędzić w towarzystwie swojego szefa, który wymagał absolutnej koncentracji i profesjonalizmu. Całe szczęście, że Sakis Pantelides sam również był stuprocentowo profesjonalny. Nigdy nie pozwolił sobie na ani jedno słowo czy gest, które wykraczałyby poza relacje służbowe, i dlatego tak ceniła sobie tę pracę. Tego właśnie oczekiwała.

Dostała od życia bolesną lekcję, z której skutkami wciąż musiała się zmagać. Wiedziała, że nigdy nie wyrzuci z pamięci tego, co się stało, a gdyby jakimś cudem tak się stało, tatuaż na ramieniu z pewnością jej przypomni. I o to chodziło. Nie może zapomnieć, żeby znów nie popełnić błędu.

Sakis odłożył telefon i upił łyk wody. Od kiedy wszedł na pokład, nie miał nawet czasu, by coś przekąsić. Naprzeciwko siedziała Brianna ze wzrokiem utkwionym w ekranie laptopa, uderzając rytmicznie w przyciski klawiatury. Ona również nic jeszcze nie jadła, a minęły już cztery godziny lotu. Przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu. Jak zwykle twarz nie wyrażała żadnych emocji, czoło pozostało gładkie, bez choćby jednej zmarszczki świadczącej o głębokim skupieniu czy zmartwieniu. Gęste włosy, związane w gładki, skromny kok, wyglądały tak samo nienagannie i schludnie jak o szóstej rano, gdy przyszła do pracy. Nawet jeden kosmyk nie wydostał się z ciasnego węzła. Jej strój również był bez zarzutu. Czarna markowa garsonka i biała koszula dodawały jej może niepotrzebnie surowej powagi, ale pasowały idealnie. Klasyczne, delikatne perłowe kolczyki ładnie rozświetlały twarz.

Sakis przesunął wzrok na szyję, linię piersi, brzuch i nogi. Moneypenny była szczupła, może nawet zbyt szczupła. Taka delikatna, a potrafiła sobie poradzić z każdym, nawet najtrudniejszym zadaniem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby się spóźniła do pracy albo żeby wzięła zwolnienie. Zdawał sobie sprawę, że coraz więcej czasu spędzała w firmie niż we własnym domu, gdziekolwiek on był, a mimo to nigdy nie usłyszał słowa skargi, że zbyt wiele spoczywa na jej barkach. Był naprawdę wdzięczny losowi, że postawił ją na jego drodze. Poprzednia asystentka Giselle budziła w nim jedynie niemiłe wspomnienia. Nie przypuszczał, że znajdzie kogoś, kto spełni wszystkie oczekiwania, ale CV Brianny naprawdę zrobiło na nim wrażenie. Zastanawiał się nawet, dlaczego osoba z tak wysokimi kwalifikacjami chce pracować jako asystentka, zamiast szukać jakiegoś kierowniczego stanowiska. Zapytał o to i dostał krótką odpowiedź:

– Jest pan najlepszy w tym, co pan robi, a ja chcę pracować dla najlepszych.

Oczywiście nie byłby mężczyzną, gdyby nie zauważył, że jest atrakcyjną kobietą, ale akurat to nie miało żadnego znaczenia, gdy przyjmował ją do pracy. Potrzebował bystrej, odpowiedzialnej i sumiennej asystentki, a Brianna Moneypenny idealnie sprawdziła się w tej roli.

Taksując wzrokiem smukłe łydki, zauważył maleńki tatuaż na wewnętrznej stronie lewej kostki. Rysunek feniksa, wypełniony czarnym i niebieskim tuszem wyróżniał się na tle jasnej skóry. Taka ekstrawagancja zupełnie nie korespondowała z typem osobowości jego asystentki, toteż przez chwilę myślał, że może mu się przywidziało. Poważna, surowa Moneypenny w skromnych garsonkach i tatuaż? Zerknął raz jeszcze. Oczywiście, był na swoim miejscu.

Brianna jakimś szóstym zmysłem musiała wyczuć, że szef się jej przygląda, bo oderwała dłonie od klawiatury i podniosła głowę.

– Będziemy lądować dopiero za trzy godziny – powiedział Sakis obojętnym tonem. – Zróbmy sobie przerwę i zjedzmy coś. Czeka nas jeszcze dużo pracy.

Mimowolnie jego wzrok znów spoczął na lewej kostce. Brianna natychmiast skrzyżowała nogi, chcąc ukryć tatuaż przed natrętnym spojrzeniem.

– Niech podadzą lunch za dziesięć minut. – Sakis podniósł się z miejsca, przerzucając marynarkę przez oparcie fotela. – Idę wziąć prysznic.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel