Zapisz na liście ulubionych
Stwórz nową listę ulubionych
Zaginiona dziedziczka
Zajrzyj do książki

Zaginiona dziedziczka

ImprintHarlequin
Liczba stron272
ISBN978-83-291-2435-5
Wysokość170
Szerokość107
EAN9788329124355
Tytuł oryginalnyUncovering the Governess's Secrets
TłumaczAlicja Flynn
Język oryginałuangielski
Data premiery2026-02-17
Więcej szczegółówMniej szczegółów
Idź do sklepu
Idź do sklepu Dodaj do ulubionych

Przedstawiamy "Zaginiona dziedziczka" nowy romans Harlequin z cyklu HQN ROMANS HISTORYCZNY.

Marianne od lat ukrywa się przed byłym narzeczonym, który próbował odebrać jej wolność i zrujnował reputację. Zazwyczaj ostrożna, pewnego dnia wdaje się w pogawędkę z sympatycznym nieznajomym. Rory, prywatny detektyw, szybko zyskuje jej zaufanie. Marianne nie wie, że przyjął zlecenie, by ją odszukać. Gdy prawda wychodzi na jaw, jest już za późno na bezbolesne rozstanie. Są w sobie zakochani i teraz muszą zdecydować, czy lepiej żyć ze złamanym sercem, czy uwierzyć, że miłość wszystko wybacza…

Fragment książki

Marianne

Edynburg, 2 sierpnia 1877 roku, czwartek

Dzień zaczął się jak zawsze. Obudziłam się nagle i poczułam smród. Jedyny w swoim rodzaju i nie do pomylenia z niczym innym, drażniąca woń bielidła, wilgotnych koców i stęchłego powietrza, moczu i rozgotowanej kapusty. Jak zwykle miałam nieprzyjemny posmak w ustach, który wywoływał skurcze żołądka i przyspieszony oddech.

Oblał mnie zimny pot, przyklejając mi do ciała koszulę z cienkiej bawełny. Palce wbiłam w pościel i jak zwykle leżałam bez ruchu, z zaciśniętymi powiekami, wytężając słuch, żeby wyłowić dźwięk, który mnie obudził. Chrobotanie robactwa za listwą przypodłogową? Jęki? Wycie z bólu? Krzyki strachu i paniki? Ostre rozkazy żądające ciszy?

Cisza…

Nasłuchiwałam, starając się dosłyszeć coś poza łomotem własnego serca, ale bez powodzenia. Udało mi się wziąć głębszy oddech. Drugi. I kolejny. Wciąż panowała cisza.

Powoli, jak zawsze, odkąd przybyłam do Edynburga, spanikowany umysł zaczął dostrzegać otoczenia. Łóżko z pościelą. Poduszka była miękka, nie kłuła szorstką słomą. Rozchyliłam powieki, dostrzegając szarawe światło sączące się przez okno zza rozsuniętych zasłon. Nie było krat. Moje tętno zwolniło. Zaschło mi w ustach, ale wstrętny posmak zniknął.

Odetchnęłam głęboko, rozluźniając spięte ramiona i usiadłam. Na swoim łóżku. We własnej sypialni. Uspokoił mnie znajomy widok komody oraz stojaka z miską i dzbankiem na wodę.

Jak zwykle zadrżałam, gdy pot wysechł i postawiłam stopy na drewnianej podłodze, podnosząc się z trudem, jakbym miała więcej niż trzydzieści trzy lata. Podeszłam powoli do okna, żeby je otworzyć. Do środka wpadło zimne powietrze. Mżył deszcz, taki, który niepostrzeżenie wnika w kości. W Szkocji nazywają go smirr.

– Smirr... – mruknęłam pod nosem.

Z moim angielskim akcentem zabrzmiało to szorstko. Echa przeszłości, które nawiedzały mnie każdego ranka, ucichły, gdy wychyliłam się przez okno. Wspomnienia pozostaną na drugim planie, dopóki mnie nie dopadną, gdy zasnę. Przede mną kolejny dzień wolności, pomyślałam, tak jak robiłam to codziennie. Już nigdy, przenigdy nie uznam za coś oczywistego zwykłych przyjemności, jak choćby powiewu świeżego powietrza na twarzy. Nie żeby powietrze w Edynburgu było świeże, w żadnym wypadku. Było przesycone dymem i siarką. Wiedziałam, że deszcz pozostawi na mojej skórze ślady sadzy, ale nie obchodziło mnie to.

Kamienica w Old Town, którą nazywałam moim domem, znajdowała się na wschodnim skraju Grassmarket. Czyli w przyzwoitszym, a może raczej mniej podejrzanym miejscu. W nocy nie dochodziło tu do awantur, sąsiedzi zamykali się w mieszkaniach o zmroku, a napotkani w ciągu dnia grzecznie kiwali głowami i odwracali wzrok. Klatka schodowa była czysta, dach w dobrym stanie, czynsz wyższy niż za lokale po drugiej stronie placu, w pobliżu targu mięsnego i ulicy West Bow, rozsławionej przez Burke’a i Hare’a, niechlubnych łowców skór. Generalnie Grassmarket nie było miejscem, gdzie zamieszkałaby kobieta z moim pochodzeniem, co oczywiście było jednym z powodów, dla których je wybrałam.

Daleko mu było do dużych, porządnych kamienic w New Town, gdzie pracowałam. Moi pracodawcy byliby wstrząśnięci odkryciem, gdzie mieszkam, a jeśli o to pytali – rzadko i tylko ich żony – wykręcałam się od odpowiedzi. Nigdy nie drążyli tematu, ponieważ intuicja i doświadczenie podpowiadały im, że takie pytania zwykle prowadzą do niechcianych odpowiedzi. Gdybym chciała, mogłabym powiedzieć im kilka nieprzyjemnych prawd. Nie o mojej sytuacji, ale o ich własnej, o niesprawiedliwości i zdradzie, z których nie zdawali sobie sprawy. Jednak nie dzielę się swoimi spostrzeżeniami, już nie. Przeszłam zbyt wiele, żeby ryzykować.

Skupiłam się na widoku za oknem. Po drugiej stronie Grassmarket, górując nad brukowanym placem, wznosił się zamek. Szary, masywny, imponujący, osadzony na ogromnej skale wulkanicznej. W cieniu tej wydawałoby się nieprzystępnej fortecy plac przeistaczał się z nocnego w poranny. Był to rytuał, który uwielbiałam obserwować, ponieważ towarzyszyły mu w hałas i zgiełk. Była to codzienna afirmacja życia we wszystkich jego formach.

Klekotały wozy, zjeżdżając po stromej ulicy Bow z dostawami z dworca, kanału i portu w Leith do wielu tawern i sklepów. Beczki piwa dla White Hart i Black Bull, mnóstwo towarów dla magazynów i firm przewozowych.

Tego ranka unosił się charakterystyczny zapach liści tytoniu, które dowożono do przetwórni. Czułam też zapach palonych ziaren unoszący się z kawiarni, na który nakładał się odór dochodzący z targu mięsnego znanego jako Shambles.

Trzymałam się z daleka od tamtej części Grassmarket, nawet za dnia. Zatłoczone, pełne robactwa pokoje tanich mieszkań nadal stanowiły siedlisko przestępców, ale głównie dawały schronienie biedocie i przesiedleńcom, którzy dopiero co przybyli do miasta. Powszechnie nazywano ich włóczęgami, ale byli to po prostu ludzie bez środków do życia i zdesperowani. Jeśli tylko mogli, przenosili się szybko poza Grassmarket, jeśli nie poza Old Town. Wolałam mieszkać tutaj, wśród imigrantów i uchodźców, sama będąc jedną z nich, choć trzymałam się na uboczu.

Jak na zawołanie i jak w zegarku z ulicy Cowgate wyłoniła się młoda kobieta w kraciastej chuście na głowie i przeszła przez plac w kierunku Black Bull. Pomyślałam, że mam szczęście, utrzymując się z pracy, którą lubię, bo zawsze kochałam dzieci. Nazwałam kobietę Flora, ponieważ krata na jej chuście przywodziła mi na myśl Florę MacDonald. Obserwowałem ją, gdy zgodnie ze swoim zwyczajem weszła do tawerny. Według mojej wyobrażonej wersji zamawiała kawę i chleb. Zapewne jednak piła coś mocnego, żeby łatwiej zasnąć po nocy spędzonej na pracy w pobliżu zamku. Ta część wymyślonej przeze mnie historii była niestety prawdziwa, ponieważ widziałam raz Florę, gdy wracałam późno do domu. Nie była zmęczona tak jak teraz, owinięta chustą tak, żeby było widać wysokie rozcięcie w sukni. Nazwałam ją Florą, ponieważ nigdy nie nazwałabym jej dziwką. Ludzie, zwłaszcza kobiety, muszą robić wszystko, byle nie popaść w nędzę. To była niebezpieczna praca.

Jej przybycie do Black Bull zawsze było dla mnie sygnałem, że czas przygotować się do dnia. Zadrżałam, gdy deszcz przybrał na sile i zamknęłam okno. Moja wełniana peleryna miała wyblakły niebieski kolor. Nabyłam ją z drugiej ręki jak wszystkie moje ubrania i sama odświeżyłam. Kiedyś nie cierpiałam posługiwać się igłą, chociaż w tamtym podłym miejscu zdarzało się, że szycie ratowało mnie przed cięższymi zadaniami w pralni czy w kuchni. Ale z każdym ściegiem miałam wrażenie, jakbym coraz mocniej wrastała w tamto miejsce.

Łaty na moich ubraniach były widoczne. Dzięki moim ściegom ubrania stawały się moje. Dzięki zapachowi octu, mydła karbolowego i wody lawendowej te dwa pokoje w starej kamienicy również stały się moje.

– Tutaj jestem bezpieczna – stwierdziłam, jak robiłam dzień w dzień.

Z upływem czasu coraz bardziej w to wierzyłam. W końcu minęły trzy lata. Ale wiedziałam też, że to przekonanie osłabnie wraz zapadnięciem nocy. W głębi serca nie wierzyłam, że kiedykolwiek będę bezpieczna, dlatego nieustannie oglądałam się przez ramię.

Zamknęłam drzwi na klucz, zeszłam po schodach i jak zwykle sprawdziłam otoczenie, choć po trzech latach nie byłam pewna, kogo lub czego szukam. Następnie udałam się do obecnego miejsca pracy. Dzisiejszy dzień jest jak każdy inny, pomyślałam. Nie miałam pojęcia, jak bardzo się myliłam.

Rory

Edynburg, 2 sierpnia 1877 roku, czwartek

Stojąc w drzwiach kawiarni, obejmowałem dłońmi blaszany kubek z parującą kawą. Zapowiadał się kolejny typowy sierpniowy dzień, z ołowianym niebem i dwudziestoma rodzajami deszczu. Innymi słowy, paskudztwo. Zapomniałem już, jak wygląda tak zwane lato w Szkocji. Siedem lat spędzonych na południu Anglii wyraźnie mnie rozpieściło.

Prawdę mówiąc, przez te lata uniknąłem wielu niebezpieczeństw i stałem się stosunkowo zamożnym człowiekiem. Nie miałem ochoty ani potrzeby tutaj wracać. Założę się, że nie było tu nikogo, kto by tego chciał.

Nie powiesz, że cię nie ostrzegałem, Sutherland. Mówiłem ci, żebyś nie wtykał nosa w nie swoje sprawy, ale nie posłuchałeś.

Znajomy głos, który zabrzmiał w mojej głowie, podniósł mi ciśnienie, bo jak bardzo bym się nie starał, wciąż nie mogłem uwierzyć, że się myliłem. To była śmierdząca sprawa. Nie pierwszy raz ostrzegano mnie i nie pierwszy raz mówiono mi, że psuję komuś krew. Sęk w tym, że dystans i bezstronność traktowałem jako istotną część mojej pracy. Ostatecznie to właśnie przesądziło o moim losie. Jakaś wpływowa osoba, która poczuła się zagrożona śledztwem, wiedziała, że jestem nieprzekupny i nie spocznę, dopóki nie dotrę do sedna tego szamba.

Mimo ostrzeżenia zaskoczyło mnie to, co nastąpiło. Oskarżono mnie o niesubordynację, narażanie kolegów na niebezpieczeństwo, szarganie dobrego imienia policji w Edynburgu i branie łapówek… co za cyrk! Wszystkie zarzuty były wyssane z palca, oparte na insynuacjach, a zwłaszcza niepoparte żadnymi dowodami. Mimo to pisały o nich wszystkie gazety w mieście, te same, które przez lata mnie wychwalały. Zapłaciłem za mój dawny sukces i towarzyszącą mu niechcianą sławę.

Nie ma to jak spektakularne wypadnięcie z łask, by zwiększyć sprzedaż gazety. Nie było potrzeby uruchamiać formalnych procedur, prasa uznała mnie za winnego przestępstw, które nawet nie miały miejsca. Prawdziwa zbrodnia, którą próbowałem rozwikłać, została zamieciona pod dywan. Co więcej, mój przełożony jasno dał mi do zrozumienia, co to oznacza.

Narobiłeś sobie potężnych wrogów, Sutherland. Tak potężnych, że nie mogę zagwarantować ci bezpieczeństwa. Radzę ci wyjechać z miasta, a jeśli ci życie miłe, nigdy tu nie wracaj.

Uważał, że ratuje mi skórę, i pewnie miał rację. Był dobrym człowiekiem, ale w przeciwieństwie do mnie znał swoje miejsce w edynburskiej hierarchii. Wbicie mi noża w plecy go bolało, a dla mnie oznaczało koniec, lecz nie to było najgorsze. Najgorszy był wyraz twarzy mojego taty, kiedy powiedziałem mu, co się stało. Bez wahania stanął po mojej stronie, co było jakimś pocieszeniem, dopóki nie przemyślał sprawy.

– Musisz znaleźć sposób, żeby oczyścić swoje imię, Ruaraidh – stwierdził z góralskim akcentem, którego nie wyzbył się po dekadach spędzonych w Glasgow. – Nie pozwól, żeby te okropne rzeczy, które o tobie mówili, przykleiły się do ciebie.

– Nie mogę, tato – odparłem, choć nie dodałem dlaczego.

– M'aither – poprawił mnie jak zawsze, gdy mówiłem do niego „tato”.

Pomijając przekleństwa i wymowę mojego imienia, niczego więcej nie umiem powiedzieć po gaelickim. Nikt nie wymawia mojego imienia tak jak on. Ruaraidh. Rory. To zbyt subtelna różnica, żeby przejmować się nią, gdy już go nie ma.

Trzymałem się swego i nigdy nie obiecałem, że zrobię, jak mi radził. Tym, że nigdy go nie okłamałem, zagłuszałem sumienie, choć z kiepskim skutkiem. Zrobiłem, co było konieczne dla ratowania skóry, i omijałem łukiem Edynburg. Aż do teraz.

Nie wróciłem jednak, ryzykując życie i zdrowie, żeby wsadzać kij w mrowisko. Zaciskałem zęby i siedziałem cicho, tak jak to robiłem od siedmiu lat. Przyjechałem, żeby wykonać zleconą mi robotę. Planowałem nie rzucać się w oczy i wynieść się stąd jak najszybciej, Edynburg jest dużym miastem, wiem, jak się w nim ukryć.

Nie miałem wyjścia, jeśli nie chciałem budzić licha. Nie chciałem też rozgrzebywać przeszłości, a już na pewno nie zamierzałem wyciągać trupów z szafy. Odpuściłem, ułożyłem sobie na nowo życie, takie, jakie mi się podobało i zachowałem niezależność. To, że poszukiwania przywiodły mnie do Edynburga, gdzie kiedyś skończyłem w niesławie, było tylko niefortunnym zbiegiem okoliczności. Tak sobie wmawiałem i była to prawda, choć nie cała.

Zagadka związana z moim obecnym zleceniem od razu wzbudziła moją ciekawość. Rozwiązywanie zagadek to mój żywioł, jestem w tym dobry, a ta wyglądała na frapującą. W dodatku jej rozwiązanie mogło odmienić życie kobiety, którą miałem odnaleźć. Niektóre rzeczy zapewne wprawiłyby ją w niemały szok. Jednak to, czego się dowiedziałem o niej ostatnio, zaszokowało z kolei mnie. Przeszła przez piekło. Na myśl o tym zalewała mnie krew.

Kiedy stało się jasne, że najprawdopodobniej jest w Edynburgu, oczywiście zastanowiłem się, czy tu przyjechać. Może trzeba było zrezygnować, ale nie jestem przesądny jak tato. Jestem praktyczny jak mama. Była prawdziwą Weegie, mieszkanką Glasgow z krwi i kości, solą ziemi. Tato nigdy nie pogodził się z jej utratą.

W każdym razie byłem w Edynburgu i właśnie kończyłem kawę. Poszukiwana przeze mnie kobieta z wybiciem ósmej wyłoniła się z kamienicy. Była niepewna, zawsze bardzo ostrożna. Stała w otwartych drzwiach, zerkając uważnie na zewnątrz, czujna niczym sarna wyłaniająca się z lasu, wypatrująca oznak zagrożenia. I jak na zawołanie, gdy tylko ją zobaczyłem, znowu poczułem dziwny skurcz w brzuchu. Przeczucie mówiło mi, że należy ją chronić, a część mnie, do której nie chciałem się przyznawać, wysyłała zupełnie inny sygnał. Byłem łowcą, a ona zwierzyną łowną, upomniałem się, ale to słowo mi się nie spodobało. Zdobyczą? Już prędzej, ale też nie pasowało. Celem? Tak, to najlepsze określenie.

Wyszła na ulicę i ruszyła, mijając mnie w odległości paru kroków. Nie musiałem jednak deptać jej po piętach, wiedziałem, dokąd zmierz. Pójdzie w górę wzdłuż stromej Victoria Street, minie St Giles i pójdzie dalej do Mound, potem skręci w dół do New Town, minie National Gallery i dojdzie do Princes Street.

Przeszukałem wzrokiem szeroką, brukowaną ulicę, żeby sprawdzić, czy w pobliżu nie kręcą się moi dawni znajomi. Było na końcu ulicy West Bow kilku takich, których wsadziłem za kratki, i takich, którzy pomogli mi wsadzić za kratki innych. Na szczęście siedem lat to szmat czasu. Zsunąłem kapelusz na czoło i zacząłem pościg.

Wyszedłem na zewnątrz bez skradania się czy ociągania. Zawsze byłem w tym dobry. Poza tym wyglądałem inaczej niż siedem lat temu. Włosy miałem znacznie krótsze, twarz gładko ogoloną, a ubranie dobrze skrojone, jak przystało na zamożnego dżentelmena. Zachować czujność, ale nie oglądać się przez ramię, oto klucz, by pozostać niewidzialnym. Musiałem taki być, bo choć wcieliłem się w łowcę, łatwo mogłem zostać zwierzyną łowną. Mój cel znajdował się przede mną.

Podążanie za jedną osobą, mając jednocześnie oko na każdego, kto mógłby się mną zainteresować, wydaje się trudne, lecz to kwestia wprawy. Dopiero gdy znalazłem się dość blisko niej, skupiłem się na tym, co przede mną, a nie za mną lub z boku. Szła, lekko kołysząc biodrami, z naturalnym wdziękiem, który przykułby moją uwagę, gdyby nie tempo, w jakim się poruszała. Szybko pokonywała duże odległości, przy czym nie sprawiała wrażenia, że się spieszy. Stawiała swobodne, pewne kroki, choć każdego ranka tak nerwowo rozglądała się po okolicy. Była to jedna z jej licznych sprzeczności, które wydały mi się intrygujące. Jednak jeśli naprawdę była kobietą, której szukałem, to przecież bez znaczenia.

– Dobrze wiesz, że to ona – mruknąłem, czekając, aż przejdzie przez Princes Street.

Odwlekałem finał sprawy, ponieważ ta kobieta mnie fascynowała i chciałem dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Wmawiałem sobie, że potrzebny mi niezbity dowód, ale wiedziałem, że to ona. Ostatnie zdjęcie, które dostałem, mogło być sprzed pięciu lat, lecz mizernie wyglądająca kobieta z sińcami pod oczami to zdecydowanie ta sama, która szła teraz wzdłuż Hanover Street.

No i jeszcze nazwisko, które przybrała, a także miejsce zamieszkania. Wiedziałem, ile z grubsza zarabia, było ją stać na lepsze lokum w porządnej okolicy, gdzie sąsiedzi znają się nawzajem. Na Grassmarket ludzie nie zadawali pytań, starali się nie okazywać ciekawości i pewnie dlatego zdecydowała się tam zamieszkać.

Marianne Little, obecnie Marianne Crawford, miała też prawo do innego nazwiska. A także do innego życia, bardzo odmiennego od tego, jakie wiodła jako niania lub guwernantka. Obecnie pracowała dla znanego biznesmena, którego żona oczekiwała narodzin piątego dziecka. Nie miała pojęcia, co przyszykował dla niej los, i zaczynało mnie to niepokoić. Fakt, że przetrwała ostatnie lata, nie tracąc zdrowych zmysłów, zakrawał na cud. Nie wiem, czy poradziłbym sobie tak dobrze.

I właśnie gdy już uznała, że odzyskała spokój, musiałem go jej zakłócić. Co prawda miałem jej do przekazania wyjątkowo dobre wieści, tyle że na pewno wywrócą jej świat do góry nogami, a to stanowiło komplikację. Zupełnie nie wiedziałem, jak mam jej te wieści przekazać i jak ona zareaguje. Byłem całkowicie obcy, nie mogłem podejść do niej i od razu przejść do rzeczy. Na szczęście kazano mi się jeszcze wstrzymać, co wyjątkowo mnie ucieszyło.

Schowałem się za wozem pełnym beczek z piwem i ruszyłem za nią. Dzielnica New Town nie była dla mnie bezpieczna. Rezydują w niej możni i zacni mieszkańcy tego miasta, a część z nich plasowała się wysoko na liście osób, których wolałem unikać. Byłem gotów się założyć, że osoba, która mnie przed laty uciszyła, mieszkała właśnie tutaj.

Napisz swoją recenzję

Podziel się swoją opinią
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Recenzje i opinie na temat książek nie są weryfikowane pod kątem ich nabywania w księgarniach oraz pod kątem korzystania z nich i czytania. Administratorem Twoich danych jest HarperCollins Polska Sp. z o.o. Dowiedz się więcej o ochronie Twoich danych.
pixel